15 listopada 2016

Za mundurem biegacze sznurem

Od tego roku wypadam z niepodległościowego biegu w Pigży. Co zrobić, obowiązki służbowe. Cóż w zamian? Zdołałem zapisać nas na Bieg Niepodległości w Bydgoszczy. Zależało mi na tym tym bardziej, że medal z niego tworzył komplet spichlerzy razem z medalami z biegu urodzinowego i przedsiębiorców.

Święto Niepodległości od kilku lat przeżywa renesans. Organizuje się je ze szczególną fetą, mimo, że pora roku nie nastraja optymistycznie. W Bydgoszczy były to pokazy, grupy rekonstrukcyjne, koncerty. Biegaczom przedstartowy czas umilano piosenkami dobiegającymi z pobliskiej sceny.

Za mną był ciężki tydzień. Od dobrych 9 dni zmagałem się z bólem pleców, spięło mi je tak, że miałem problemy ze schylaniem się. Wtorkowe zajęcia na sali i siłowni wcale mi nie pomogły. Potężne zakwasy doprawiłem czwartkowym krosem. W piątek postanowiłem się dobrze bawić i z tego powodu przygotowałem specjalny strój.
Limit uczestników 1500 osób, obstawiałem, że na starcie pojawi się sporo mniej, bo bieg był bezpłatny. I tak faktycznie było. Całe szczęście, bo lokalizacja startu i mety na placu Wolności przy takim tłoku to spore wyzwanie.

Zanim wystartowaliśmy ktoś poprosił mnie o zdjęcie, po chwili z Madzią zrobiliśmy sobie przedstartowe foto. Czas mijał, obszedłem plac w poszukiwaniu kogoś znajomego, ale jakoś dziwnie nikt się nie objawił. Jakbyśmy nie byli u siebie.

Stoimy, czekamy. Podchodzi do nas dziewczyna, pyta czy ja to biegiemprzezpola. Mówi, że czyta bloga, do Madzi, że nas podziwia. No, miłe to.

Krótko przed startem dotarła Justyna, Anka z Michałem mieli problemy ze znalezieniem miejsca parkingowego i spotkałem ich dopiero po biegu.

Ustawiliśmy się w połowie stawki. Gdy czołówka ostro ruszyła my dreptaliśmy w stronę linii startu. Było bardzo ciasno i biec dało się dopiero na ulicy Gdańskiej. Bieg był dla mnie stresujący. Nie przejmowałem się zbytnio tym, że karabin będzie walił mnie po plecach, wystarczyło dobrze chwycić i naprężyć pas. Problemem była stercząca w bok lufa karabinu. Biegniesz i zastanawiasz się czy przypadkiem kogoś nie walniesz.

Ulicą Gdańską przemknęliśmy dość szybko. Mijając hotel Pod Orłem zauważyłem rekonstruktorów w mundurach Wojsk Wielkopolskich. Krzyknąłem krótkie Czołem żołnierze i pomknąłem dalej. Uważając na tory tramwajowe wijące się pod nogami.

Przed operą skręciliśmy w lewo, asfalt zastąpiły kocie łby. Po chwili, już nad Brdą kostka brukowa. W czasie biegu nawierzchnia zmieniała się kilkukrotnie. Przebiegliśmy mostem na Wyspę Młyńską, później starówka. To był najbardziej kręty odcinek.

Na południowym brzegu Brdy było już prosto, ale wąsko. Do tego sporo ludzi, więc co chwila musiałem uważać na karabin. Biegłem szybciej niż zakładałem, i gdybym jeszcze trochę przyspieszył był to mój maks. Przynajmniej w piątek. Nogi pamiętały mijający tydzień.

Znów przebiegamy przez Brdę, tym razem kładką Esperanto. Za nami kawałek po schodach w górę, po chwili w dół. Zdecydowanie nie była to trasa na życiówkę. Słyszę, że biec w takim towarzystwie to zaszczyt.

Pomiędzy trzecim a czwartym kilometrem słyszę od kolejnej dziewczyny, że dzięki mnie złamała godzinę na 10 km. Pytam czy kolejny raz pobiegła poniżej i owszem. Znaczy rozwiązałem jej worek.

Zerkam na zegarek, 4 km za nami. Krzyczę, że teraz trzeba cisnąć bo został ostatni kilometr, że ma boleć. A jeśli boli to ma jeszcze bardziej.

Koniec końców skręcamy w prawo, przecinamy ul. Jagiellońską i wbiegamy do parku. I znów jest wąsko i kręto. Jakieś 300 m przed metą czuję klepnięcie w plecy i słyszę Berek. To rewanż za berka, którego klepnąłem jakieś 3 km wcześniej.
fot. Ewa Jankowska

Dobiegamy do Placu Wolności, zakręt w prawo, w lewo, ściągam karabin, chwytam w lewą rękę, podnoszę do góry i tak wbiegam na metę.

Nie powiem, zmęczyłem się. Zaraz za metą dorywa mnie człowiek z kamerą i pyta czy powiem parę zdań. Nie odmawiam. Stajemy z boku, gadam, ale ni czorta, oddech szybki, głowa jakoś nie myśli. Mam wrażenie, że bredzę.

Stanąłem w kolejce po barszcz i rogala. Przede mną sporo ludzi, w okolicy mety tłok rośnie z każdą chwilą. Ewidentnie plac nie nadaje się na finisz takiego biegu.
fot. Ewa Jankowska

Ruszam na poszukiwania Magdy i znajduję ją w pobliżu pomnika. Nie mija chwila, a ja kilka razy pozuję do zdjęć z biegaczami. Po chwili oddaję czip i szczęśliwie trafiam na Ankę z Michałem. I znów foto. Taki los tematycznego przebierańca. Chyba jedynek wśród biegnących.

Impreza udana, bez spiny, z dobrą zabawą (gdyby jeszcze udało się znaleźć w sieci zdjęcia to byłoby super). Trzeba będzie pomyśleć nad powtórką, chyba, że wcześniej rzucę się na Bieg Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu. Pożyjemy. Zobaczymy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kolejne City Trail za nami

Od 2015 r. na tę chwilę czekamy od jesieni - startu kolejnych edycji City Trail. A krótko przed jest stres i radość jednocześnie. Podsumow...