10 kwietnia 2017

Tydzień po maratonie - stroboskop

W sylwestrowy wieczór zasiadłem do komputera i zapisałem się na maraton w Gdańsku. Miała to być trzecia edycja biegu, rozgrywana o dużo lepszej porze roku niż w przypadku Maratonu Solidarności. Zapisałem się, bo stwierdziłem, że ze względów finansowych odpuszczę Dębno - 140 zł uważałem za zdzierstwo. Po paru godzinach za sprawą Madzi na liście startowej pojawiło się Dębno, więc wiedziałem, że z bicia życiówki na wiosnę będą nici. Czekały mnie dwa maratony tydzień po tygodniu. W lutym odpowiedziałem na ogłoszenie Dębna i zostałem pacemakerem. Planowane prowadzenie grupy na czas 4:30 sprawiło, że kompletnie nie czułem treningowego ciśnienia. Jak nie miałem ochoty to nie biegałem. Jakie były tego efekty?

Krótko przed gdańskim maratonem Madzia wpadła na pomysł by pobiec tam sztafetę. Musiała tylko znaleźć chętne do zabawy. Niemal bez namysłu zgodziła się Ania, po chwili dołączyła Justyna, brakowało tylko czwartej. Poszukiwania trwały aż wreszcie na start dała się namówić sama królowa matka - Aldona - organizatorka Biegu Trzech Króli, Biegu Instalatora i Biegu Dąbrowskiego. Towarzystwo wyszykowało się zacne. I szalone do tego.

Pojechaliśmy w sobotnie popołudnie. Z każdym punktem poboru sztafeciarek robiło się coraz weselej. Na szczęście zdołaliśmy się zmieścić z bagażami, bo Aldona to królowa przebrań. Zabrała ze sobą pokaźny worek. Dziewczyny miały wystąpić na żółto.

W Gdańsku postanowiliśmy spotkać się z Grzesiem. Teoretycznie powinniśmy znaleźć się telefonicznie, praktyka pokazała, że wystarczy być na expo. Znalazł się sam, więc po załatwieniu formalności umówiliśmy się na żarełko w jakiejś pobliskiej knajpie. 

Wieczór na kwaterze minął nam na głupawkach i w sumie posiedzieliśmy trochę za długo. Noc minęła bez większych przygód, poranek również. Byłem nad wyraz spokojny, Anka wypominała mi moje zachowanie sprzed ubiegłorocznego Orlenu, gdy byłem nerwowy nie do zniesienia.

Podjechaliśmy w okolice stadionu i spacerem ruszyliśmy w stronę startu. Było chłodno i pochmurno. Idealnie. Na trening ubrałbym się cieplej, ale na maraton musiały mi wystarczyć krótkie ciuchy i rękawki.

Dziewczyny wsiadły do autobusów, które miały zawieźć je na strefy zmian, a ja zabrałem się za rozgrzewkę. I znów spotkałem Grzesia. W trakcie kolacji umówiliśmy się, że startujemy na czas w okolicy 4:00. Jak przyszło co do czego ja stanąłem na końcu grupy na 3:45 i jakoś się nie wypatrzyliśmy...

Odliczanie

Czekałem na tę chwilę będąc przepełnionym niepewnością i nadzieją. Rozpoczęcie tego maratonu miało szansę być wyjątkowym, wszystko za sprawą konkursu ogłoszonego przez organizatora biegu. To zawodnicy mieli wybrać piosenkę, która będzie im towarzyszyć w momencie startu, miała wygrać ta, która zdobędzie najwięcej lajków. Padały różne propozycje, Madzia poprosiła o Mam tę moc z Krainy lodu. To była ulubiona piosenka Weroniki. Madzia biega w koszulce z tym tytułem, ja biegałem do niedawna (w Gdańsku wystartowałem w nowej, też wierkowej, bo ozdobionej z jej pismem).  Konkurs na piosenkę trwał przez dwa dni, rozpoczął się w czwartek i był niesamowitą batalią, która zaangażowała kilkaset osób. Spośród wielu propozycji prym wiodła nasza oraz piosenka Depeche Mode. Głosowanie, głosowanie, 35 lajków, 60, 90... Szliśmy łeb w łeb. Uruchomiliśmy akcję żebrolajków, prosiliśmy znajomych, ci udostępniali post kolejnym, zrobił się z tego łańcuszek. W piątkowy wieczór pomyślałem, że przecież mogłem utworzyć wydarzenie na facebooku. Do finału zostały 2 godziny. Gdy szedłem spać Depesze mieli o 2 głosy więcej, gdy wstałem mieli ich więcej o 10. O północy Bartek zrobił screena, z którego wynikało, że wygraliśmy jednym lajkiem. Czy na pewno?

