07 czerwca 2018

Chojnik Maraton

Kolejny przystanek w podróży #maratonyweroniki Tym razem otrzymany w prezencie na imieniny (a może gwiazdkę?), start trochę z przypadku, bo dotychczas Chojnik Maraton wypadał w ostatnią niedzielę maja - dzień, gdy nie ma zmiłuj - pracuję przy dużej imprezie. W tym roku okazało się, że Chojnik odbędzie się tydzień później. Zastanawiałem się czy biec, jakoś nie miałem weny, bo na koniec czerwca czeka mnie Maraton Karkonoski. Dałem się jednak namówić Madzi i zgodziłem na taki prezent.
Gdzieś w głębi duszy liczyłem, że dostanę pakiet na 70 km, ale Madzia postanowiła twardo, że będzie to standardowy Chojnik, czyli 46 km. Po niewielkich przebojach ze znalezieniem noclegu (wszystko w najbliższej okolicy było zajęte, a Róża Karkonoszy orzekła, że mamy dzwonić na początku kwietnia) udało się zabukować nocleg w tejże Róży. Miejscówka fajna, bo ok. 300 m od startu/mety. Jak się na miejscu okazało klimatyczna, ze smacznymi śniadaniami w cenie, a obiadowy makaron to solidne porcje, w dodatku bardzo smaczne.

W Sobieszowie zagościliśmy w czwartek, piątek przeznaczyliśmy na wizytę w Jeleniej Górze (tu ze smutkiem stwierdzam, że będące jej częścią Cieplice  były niegdyś piękne, a teraz w wielu miejscach, podobnie jak Sobieszów, wyglądają tragicznie, wprost idealnie do nagrywania wojennych filmów). W piątkowy wieczór zagościliśmy w biurze zawodów. Madzia ustawiła się w kolejce do sklepiku, ja czekałem za pakietem.

Tak się składało, że Madzi nie udało się wynegocjować dla mnie numeru startowego 2708, więc ja spróbowałem od drugiej strony. Skoro organizator nie był chętny to poprosiłem firmę pomiarową o interwencję. I faktycznie. Na liście startowej figurowałem jako 2708. Super.

Pierwszy problem pojawił się na dzień dobry w biurze zawodów.
- Jaki numer?
- Dwadzieścia siedem zero osiem. I wolontariuszki dopytują
-Dwadzieścia siedem?
- Nie, dwa tysiące siedemset osiem.
- Yyy, na maratonie nie ma takich numerów.
I panie dzielnie przeszukują, wołają organizatora, ten wie o co chodzi i wie gdzie poszukać karty do podpisu. Rozpoczęły się poszukiwania numeru startowego. Numeru brak, poprosili o chwilę cierpliwości, więc spoko, powiedziałem, że pojawię się za jakiś czas.

W sklepiku oglądanie, wybieranie, a może bluzę? Eee, nie. Niech będą skarpetki, magnes, widokówka.

Wróciłem pytać o numer, poproszono mnie na bok. Organizator przepraszał, bo zlecił drukowanie, ale niestety nie wydrukowali... Widać, że było mu bardzo głupio. I jak bardzo mi zależy, to po biegu wydrukują i mi przyślą. Stwierdziłem, że nie mają się przejmować i robić z tego problemu. Banał, mój wymysł a dopilnowanie druku numeru wyższego o jakieś 1700 od najwyższego z całej imprezy mogło być problematyczne. Ja to rozumiem i tyle. Dostałem zatem numer 403.

Pakiet na bogato. Worek na buty (ponoć smrody z niego nie wychodzą), mapa tras, wafle, płatki i coś tam jeszcze od Sonko, żel od DashRade, do tego nr Kingrunner Ultra, napój i parę innych bajerów. Na wypasie.

Postanowiliśmy pochłonąć trochę atmosferę imprezy. Usiedliśmy pod drewnianym zającem, aż tu nagle pojawił się za nam jakiś chłopiec, na oko 10-12 lat. Chodzi wokół zająca więc zapytaliśmy jego opiekunów czy chcą robić zdjęcie to się przesuniemy. Okazało się, że młody chodził ot tak. No to strzeliłem gadkę: "Podobno jak się klepnie tego zająca 128 razy do wypadną z niego ciasteczka". Po chwili odezwała się dziewczynka, taka  mniej więcej sześciolatka i stwierdziła, że zając nie ma żadnej dziurki, z której mogłyby wypaść ciastka. Hihihi, ahahaha, żarciki, że może dziurka jest od spodu...

