03 grudnia 2016

Zwariowałem - dźwigam ciężary

Jestem straszliwym leniem. Często zdarza mi się, że toczę walkę by wyjść na trening. Mam kilka powodów by odpuścić. Bo zimno, bo późno, bo ciemno, bo błoto, bo jestem zmęczony... Zazwyczaj jednak zbieram się i idę (w  najgorszym wypadku ubranie się zajmuje mi 40 minut). Są jednak rzeczy, które stanowią problem, którego przeskoczyć nie potrafiłem.

Jednym jest rozciąganie (jestem świadom, że muszę, ale od dobrego roku robię to rzadko), drugim są ćwiczenia wzmacniające. Walczyłem z  nimi, kombinowałem, ale zapału starczało na kilka razy.

W tym roku w Nakle trafiła się okazja dołączyć do grupy biegaczy zrzeszonych wokół Nakielskiego Klubu Biegacza. Zajęcia odbywają się we wtorki i piątki, pieczę nad zawodnikami sprawuje Marcin - trener LUKS Start Nakło. Zajęło mi chwilę by do nich dołączyć, pierwszy raz pojawiłem się 8 listopada.

Dziś napiszę kilka zdań o tym, co wielu z nas zaniedbuje.

Do grupy dołączyłem, gdy miała za sobą 3 tygodnie zajęć. Zgodnie z zapowiedzią miał być to trening siłowy, stabilizacyjny i funkcjonalny. Ni czorta nie wiedziałem czego się spodziewać. I oto hop. Z grubej rury. 21 stacji, trzy serie. W ruch poszły ciężary, kółka, taśmy trx, wspięcia, podskoki... Wszystko w tempie. 20 sekund ćwiczenia, bodajże 40 przerwy. Nie powiem, ciężko, bardzo ciężko.

Następnego ranka bolały mnie takie mięśnie, o istnieniu których nie miałem pojęcia. Nagle okazało się, że mam nie tylko pośladkowy ale i pośladkowy średni. Do tego nogi, ręce, plecy a i oddychać było trudniej, bo bolało między żebrami. Masakra. Ale z racji wiedzy po co to dość przyjemna.

Szczęśliwie się złożyło, że piątek wypadł 11 listopada i treningu nie było. Mięśnie przestały boleć w sobotę. Kolejny trening i jakoś poszło. Nawet lżej niż ostatnio.

Za mną trzy tygodnie, staram się nie ściemniać, a dawać z siebie ile się da. Co lubię? Wygibasy na schodach  (skipy, krok łyżwowy z obciążeniem, wskakiwanie na jednej nodze), fajna jest kombinacja zeskok połączony z przeskokiem nad tyczką, wykroki z obciążeniem... W sumie niewiele jest ćwiczeń, których nie lubię (sympatią nie darzę wszystkiego brzuszkopodobnego). Przekonałem się do ciężarów. Okazuje się, że sztanga nie jest taka zła, zarówno martwy ciąg jak i podrzut czy pajacyki.

Dymam tam w najlepsze i nic to, że czas ćwiczenia wydłużył się, a przerwa skróciła się  do 30 sekund. I nic to, że pot leje się strumieniami i piję więcej niż na biegowym treningu. Może nie jest łatwo, ale ćwiczy się dużo lżej niż pierwszego dnia.

Po co to wszystko? Z dwóch powodów. By biegać szybciej (mam nadzieję) a przede wszystkim bezpieczniej. Jak wiadomo - mocne mięśnie to mniejsze ryzyko kontuzji.
Jak będzie z tym szybkim bieganiem? Nie wiem, póki co wyrzuciłem z treningu jeden dzień biegowy, zmniejszyłem też kilometraż. Często jest tak, że biegam wolniej i na większym zmęczeniu mięśni, z drugiej strony jak trzeba przycisnąć tempo to przyciskam.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...