Trzy, dwa, jeden, START! Zacząłem nasłuchiwać, w coś dobiegało z głośników, ale było ciche. Co zagrali? Chyba dopiero w trzecim takcie dotarło do mnie, że wygraliśmy. Tak, to był wyjątkowy start, zmierzałem w stronę maty pomiarowej nagrywając to, śpiewając pod nosem i rycząc w najlepsze.

Nowa koszulka z napisem MARATONY WERONIKI, a na piersi numer startowy 2708. Tak! Gdański Ośrodek Sportu wysłuchał moją prośbę i nadał mi ten numer.

Ruszyłem. Spokojnie, treningowo. Plan to okolice 5:40 min/km, maksymalne tempo to 5:20. Nie chciałem szybciej. Kto wie co powie organizm?

Gdzieś za mną czekała Justyna, która biegła na pierwszej zmianie sztafety. Ciekawe czy mnie dogoni? Pobiegliśmy, na przepięknym, bursztynowym stadionie (Narodowy wygląda przy nim jak brudny) wyjąłem telefon i strzeliłem sobie dwa zdjęcia. To miał być wolny bieg więc pozwalałem sobie na selfie.

Po stadionowej plątaninie, w trakcie powrotu w stronę linii startu wypatrzyłem Justynę. Mknęła w czubie, czyżby startowała z okolic pierwszej linii?

Biegnę spokojnie, czasem przybijam piątkę, schylam się do kamery, jest wesoło. Jak zwykle bywa na początku maratonu.  W okolicy 5 km ktoś uszczypnął mnie w tyłek. To Asia, dołączyła twierdząc, że za bardzo rwie tempo, a ja biegam równo. Pobiegliśmy trochę razem, po krótkim czasie odskoczyła. Po sześciu kilometrach wbiegliśmy do budynku Europejskiego Centrum Solidarności. Przyznam się, że choć z jednej strony zegarek wariuje (bo gubi sygnał GPS) to z drugiej fajnie przebiec budynkiem, który dla biegaczy nie jest dostępny (marzy mi się pobiec kiedyś urban trail w Berlinie), wybiegliśmy główną bramą Stoczni Gdańskiej, rzuciłem okiem na kopie tablic z postulatami sierpniowymi (jakże socjalne były te żądania, jak dalece odbiegają od naszej rzeczywistości) i pobiegłem dalej.
W okolicy 7 km wbiegliśmy na teren starówki. Z biegnącymi obok zamieniłem parę zdań, powiedziałem, że te 7 km mignęło mi momentalnie, że w Dębnie trwało to trochę dłużej. Starówka to bruk, kibice, bruk... i człowiek kibicujący w najlepsze - klęczał, machał jedną ręką, a w drugiej trzymał trąbkę i dął w najlepsze.
Po 9,5 km zaczęła się długa prosta. Mapa pokazuje trasę po łuku, ale nie czarujmy się, zakrętu w tym było niewiele. Wlokła się niemiłosiernie, jak się okazało aż do końca 19 km. Dłużyło się to strasznie. Na punktach odżywczych kubek wody, czasem banan. Około 10 km zaczęło mi się chcieć siku. Biegłem i biegłem, a siku mówiło "wskocz do toi toia". Chrzanić to. Biegłem dalej. Do kabiny zajrzałem po macie na 15 km. Zrobiło się lżej, biegło się lepiej.