Minęło trochę czasu gdy zauważyłem, że chłopiec skończył klepać zająca. Zapytałem "i co? nie wypadły?" No nie wypadły, na co Madzia do mnie, że w torbie ma chyba jakieś ciastka. Szybka akcja z poszukiwaniem i opakowanie Twixów było w moich rękach dosłownie przez chwilę, bo od razu wylądowało między nogami zająca. Chłopiec nawet tego nie zauważył. No to mówię do niego "ty, zobacz, coś tu leży". Podniósł i oczy miał jak pięć złotych. Nie mógł uwierzyć. Jego opiekunowie mieli ubaw, stwierdzili, że jego mama nie uwierzy jak jej o tym opowie. My też się uśmialiśmy. Takie z nas trolle.

Nie czułem tego startu. Przed wyjazdem i w samym Sobieszowie nic, zero stresu, poczucia, że wkrótce pobiegnę maraton w górach. Żadnego pomysłu na bieg. Owszem, obejrzałem trasę, spojrzałem na profil, przejrzałem filmy z ubiegłych lat i poczytałem relacje, ale nic to nie dało. Nie czułem go i tyle.

Wieczorem przygotowałem ciuchy, spakowałem plecak i poszedłem wcześnie spać. Rano hop, siup, kontrola plecaka, zalanie wodą bukłaka i softflaska, przytroczenie kijów, kontrola jak to leży na plecach, poprawki, kontrola, poprawki, kontrola... Nie leżało. Plecak nowy, pobiegłem z nim tylko 5 km, do tego bez pełnego załadunku i zalania wodą...

Po śniadaniu ruszyliśmy na odprawę i dopiero na miejscu poczułem lekki stres, ale bez szaleństwa. Madzia stwierdziła, że trochę go u mnie widać.

Start o godzinie 9, ludziska w gotowości, ja zdążyłem zaliczyć szybkiego toi toia i ustawiłem się na tyłach. Ruszyli przy dźwiękach kapeli, gdy zbliżyłem się do niej zatańczyłem skakane kółko i pobiegłem. Prosto, przed ogrodzeniem w lewo i w tym momencie zegarek obwieścił zejście z trasy. Okazało się, że nie tylko u mnie track nie pokrywał się z rzeczywistym przebiegiem trasy. Zacząłem się zastanawiać co będzie dalej.
fot. Marcin Oliva Soto

Początek więc wiadomo, biegnie się przyzwoicie, pod górkę idzie, jest ok. Pierwsze kilometry fajne, pod górkę, nieco płaskiego, na którym dało się biec. Czułem, że to może być fajne bieganie i w przeciwieństwie do ubiegłorocznego Supermaratonu Gór Stołowych podbiegałem jeśli nie było zbyt stromo. Tempa różne, ale często zegarek sugerował, że na metę dotrę w okolicach godziny 16:30-40, a to znaczyło, że będzie dużo lepiej niż zakładałem. Plan to 8 godzin, czyli meta ok. 17.

5 km minęło szybko, na punkcie wciągnąłem 2 kawałki arbuza, popiłem wody i pognałem w górę. Na drugim punkcie miałem w nogach fajne gramolenie się pod górę, tempo 12-14 minut, najwolniejszy kilometr w okolicach 17 minut, w tym żarełko i uzupełnienie wody. Nie powiem, spociłem się w najlepsze bo w zalesionej części było duszno. Na szczęście po piątkowym upale pozostało wspomnienie. Na punkcie wyjąłem kubek, wolontariusz z Załogi Górskiej pomógł mi z rozpakowaniem woreczka z elektrolitami, napiłem się i pogoniłem w górę. W międzyczasie ktoś zapytał czy zatrzymują tych, którzy nie zmieszczą się w limicie (2:30), na co ktoś odparł, że u nich nie ma limitu bo jest na 15 km. O, to trzeba się sprężyć, bo zostało ok. 50 minut. I znów w górę...



Troszkę biegu, głównie marsz. Dotarłem w rejon znany mi z Maratonu Karkonoskiego. Wspomniałem burzę, która trafiła się tam w 2016  r., spojrzałem w niebo. Chmury co najwyżej zapowiadać mogły deszcz.

Po jakimś czasie, za Martinovą Budą ktoś za mną krzyknął, że jest Kamil. Odwróciłem się i zobaczyłem, że to Kamil Leśniak. Na dwa dni przed maratonem skomentowałem jego zdjęcie na FB pisząc, że jakby chciał mnie gonić to musi wystartować godzinę po mnie. I wystartował w półmaratonie z górką. Krzyknąłem do niego, że mnie nie wyprzedzi, zacząłem biec, a on odparł, że na podbiegu nie będzie wyprzedzał. Zacząłem się szarpać z telefonem by mieć foto z goniącym mnie Leśniakiem. Tra la la. Zanim odpaliłem aparat Kamil był przede mną.
Zrobiło się bardziej płasko to pobiegłem trochę. Co jakiś czas dostawałem wiadomości od Madzi i Anki. Kibicowanie weszło im w krew. Jak miałem chwilę i ładne widoki wyciągałem telefon, robiłem zdjęcia i wysyłałem im do pooglądania.

