09 lipca 2018

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbieganie może tak boleć. Minęły dwa lata, maratonowi dołożono jakieś 5 km, a mnie do tegorocznego startu skusiła deklaracja organizatorów sprzed dwóch lat. Na jubileuszowym medalu miała pojawić się Śnieżka.

Pojechałem z obawami o kostkę. Niewiadomą była też kondycja jako taka, bo od skręcenia stawu skokowego na Chojnik Maratonie nie biegałem. Wyzwanie, że hoho.

Noga szału nie robiła. Było oczywiście zdecydowanie lepiej, na płaskim chodziło mi się nieźle, ale zagadką pozostawała kwestia zachowania się kostki w górskich warunkach. Na wszelki wypadek na dzień przed startem poszukałem fizjoterapeuty w Jeleniej Górze by otejpować nogę. Było z tym trochę przygód, bo Centrum Rehabilitacji na stronie www i facebooku podawało ulicę X, a na miejscu okazało się, że ich tam nie ma. Przez telefon dowiedziałem się, że są w innym miejscu. Trafiłem w ręce Tomka, który przejrzał staw, obejrzał stopy i okleił, a przy okazji oznajmił, że muszę popracować nad miednicą bo przy rotacji jaką mam załatwię kolana.

W piątkowy wieczór wyskoczyliśmy na bieg rodzinny. Impreza iście towarzyska, bez pomiaru czasu i wszystkich biegowych bajerów. Było wesoło, zabawa w berka z dzieciakami. Noga pozwalała biec i zbiegać.

Start maratonu był o 6:30, prognoza pogody... A to w ogóle ciekawostka. W czwartek w Szklarskiej chłodno i deszczowo, w piątek upał na maksa (wyplażowaliśmy się na Termach Cieplickich w najlepsze), a na sobotę zapowiedzieli naście stopni i wiatr.

Plecak spakowałem wieczorem, jako, że to góry postanowiłem trochę podźwigać. Kurtka, cienka bluza, rękawiczki, ciepła czapka, dwa buffy. Na siebie krótkie spodnie, krótki rękaw, rękawki i cienka czapka. Przed startem zagrzebałem w plecaku i założyłem bluzę. Niby nie było nad wyraz zimno, ale...



Madzia strzeliła kilka fotografii, pożegnała się i powędrowała w górę by sfotografować startujących a ja ustawiłem się pod koniec stawki.

Plan miałem prosty. W górę idę, na płaskim biegnę, a na grzbiecie, tam gdzie kamloty zobaczę, pewnie pójdę. W górę, w górę, w górę... Staram się iść żwawo, ale wiadomo, jak to na Karkonoskim, im bliżej Śnieżnych Kotłów tym bardziej stromo. Po 4 kilometrze schronisko pod Łabskim Szczytem i pierwszy punkt odżywczy. Uwinąłem się tam szybko, dwa kawałki banana i w górę.

Im bliżej Śnieżnych tym chłodniej. Nad grzbietem chmury, oj nie będzie widoków. Zaczęło wiać i robić się zimno. Nie było wyjścia, trzeba się zatrzymać i wyjąć kurtkę. Oj było z tym zabawy, bo o ile wyjęcie nie przysporzyło problemów to trafienie w rękaw już nie. Parę obrotów, ustawienia się do wiatru (a może z wiatrem?), następnie rękawiczki i wreszcie byłem odziany. Tym sposobem w plecaku zostało niewiele do założenia. Dwa bufy, czapka i opaska. Co będzie dalej?

Kaptur na głowie i biegnę przy stacji nadawczej na Śnieżnych. Ciężko, nogi odwykły od biegania, do tego wiatr pcha na bok. Oj będzie zabawa. Chwytam telefon i nagrywam krótki film. Pizga złem.


Trasa znana więc nie rozglądam się dalej niż pod nogi. W dół, w górę, gdzieś tam poznaję wielki kamień, cztery tygodnie temu biegłem po nim w przeciwną stronę. Więcej idę niż biegnę. Próbuję biec z góry, ale to co mi wychodzi jest żenujące. Na Chojnik Maratonie ten kawałek pokonywałem zdecydowanie szybciej, a dziś? Masakra. Patrzę pod nogi, kostka lekko boli od wewnętrznej strony,  ale nie jest to ból, który by przeszkadzał. Tejpy też nieźle działają, nie czuję niestabilności. To co czuję to nierówny krok... Gdzieś po drodze (ale nie wiem czy teraz, czy później) ktoś wyprzedzający pyta mnie czy boli mnie noga i proponuje ketonal. Dziękuję mówiąc, że mam przeciwbólówki.