Tempo skaczące, 5:40-5:17, za wyjątkiem sikanego kilometra, 16. km nieco szybszy, tam minąłem strefę zmian, wypatrzyłem Aldonę, krzyczałem do niej, ale nie usłyszała mnie. Na początku 19 km zacząłem odczuwać ból nóg. Czułem całe mięśnie czworogłowe ud, odzywały się dwugłowe. Pierwszy raz pomyślałem, że może być kiepsko.

20. km w 5:07, kolejne w normie: 5:5:40-5:30. Od końca 21 km zaczęła się agrafka, sąsiednim pasmem drogi biegli szybsi ode mnie. Patrzę przed siebie i nie widzę nawrotki. Ile do niej? To był najgorszy kawałek, wlókł się bez końca. Za chwilę miałem dotrzeć do drugiej strefy zmian i zobaczyć tam Madzię.

24. km przebiegłem w 5:59. Biegło mi się źle, nogi bolały, nie ciągnęły, oddychało się przyzwoicie, ale czułem się nijak. Kusiło mnie by wyjąć telefon i nagrać krótki film, stwierdziłem, że zrobię to po 25. km. Madzia mnie wyparzyła zaczęła dopingować, będąc 20 metrów od niej rozłożyłem bezradnie ręce, podbiegłem, pocałowaliśmy się, powiedziałem, że jest do dupy. Zaproponowała bym poczekał i pobiegniemy razem. Nie chciałem.
Po macie na 25 km wyjąłem telefon, nagrałem film, odczytałem część wiadomości od dziewczyn. Justyna napisała, że czeka z colą na 27. km. Napisałem, że nie chcę, zapytałem czy są toi toie. Znów chciało mi się siku...

Dobiegam do 27. km, rozglądam się, nie widzę Justyny. Na krzyżówce jakaś kobieta krzyczy "Jest czapka w groszki! Kto szukał czapki w groszki?", odpowiadam na luzaka "Spokojnie, znajdę ją". Biegnę, rozglądam się, nie widzę Justyny. Minąłem znacznik kilometra, przebiegłem 100, 200, 300 metrów. Nie znalazłem. Trudno.

Po 28 km toi toie. Wskoczyłem na kolejne siku, wyskoczyłem z kabiny, która nie chciała teleportować. Szkoda, byłoby fajniej być parę kilometrów dalej. Biegło mi się źle. Nogi bolały. Pamiętam tylko ten ból, nic więcej. Prawa noga do przodu - boli, lewa - boli. I tak na zmianę...

Kawałek przed punktem odżywczym usłyszałem za sobą "Pasieka! Dajesz!" Nie wiedząc kto krzyczy odpowiedziałem krzykiem starosłowiańskie "Spierdalaj!", odwróciłem się i zobaczyłem, że to Kasia. Biegła mocno. Nie spodziewałem się jej zobaczyć. Wyprzedzając mnie zapytała co się dzieje, odpowiedziałem, że jest do dupy, że nogi bolą i tyle. Na punkcie odżywczym zobaczyłem ją jak stoi i pije wodę, pobiegłem dalej. Dołączyła do mnie tuż przed Parkiem Raegana, pytała co mi, proponowała cukier, tabletkę... odmówiłem. Nie wiem czy chciałem się rozkoszować bólem? Przeżywać go? Przeklinać?

Skręciliśmy w prawo, zanim wbiegliśmy do parku szukałem ekranu, na którym miały wyświetlać się zdjęcia dopingujące zawodników. Nie było jej, pewnie pojawi się dalej.

W parku wąska ścieżka, wąska i kręta. Po kilku krokach zaczęły wyprzedzać mnie zające prowadzące na czas 4:00. Przez chwilę było bardzo tłoczno i ciasno. Dotarłem w okolice Zatoki, ścieżka rowerowa asfaltowa, ale na krzyżówkach z chodnikiem wybudowano podwójne progi zwalniające. Biegnąc zapatrzonym pod stopy prawie fiknąłem na jednym z nich.

