09 stycznia 2017

Bieg sylwestrowy Brzoza

Wreszcie nadarzyła się okazja by wystartować w Brzozie. Do tej pory skutecznie odwodziła mnie od tego praca, jednak tegoroczny koniec roku wypadający w sobotę nie mógł mi przeszkodzić.

Plan minimum na 10 km? Zejść poniżej 43:30. Postanowiłem nie bawić się w przebierańca tylko pobiec na sportowo. Pogoda nie zachęcała, było zimno, spadło nieco śniegu. Madzia przebrała się za więźniarkę i najpierw wystartowała w biegu przebierańców (ok. 400 m), a później w głównym. Mróz parszywy, a w biegu przebierańców koleś w stroju Borata. Na sam widok wszystko mi odmarzało...




Wyskoczyłem na rozgrzewkę wokół boiska. Po 2 km postanowiłem się porozciągać i wówczas nieopatrznie zapisałem trening. Efekt był taki, że dokręciłem jeszcze 10 minut biegania by zliczyło mi kilometry do klubowej rywalizacji. Wiem, bez sensu, tym bardziej, że wyszły mi 4 km rozgrzewki.

Atmosfera ciekawa, za wyjątkiem księdza, który co chwilę przejmował spikerski mikrofon i babolił o świętych, umacnianiu i innych takich. Jak się później okazało zmęczył tym nie tylko mnie.

3, 2, 1 start. Wybiegliśmy z terenu stadionu, zakręt w prawo, drugi w prawo i przed nami 4 pętle ulicami Brzozy. Pierwsza myśl, że chyba będzie płasko, druga, że sporo tu progów zwalniających. Biegłem luźno. Pierwszy km 4:13 więc bardzo dobrze, w Toruniu średnie na życiówkę wyniosło 4:14. Drugi kilometr i znów ten sam czas. Na trzecim zrobiło się wolniej, ale nie przejąłem się zbytnio.
fot. Aldona Rybka

Później zacząłem czuć nogi. Płuca pracowały bez problemu, a nogi mówiły, że je boli. I tak biegłem na zmianę po 4:25 i 4:21. Około 5 km podpiąłem się pod jakąś dziewczynę. Tempo miała dobre, przebiegłe tak jedno okrążenie. Na początku ostatniego zaczęła mi uciekać, a ja nie miałem weny by ją gonić. Efekt taki, że 8 km był najwolniejszy, 4:31. Biegłem bez chęci walki. Przez głowę przeszła mi nawet myśl, że w Berlinie dyszałem jak lokomotywa, głośno i miarowo, a w Brzozie nic. Nie był to start na maksa.

Ostatnie okrążenie było najbardziej tłoczne, przed nami biegło sporo ludzi, których trzeba było dublować. Ze wszystkich znajomych wyłapałem tylko Jolę i Damiana, poza tym nie wypatrzyłem nawet Madzi. Skandal.

Koniec ostatniego kółka, pod bramą prosto, tam ksiądz znowu babolił. Mijam bramę, którą wybiegaliśmy ze startu, a tu trzeba jeszcze pobiec prosto. Przede mną to czego nie lubię - agrafka. Wyhamowanie, nawrót i do mety. Biegnę, przyspieszam, ale bez mocnego szarpnięcia. Meta i czas 43:30. Znaczy nie wybiegałem planu minimum.

Znowu zawiniła głowa. No i przemęczone nogi. Poniedziałek 13,6 km, czwartek 18,3 km, piątkowy wieczór (o 21) z Run Bydgoszcz 8 km. Do tego o kilometr za długa rozgrzewka. Ale i tak nie ma co narzekać. To kolejna dyszka w czasie poniżej 44 minut. Kiedyś sporo bym za to dał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...