Biegło się fajnie. Na podejściu w okolice Śnieżnych Kotłów szedłem tempem w okolicach 9:40, a to dalej wróżyło wynik 7:30. Rewelacja. Zaczął się zbieg ze Śnieżnych w stronę Schroniska pod Łabskim Szczytem. Kawałek, który w 2016 roku mnie zmasakrował. Kije zostawały w plecaku, a ja ruszyłem. Nie było to jakieś szybkie zbieganie, bo też nie jestem góralem, ale okolice 7 min/km uważałem za przyzwoite. Fajnie się to biegło, zegarek zasugerował urwanie kolejnych 5 minut z czasu przybycia na metę. Jest cudownie, nagrywam krótki film, po chwili podśpiewuję sobie.


Przy schronisku zakręt w prawo i rozpoczęła się zabawa na czarnym szlaku. Odcinek, którego najbardziej się obawiałem. Dużo różnorakich kamieni, usypanych bez ładu i składu, do tego źródełko. Wyjąłem kije by mieć asekurację. Tempo spadło do 12 min/km. Po drodze parę zdjęć, szybkie siku i walka z kamlotami.

Wreszcie koniec, zakręt w prawo, pod stopami równi, acz lekko w górę. No to idziemy. Ktoś za mną, ktoś przede mną. Nagle słyszę "O, fotograf, biegniemy" no to biegniemy by na zdjęciu ładnie wypaść. Stwierdziłem, że w sumie ten kawałek warto zrobić marszobiegiem 100/100. Za fotografem masz, kończy się 100 metrów więc zacznę biec, a tu zakręt w prawo i podejście takie, że o bieganiu mogłem pomarzyć.
fot. Biegający Foto Marcin Mondrowicz

fot. Biegający Foto Marcin Mondrowicz

fot. Biegający Foto Marcin Mondrowicz

No to w górę, kije w ręce i się wdrapuję. Wdrapuję, mijam biegnących z przeciwka połówkarzy. A ja się wdrapuję. Inni też. Każdemu jest ciężko, każdy narzeka. Widzę trzech siedzących zawodników i żartuję, że powinni dostać karę za nakłanianie siedzeniem do zatrzymania się. Odpowiedzieli, że nadrobią to na zbiegach.


Ciągle w górę, trochę się tasujemy. Ktoś mnie wyprzedził, odskoczył na parę metrów, zatrzymał się i zrobił zdjęcia kolegom poniżej. Ruszył w góry tuż przede mną gapiąc się w telefon i leząc dużo wolniej niż przed chwilą i sprawiając, że zacząłem tracić rytm. Oberwał przypadkiem po Achillesie kijkiem, ale jakoś nie przejął się tym i dalej gapił w telefon. Nie minęła chwila i znów trafiłem go w nogę... W końcu go wyprzedziłem.

Góra bez końca... Każdy ma dość. Patrzę na zegarku na profil, jeszcze trochę podejścia. Wreszcie jestem na górze, nogi bolą, ale postanawiam pobiec. O dziwo biegnie mi się bardzo lekko. Fajnie jest. Hmmm, kolejny raz stwierdzam, że to jest mój dzień.

Czarna Przełęcz za mną. Cudowne widoki były po drodze. Zaczyna się zbieg, ten, na którym "ścigałem się" z Kamilem. I znów biegnę zadowolony. Co prawda po podejściu zegarek sugeruje, że na mecie pojawię się ok. godziny 17:10, ale przede mną będzie cały kawał zbiegu, w sumie dobre 14 km.
fot. Marcin Oliva Soto

Punkt odżywczy nr 4 Petrova Bouda. Kubek w ruch, elektrolity, sprawdzam bukłak, jest sporo wody, do tego softflask prawie nieruszony więc nie dolewam. Jedyny problem to żołądek - nie podoba mu się żarcie kolejnego żelu. No to zjem arbuzy, a tu widzę trochę kabanosów. No to chwyciłem dwa kawałki, jeden polałem wodą i wytarzałem w soli. Smakował paskudnie, ale sól się przyda po solidnym poceniu się po drodze. Najedzony, napity i w dobrym humorze przekroczyłem pomiar czasu i ruszyłem  lekko w dół. Jest fajnie, kijki schowane, myślę jak się będzie zbiegało tym, co parę godzin temu pokonałem w górę. Obawiałem się czy nie będzie mi za stromo.