Na 31 km zakręt w prawo, ponowne wbiegnięcie w park, przez chwilę mijam tych przede mną. Ciekawe gdzie jest Grzesiu.

Wlecze się ten park, wąsko, kawałek szutrowy. Gdzieś tam stoisko Kaszubskiej Poniewierki, oferowali colę, odmówiłem. Wciągam co godzinę żel, co drugi punkt kawałek banana. Pewnie bliżej mety wezmę dextro.

Po 33. km punkt odżywczy, biorę wodę (kolejny raz w papierowym kubku, zdążył namoknąć i woda znów miała papierowy smak) i spory kawałek banana. Biegnę i rozglądam się za koszem. Nie chcę rzucać skórki byle gdzie. Mijają kolejne metry, a kosza brak, są przy chodniku a nie przy ścieżce rowerowej. Nie będę zbaczał 5 metrów i forsował odgradzającej nas taśmy, więc rzucam go w pobliżu stanowiska wolontariusza.

Wreszcie ekran z dopingującym zdjęciem. Nasza wesoła ekipa. Fajnie było popatrzeć, ale jakoś mnie to nie poderwało. Żałuję, że nie wysłałem zdjęcia Weroniki.

Człapię... rozpiętość 6:47-6:14. Rzec można, że to biegowa agonia. Nie jestem w stanie utrzymać tempa biegu w Dębnie. Nie mam siły, motywacji, nogi bolą. Odliczam kilometry do strefy zmian by zobaczyć Ankę.

Okolice 37,5 km jest strefa, stoi Ania, wyciąga do mnie butelkę z colą. Zatrzymuję się na chwilę, biorę dwa łyki, mówię, że jest źle. Anka proponuje bym poczekał i biegł z nią. Odmawiam, wracam do samotnego cierpienia.

Podbieg na wiadukt, przede mną idzie jakiś chłopak. Klepnąłem go w ramię, powiedziałem, że ma biec, że mnie też boli. Zrywa się i dołącza do mojego człapania. Narzeka na skurcze, mówi, że głowa jest ok, że jest towarzyski, oddycha się fajnie, ale skurcze nie pozwalają mu biec.

Na zbiegu cola zaczęła działać, nagle przyspieszyłem, poczułem zew. Jak się okazało ów zew wystarczył na zrobienie kilometra w 6:18. Nawet się nie rozczarowałem.

Za mną 38 kilometrów, trasa skręca w lewo. Pewnie zaraz zawinie w prawo i pomknę w stronę mety. Ładnych parę minut temu minąłem przecież stadion, a meta będzie tuż za nim. Wybiegłem z ronda, barierki poprowadziły mnie znów w lewo. Kolejna agrafka...

Słyszę okrzyki dobiegające z głośnika, że zostały 2 km. Owszem, zostały, ale dla tych wracających agrafką. Ile setek przede mną by móc zawrócić? Żałuję, że nie spojrzałem na zegarek na rondzie. Pewnie bym to policzył.

Wreszcie nawrot. 39,5 km. Po jakimś czasie słyszę "powiedzcie coś pięknego" to znów mój kompan z podbiegu. Drepczemy razem, po chwili pojawia się dziewczyna biegnąca Gallowayem. Widuję ją od paru kilometrów.

Dobiegam w okolice ronda, za mną jakieś 40,4 km, po drugiej stronie wypatrzyłem Ankę. Obok jest Madzia, przechodzi przez barierki i dołącza do mnie. Mówię, że nie dam jej ręki.

Biegniemy. Jest mi ciężko, nie chce mi się przyspieszać. W pewnym momencie czuję silny zapach wody toaletowej. To chyba gość przede mną. Kurde! Niektórzy mają nawalone! Idą na zawody, spocą się, a mimo to ostro się kropią pachnidłami! Paranoja! Przyspieszam by go wyprzedzić, bo jak nie to chyba się uduszę.

