21 września 2017

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami zostaliśmy parą królewską

Gór nie było, bo trasa była płaska. Rzeki? Nie wiem. Dwie? Za to mostów chyba jedenaście...

Pojechaliśmy do Wrocławia po jedno - by zakończyć starania o zdobycie Korony Maratonów Polskich. Przygodę z nią, nieświadomie, rozpoczęliśmy w październiku 2015 r. w Poznaniu. W 2016 r. był Kraków i Warszawa a w 2017 Dębno. Wisienką na torcie miał zostać Wrocław.
 
 
 


Do tej pory biegowo (i turystycznie, acz w ekspresowym tempie) zbłądziliśmy tam raz zimą tego roku meldując się na City Trail. Maraton miał być zabawą i wyzwaniem. Mój plan przewidywał spokojny bieg i poprowadzenie grupy na czas 4:30, Madzia tradycyjnie wybrała tryb oszczędny: zapłaciła 120 zł więc postanowiła, że godzina biegu będzie ją kosztować 20 zł.

Na jakieś trzy tygodnie przed startem stwierdziłem, że biega mi się bardzo ciężko, do tego odezwało się rozcięgno podeszwowe i przyczep Achillesa. Sprawy bólowe na szczęście były incydentalne i zakończyły się po 3-4 dniach, ale forma była nie taka. Podjąłem decyzję, że odpuszczam bycie zającem, nie będę brał na siebie odpowiedzialności nie będąc przekonanym co do swoich możliwości.

Pojechaliśmy, odebraliśmy pakiety i ruszyliśmy na zwiedzanie. Wieczorem jeszcze pasta party i nocleg w akademiku. A rano dopakowanie plecaka i spacer na start.


Tak, wyjątkowo biegłem z plecakiem. Powody były dwa: strach przed upałem jaki był rok temu, a poza tym musiałem gdzieś schować moją wyjątkową koronę. Wyjątkową, bo zaprojektowaną (tak, najpierw był szkic) i wykonaną przez Weronikę. Dostałem ją 2,5 roku temu gdy wygrałem pewien konkurs...

Podreptaliśmy na start. Madzia, Witek, który był jej eskortą, Justyna i ja. Każdy z innym pomysłem na bieg. Madzia miała w planie marszobieg. Nie klasycznego Galloway'a, ale restrykcyjny interwał w okolicach 200/200 m. A ja? Postanowiłem zacząć z grupą na 4:15, a po połowie nieco przyspieszyć. Jakby się udało zejść w okolice 4:05-4:00 byłoby super.

Ustawiliśmy się w swoich strefach i wystarczyło poczekać na sygnał.

Wreszcie przekroczyłem linię startu, obiegłem rondo, później minąłem ze dwa punkty kibica i biegłem. Spokojnie, bardzo spokojnie. Tempo ok. 5:50 min./km Nogi mówią, że wolno, płuca podobnie. Wszystko pod kontrolą. Jakieś 40 m przede mną balony  na 4:15. Nie gonię ich celowo, przez pierwsze dwa kilometry dystans między nami się nie zmniejszał. Biegli trochę za szybko jak na prowadzony czas, ale co mnie to.

Biegnę i się rozglądam. To maraton turystyczny. Jest na co patrzeć. Sporo starej zabudowy, miejscami trochę nowego, architektonicznie ciekawego. Po paru kilometrach wyprzedziłem pacemakerów. Powiedziałem wówczas Asi, że na mecie ma być za mną.

Biegło się miło i przyjemnie. Czasem bruk, czasem most. Za mostem kolejny. W nogach luz i standardowe na maratonie uczucie, że biegnę za wolno. Wszystko pod kontrolą. 10 km w 58:51. No to biegnę dalej. Co ok. 40 minut zjadam jedne żel. Jestem ciekaw jak żołądek je przetrzyma, ponoć nie ma po nich problemów gastrycznych. W Górach Stołowych nie narzekałem, ale tam dojadałem jeszcze banany.
fot. fotomaraton.pl

Po 15 km czuję, że nie biegnie się tak lekko, ale nie ma dramatu. Gdzieś po drodze pogadałem z paroma osobami. Jest fajnie. I tylko zabudowa się zmieniła, dużo nowego i dużo PRLu. Później będzie kawał prostej, zawrotka przy stadionie piłkarskim i znów długa prosta. Może to nieco zmęczyć psychę, ale co tam! Biegnę.

Połówka w 2:04:31, biegnę na czas poniżej 4:15. Biegnę, prosta do stadionu zaczyna się ciągnąć, a mi też jakoś tak inaczej przebiera się nogami. Ale daję radę. Tyle, że wolniej. Zegarek coraz częściej pokazuje czasy powyżej 6 min/km. Przypomniałem sobie, że zapomniałem o żelu, który powinienem zjeść 1,5 km wcześniej.
fot. fotomaraton.pl

W okolicy 26 km wyprzedza mnie Asia. Nie wiem czy mnie wypatrzyła. Nie odezwała się, więc może nie. No to zaczyna się pochłanianie mojej osoby. Głowa mi szepnęła standardowe "a może wszedłbyś do toi  toia?" Wal się mówię do niej. Nie pęcherz wcale mocno nie ciśnie. Ale już na 28 km staję w kolejce do kabiny.