Dostałem wiadomość, spojrzałem na zegarek, to Madzia. "Pięknie Ci idzie kochanie. I super widoki." Opuściłem rękę, spojrzałem przed siebie i nagle poczułem kurewski ból w kostce. Spojrzałem pod nogę i zobaczyłem wypłukany przez wodę wąski rów, na krawędź którego stąpnąłem. Upadłem, przekulnąłem się przez brzuch, plecy, chyba brzuch i leżałem na plecach... Boli jak skurwysyn... Leżę patrzę w stronę punktu odżywczego, widzę biegnących, trzeba usiąść by nie ruszyli mi szturmem na ratunek. Boli. Spojrzałem na kostkę, po zewnętrznej stronie rosła solidna bańka. Podniosłem się, spróbowałem iść. Dramat. Pokuśtykam do góry, poproszę o schłodzenie  nogi i spróbuję powalczyć by doczłapać się do mety. Póki co wróciłem ze 200-300 metrów w górę. Ratownik orzekł, że nie ma spreju, bo wypsikał cały na skurczone mięśnie innych biegaczy. Tym razem na sobie poczułem to, co widywałem na maratonach. Ratownicy chłodzą skurcze tych, którym albo nie chciało się pić po drodze magnezu, albo nie mają kompletnie pojęcia co zrobić w przypadku skurczu. "niech pan zamrozi i biegnę dalej". Mam z lekka wkurwa. Ratownik proponuje, że może mi usztywnić kostkę. Stwierdziłem, że ma dać mi bandaż i zobaczę co będzie dalej.

Idę podpierając się na kijach. Boli. Wlokę się. Piszę Madzi co się stało, i że spróbuję dotrzeć do mety. Boli, wlokę się 24 min/km. Patrzę na zegarek. Tym tempem nie mam szans by zmieścić się w limicie. Zatrzymuję się, owijam stopę bandażem, ruszam dalej. Nie ma sensu się katować. Piszę Madzi, że rezygnuję i wzywam GOPR. Ona na to, że jedna dziewczyna ukończyła bieg ze skręconą kostką i żebym spróbował. Odpisuję, że nie ma sensu, za 4 tygodnie Maraton Karkonoski więc nie będę jeszcze bardziej kasował nogi.

Wyprzedza mnie chłopak i niemal upada krzycząc z bólu. Ma skurcz więc oddaję mu swój magnez. I tak nie skorzystam. Dobiega do nas inny zawodnik, pyta go czy ma mu schłodzić bo ma lód w spraju. Mówię, że też poproszę i dostaję solidną dawkę. Pomaga na chwilę.

Docieram do skrzyżowania dwóch szlaków, siadam na ławeczce i wzywam GOPR. Pozostaje czekać. Nie czuję jakiegoś wielkiego rozczarowania. Nie zastanawiam się czy dobrze robię. Wiem, że tak trzeba. To będzie... Nie, to jest mój pierwszy DNF. Nie ukończył. Tak będzie oznaczone moje nazwisko na liście z wynikami.

Przyjeżdża Land Rover, świeci kogutami. Panowie pytają, oglądają, stwierdzają, że usztywnią i po chwili od stopy do pośladka noga jest w szynie. Hop do samochodu i jedziemy w dół. Na piątym punkcie, przy Drodze pod Reglami czeka na mnie karetka, którą docieram w strefę mety. Tam ratownicy oglądają stopę, smarują altacetem, owijają i sugerują okłady z kapusty.


Dziękuję, koniec. W strefie mety jestem o godzinie 16:41. Czyli tak jak miałem dobiec, a ja tu karetką...

Poczłapałem się, Madzia oddała mi sandała bym zmieścił jakoś nogę w obuwie, zjadłem kaszę i podreptaliśmy na kwaterę. Tam szybkie jedzenie i decyzja by prześwietlić nogę. Pani pracująca w restauracji zasugerowała szpital w Bukowcu, w którym czeka się zdecydowanie krócej niż w Jeleniej Górze. I tak też zrobiliśmy. Poszło szybko, sprawnie. Kości całe, torebka strzeliła. Jak nie będzie lepiej to w poniedziałek mam się pojawić u siebie na kontroli.

Tyle z Chojnika. Trzeba będzie powtórzyć.

Wieki temu zastanawiałem się jakie rozterki będę czuł przy podejmowaniu decyzji o zejściu z trasy. Ile będzie pytań, analiz, ile pokus by biec wbrew logice. Nie było żadnych. To była jedyna słuszna decyzja. Nie dałbym rady zejść, a przed metą nie było szans by jeszcze zaliczyć Zamek Chojnik będący na trasie. Przybyłem, zobaczyłem część. Niewątpliwie nie zwyciężyłem. Ale też nie czuję bym przegrał.

Od poniedziałku walczę z nogą w www.ortimed.net Prąd i laser i czuję (oraz widzę) znaczną poprawę. Jeszcze chwila i trzeba będzie zacząć walczyć z więzadłami w stawie :)

Trochę górek na tym Chojniku przebiegłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...