Wracam do człapania. Zakręt w prawo i przed nami niemal ostatnia prosta. To tam nieco ponad 4 godziny temu rozpoczynałem bieg. Objawia się Aldona, w ręku telefon, podchodzi i nagrywając pyta:

Nie odzywam się. Tym razem nie rzucam serii przekleństw. Już nie przeklinam tego maratonu. Nic to, że boli. Wziąłem go na przetrzymanie, nie odpuściłem, nie dałem się. Sukcesywnie, choć bardzo wolno pokonywałem kolejne metry by dotrzeć do hali z bramą z napisem META.

Póki co minęliśmy bramę startową, z głośników dobiega, że przed nami jeszcze 200 metrów. Widzę, że będzie ciut więcej, trzeba przecież skręcić w lewo i wbiec do hali. Zakręt, ściana budynku, która wlecze się niemiłosiernie. Nie widać bramy, którą mamy wbiec. Biegniemy, biegniemy, biegniemy bez końca...

Wreszcie jest, niebieski dywan, hałas, widzę metę. Dobiegam i kolejny raz w ciągu ostatnich kilku minut płaczę. Chwilę wcześniej płakałem pod bramą startową, płakałem, bo znów się tu pojawiłem, bo za chwilę ukończę ten morderczy bieg.

Ręce w górę, zatrzymuję zegarek, wieszam się na Madzi. 4:12. Już po drodze zastanawiałem się czy gorzej ze mną było na Maratonie Karkonoskim czy tu. Stwierdzam, że tu. Karkonoski zmasakrował moje nogi na ostatnich 7 km, Gdański bolał od 18 km.

W strefie finishera idę jeść, wciągam 4 drożdżówki, piję 3 kubki wody. Więcej w siebie nie wleję, bo znów czuję paskudny smak papieru. Plastik pod tym względem jest lepszy.

Madzia poszła na przeciw Ance, dziewczyny planują wspólnie wbiec na metę. Po paru minutach znów jesteśmy razem.

Grzebię w komórce, szukam wyniku Grzesia. 3:51:07. Kurcze! Zrobił życiówkę! I to nie byle jak! Poprawił chyba o 8 minut! Wysłałem mu sms z gratulacjami, dostałem odpowiedź z automatu "W tej chwili biorę udział w biegu ulicznym (Maraton Gdańsk, Gdańsk) w godz. 07:00-14:30 nie będę odbierał telefonu" Trudno.

A po chwili spotykamy go więc jest okazja do gratulacji. To był jego dzień! Drugą połowę pobiegł szybciej aż o 9 minut! Mnie wyprzedził gdy drugi raz byłem w toi toiu.

Jaki był ten maraton? Niezwykły. Przeżyłem coś dziwnego, trochę przerażającego, ale bardziej fascynującego. Przebiegłem go w stanie niesamowitego odcięcia umysłu. Z biegu pamiętam fragmenty. Są momenty, których w ogóle nie pamiętam! Justyna czekała na mnie z colą na 27. km, dobiegając w to miejsce intensywnie się za nią rozglądałem. Nie wypatrzyłem. Rozmawiając po powrocie z biegu dowiedziałem się, że krzyczała do mnie, a ja tylko odmachnąłem ręką, że nie chcę coli. Zaczęły do mnie docierać przebłyski świadomości. Widziałem butelkę coli, która lekko kręcona poruszała się na boki.  Później jak przez mgłę przypomniałem sobie, że machnąłem rękoma na znak, że nie chcę pić. I tyle. W ogóle nie zarejestrowałem Justyny, a to ona kręciła butelką!

Stwierdziła, że nigdy nie wyglądałem tak źle, a sporo razem przebiegliśmy. To samo powiedziała Madzia, Anka i Kasia... Z tego biegu niewiele pamiętam. Nawet ból jest jakiś porwany bo moja pamięć jest jak obraz widziany w błyskach stroboskopu.


U dziewczyn pojawiamy się tylko z dwoma rodzajami medali: maratońskimi oraz z @citytrail To nasza tradycja maratońska. Niedzielne cacko kosztowało wiele wysiłku i samozaparcia i kto wie czy gdyby nie był to maraton z cyklu #maratonyweroniki nie zszedłbym z trasy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...