Bieg przestał mnie bawić. Pojawiło się zniechęcenie. Ból nóg? Nie wiem, ale jakoś nie chciało mi się nimi przebierać. Ok. 30. km zaczynam marszobieg. 800 m biegu i 200 marszu. Później te proporcje są różne, bywa, że skracam długość biegu. Po 31 km nachodzi mnie ochota na colę. Postanowiłem wskoczyć do sklepu jeśli znajdzie się jakiś przy trasie. Sklepu brak, ale jest Orlen. No to zbaczam na chwilę, kupuję butelkę, przez głowę przechodzi myśl o hot dogu, ale primo szkoda mi czasu na jego kupno, a secundo... jakbym wyglądał biegnąc z hot dogiem.

Do mety 10 km. Marszobieguję. Nuda, nie chce się. Od długiego czasu wkurzają mnie zapachy Wrocławia. Śmierdzi z kanalizy albo, dla odmiany, spaliny walą w nozdrza zdecydowanie mocniej. Biegnę (albo idę) i zastanawiam się o co tu w ogóle chodzi z tym maratonem. Jest do dupy. Kompletnie do dupy. Wiosną w Gdańsku bolało, ale były chęci by biec, a tu szukam motywacji by się ruszać. Kompletna paranoja.

W górach jest lepiej. Tam nie trzeba ciągle biec.

Tak, ultra w górach jest fajniejsze.

I tak mijają kolejne kilometry. Odliczam ile zostało do mety. 9. Później 6,5. Mam takie kawałki biegów, dla których mam motywujące myśli. A po chwili 5 - to City Trail i zaraz meta. 4 (na City to piaszczysty kawałek, niedaleko drugiego zakrętu). 2,5...

Biegnę i idę. Najchętniej bym szedł, ale ile można? No to biegnę.

A za chwilę idę...

Jedno jest pewne. Organizatorzy przygotowali się do imprezy na 110%. Punkty żywieniowe co 5 km, punkty z wodą co 2,5 km. Pod koniec 2 kurtyny wodne. Punkt na 30. km  najbardziej wysprzątany. Na asfalcie niewiele kubków, większość wolontariusze sprzątnęli. Super.

40. km. Wiem gdzie jestem. Jeszcze trochę i będzie meta. Choć nastrój taki sobie (delikatnie mówiąc). Jeszcze trzeba pomyśleć kiedy wyjąć koronę i kiedy ją założyć. I czy przypadkiem nie będzie spadać z głowy?

Korona w dłoni, założę ją tuż przed stadionem. Brama, korona na czoło. Nie spada. Jestem. Wreszcie. Wbiegam na twardy tor żużlowy i tu czuję, że chce mi się biec, ba! Chce mi się przyspieszyć! Nie! To żaden sprint! Chcę nacieszyć się metą. Łapki w górę i jestem.
fot. datasport.pl
fot. datasport.pl

fot. datasport.pl

W najgorszym moim czasie. 4:43:10 Masakra. Nie mam bladego pojęcia co było nie tak. Ale chrzanić to. Na mecie jak zwykle jestem wzruszony.

Czekam na Madzię. Próbowałem ją śledzić od mojego 30. km, ale tracking działał masakrycznie kiepsko. Nie ładowało międzyczasów i tyle. Gdy byłem na mecie sytuacja nie uległa zmianie. Odczyt Madzi był z 30. km, Justyny z 35. Na 30. Madzia traciła do Justyny tylko nieco ponad minutę. Co się tam działo na trasie? Kosmos jakiś.

Tracking przewidywał, że dziewczyny przebiegły 40 km, a odczytów z maty brak. Nie wytrzymałem i poszedłem w ich stronę. Na drodze wiodącej do stadionu wypatrzyłem Justynę. Otrąbiłem ją, pokrzyczałem, puściła w zamian spojrzenie godne Bazyliszka. Ok, faktycznie ją zmaltretowało. Poszedłem dalej.

Do Madzi i Witka dotarłem po jakiś 300 metrach. Szli nie przejmując się kibicami. I się wzruszyłem. Paskuda jedna miała koronę na wyciągnięcie ręki i nic nie mogło jej zabrać tego sukcesu. I tak powędrowaliśmy w stronę mety wiedząc, że do limitu jest jeszcze kilkanaście minut rezerwy.
fot. fotomaraton.pl

Przed metą Witek pogonił mnie prosząc bym zrobił im zdjęcia. No to pognałem, wyjąłem telefon i napstrykałem ile się da. Czas? 5:48:48. Niemal 11 minut lepszy niż w debiucie w Poznaniu. Od życiówki z Dębna gorszy o 53 minuty. Tyle, że Dębno i Wrocław to dwie różne sytuacje.

fot. datasport.pl

Na koniec jeszcze zdjęcie z Renatą Mauer-Różańską (kto starszy to wie jak wybitna to postać), która wręczyła Madzi medal i do domu.

Korony są nasze. Pora na nieco luzu (choć cały rok biegowo jest luźny) i trzeba będzie zacząć biegać, bo moja forma jest tragiczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...