Mijam Śląskie Kamienie, biegnę w stronę punktu odżywczego przy Odrodzeniu. Obiegam schronisko Spindlerovy Mlyn, dwa lata temu budowa raczkowała, teraz robi się z tego hotel. Teraz znowu zbieg, tym razem utwardzoną drogą, sporo tam asfaltu. Biegnę i jest wolno. Jest ciężko, a wiem, że normalnie biegłbym to bez problemów. Wreszcie jest punkt. Prawdę mówiąc mieści się przy Spindlerovej Boudzie, ale to drobiazg. Arbuzów brak, ja do tej pory zjadłem tylko jeden żel. Jakoś nie mam pomysłu na odżywianie się. Na punkcie kawałek banana i chwytam orzeszki w czekoladzie. Mniam, są świetne więc biorę kolejne i dodatkowo garść wrzucam w kieszeń kurtki. Obawiam się czy czekolada się nie rozpuści, ale zakładam, że przy tej temperaturze nic im nie grozi.

Ruszam do boju, wiem, że za chwilę skręcę w prawo i znów będzie w górę... A na górze idę. Tam ciężko biec, każdy kamień inaczej, każdy innej wielkości, podbiegam na kładkach, a tak kije w ruch i idę. Za Słonecznikiem jeden z ulubionych widoków - na dole Wielki Staw, ale ja czekam na jego mniejszego brata i czekam na Śnieżkę, a ta w chmurach. Po chwili Mały Staw, patrzę w dół i szukam Samotni. Zatrzymuję się i patrzę z sentymentem na ogrodzenie oddzielające schronisko od Stawu. Robię zdjęcia, wysyłam Madzi i biegnę, znaczy idę dalej. Kiepsko się biegnie, oj kiepsko.

Podążam w stronę Domu Śląskiego. Śnieżka nadal nadąsana. Wreszcie zaczynam mijać zawodników, którzy już wracają z królowej. W pobliżu skrzyżowania na Kopę jestem pytany o to jak noga, odpowiadam, że średnio, w zamian słyszę, że czytał moją relację z Chojnika. Wreszcie Dom Śląski. Pisałem, że na Śnieżnych pizgało złem? Myliłem się. Tam był jakiś noworodek, dopiero tu dmuchnęło na maksa. Podchodzę do punktu odżywczego, zajadam orzeszki, wrzucam do kieszeni. Zagadują mnie chłopacy, pytają czy ja to ja. Próbuję skojarzyć skąd ich znam, ale ni czorta. Moja wada objawia się w najlepsze - nie mam pamięci do twarzy. Okazuje się, że to bydgoszczanie, pytają czy mam ciuchy, bo na Śnieżce zimnica na całego. Wyciągam czapkę, zakładam, na nią kaptur i cienka czapka. Wiatr targa tak, że boję się, że zwieje mi cienką czapkę więc zakładam ją pod kaptur. I ruszam w górę.

Atak szczytowy. Haha. Jaki atak? Idę i nie jest łatwo. Drepczę i co jakiś czas patrzę w górę, a królowa w chmurach. Psioczę na nią pod nosem, przypominam sobie stare, dobre czasy i lekkość z jaką drapałem się tam w 2014 roku. Ktoś robi mi zdjęcie, po czym jak kozica, na skróty gna wyżej i robi kolejne. Sprawdzam w zegarku profil, jeszcze trochę.

Jest. Schylam się, biorę kamyk, który wpadł mi w oko, podchodzę do wejścia do nieczynnej restauracji. Ciach, parę zdjęć i pora w dół. Powiem szczerze, że nie lubię Drogi Jubileuszowej. Teoretycznie wybrukowana, teoretycznie płaskie kamienie, a praktycznie każdy ustawiony w inną stronę i droga jest nierówna. Nawet nie próbuję biec. Idzie się ciężko. Pod Domem Śląskim ładuję sporo orzechów, wskakuję do wc, pytam czy zdejmują ludzi z trasy i dowiaduję się, że tylko tych, którzy nie weszli jeszcze na Śnieżkę. No to co. Moje wątpliwości, które są ze mną od początku biegu odsuwam na plan dalszy. Idę dalej i zobaczymy co będzie.



Pora na nowy fragment trasy - w dół, w stronę Strzechy Akademickiej. To też sentymentalny kawałek. Koło Strzechy ktoś mnie pyta czy daleko na Śnieżkę, podaję kilometraż, mówię, że jest tam bardzo zimno i ruszam w dół.

Dochodzi mnie dwóch chłopaków, zwijają oznaczenia trasy i są lekko skonsternowani moją obecnością na takich tyłach. Mówię, że mogą zdejmować bez problemu bo mam wgranego tracka. Tasujemy się parę razy, wreszcie przed odbiciem na Słonecznik uciekają mi definitywnie.

Robi się ciepło, ściągam kurtkę i drapię się w górę. Jakoś idzie, ale szału nie ma. Cały czas zajadam orzechy, na żele nie mam ochoty (zjadłem dopiero 3). Zatrzymuję się parę razy bo to kurtka, rękawiczki, a to zdjęcie...


Na grzbiecie znów wciągam kurtkę. Nie jest tak zimno jak rano, ale przewiewa. Nie jest lekko, wlokę się, bo znów te cholerne kamienie. Kto je tam rozsypał?

Pora na zejście spod Małego Szyszaka do punktu odżywczego przy Odrodzeniu. Jest źle. Schodzenie sprawia mi problemy. Lewa noga i kostka spoko, prawa zaczyna się blokować. Ból w okolicy kolana potęguje się do tego stopnia, że idąc w dół nie mogę zgiąć nogi. Po 34 km zatrzymuję się i próbuję rozluźnić pasmo biodrowo-piszczelowe. Wbijam w nie rękojeść kijka, wiercę, przesuwam. Ulga. Mogę iść w dół. Przez jakieś 100 metrów. Znowu to samo, znowu nie mogę zgiąć nogi w kolanie, kombinuję jak schodzić. Krok dostawny jest jedyną opcją. Docieram do punktu pomiarowego, obsługująca go dziewczyna uśmiecha się. Najpewniej pomyślała "nareszcie". Kilkadziesiąt metrów wcześniej podjąłem decyzję. Jest pierwszą, która się o niej dowiaduje. Schodzę z trasy. Zapisuje numer, dzwoni. Ja docieram do punktu odżywczego i pytam jak u nich z transportem. Wolontariusz odsyła mnie do Odrodzenia więc drepczę w górę. Tam dowiaduję się, że ze Szklarskiej wyjechał samochód i będzie za jakieś 50 minut. Umawiam się, że wchodzę do schroniska, tam mnie znajdą.

Piszę do Madzi, zrzucam plecak, ciuchy, zamawiam jedzenie. Spoko. Może innym razem?  Hmmm czy spełnił się czarny scenariusz? Czy w ogóle był czarny scenariusz? Nie, było wielce prawdopodobne, że nie ukończę maratonu, ale obstawiałem, że nie pozwoli na to kostka, a tu niespodzianka. Kolano drugiej nogi. Choć tak prawdę mówiąc kolano padło przez podświadome odciążanie kostki.

W schronisku flaki wodniste, trzeba namachać łyżką by dotrzeć do gęstego. Ruskie pierogi z lekka rozgotowane, ale spoko. Herbata ciepła. Czas mija, jestem w połowie herbaty gdy widzę podjeżdżający samochód. No to ruszam oddać naczynia i idę. Ekipa ładuje butle z wodą i cieszą się na mój widok. Już dzwonili do centrali by ta podała numer mojego telefonu.

Przede mną podróż do Szklarskiej w jakże miłym towarzystwie. Gadamy o górach, maratonie. Mówię, że ciągnie mnie w Karkonosze, nie wyjaśniam skąd ten sentyment. Wreszcie docieramy w rejon mety. Dziękuję za podwózkę, spotykam się z Madzią, Rafim, Anką i Olafem. Idę jeszcze na chwilę w stronę biura zawodów. I słyszę, że osoby, które przybiegły po limicie mogą odebrać medale. Idę nie po to by zawiesić go na szyi. Idę i pytam czy na medalu jest Śnieżka, a gdy słyszę potwierdzenie pytam czy mogę dostać. A ukończył pan? Nie... Wolontariuszka konsultuje, ja mówię, że chcę go powiesić w szczególnym miejscu. Dostaję. Gdyby na medalu było cokolwiek innego niż Śnieżka nie wziąłbym go, a tak królowa powędruje do Weroniki. Razem z kamieniem.

Za mną drugie podejście do trzynastego maratonu. Ktoś mógłby rzec, że to pechowa liczba. E, bzdury i przesądy. Trzynastka padnie w przyszłym roku. W tym trzeba naprawić kostkę i spróbować pobiegać krócej, ale nieco szybciej.

3 komentarze:

  1. Fajnie napisane, szkoda że nie skończyłeś pogoda naprawdę w tym roku na maratonie nie dopisała, na Chodniku była duchota i strasznie wilgotne powietrze, na Karkonoskim silny zimny wiatr.Najlepsza była dzień później na połówce. Gratulacje za wytrwałość!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogoda nie była taka zła. Fajna przygoda, na szczęście nie zmarzłem. Na połówce dziewczyny też musiały wciągnąć kurtki i łapać fryzury, ale nie narzekały.

      Usuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...