12 października 2016

Zagraniczny debiut

Marzy mi się maraton w Berlinie. Może będę miał szczęście i mnie wylosują. Póki co trafił mi się wyjazd do Berlina więc postanowiłem zagrzebać w sieci i sprawdzić czy czegoś tam nie biegają. No i mieli biegać. The Great 10k Berlin. Sprawdziłem co i jak i się zapisałem. Z bajerem, bo za 3 euro była opcja wybrania numeru startowego. No to wybrałem 2708.

The Great 10k Berlin to ponoć najszybsza trasa w Niemczech. Z relacji siostry wiedziałem, że pierwszy 1-2 km  to lekko w górę a później płasko. Sobotnie zwiedzanie miasta pokazało, że faktycznie są szanse na szybką trasę, co w połączeniu z kilkudniową pracą nad głową zapowiadało walkę o życiówkę.

W sobotę wskoczyliśmy  po pakiet startowy. Jak na nasze standardy ubogi bo zawierał gazetę, kilka ulotek, jakieś 2 czy 3 talony zniżkowe, numer startowy i zwrotny czip. Koszt 27 euro + 3 euro za wybrany numer. Opcja z koszulką była o 20 euro droższa. Koszulkę kupię za rok jak będzie za 5 euro (za tyle szły ubiegłoroczne).
Niedziela, start o 12 więc późno. Temperatura kiepska bo ok. 7-8 stopni, możliwy deszcz. Pierwszy plan zakładał krótkie gacie, koszulkę i rękawki ale zrezygnowałem z rękawków i pod koszulkę założyłem cienką bluzę. Gdy dotarliśmy na miejsce stwierdziłem, że wrócę do pierwszej koncepcji. Na rozgrzewkę założyłem jeszcze worek z warszawskiego maratonu i poszedłem potruchtać.




Zanim napiszę com przeżył biegnąc mały opis tego co wokół. Brama startowa, obok brama mety. Strefy O, 1 poniżej 40 min, 2 poniżej 50 minut, do tego 3 i 4. Przydział do stref zgodnie z deklarowanym przy zapisach czasem. Do tego oferowano pacemakerów na czasy 45, 50 i chyba 60 minut (w sumie wypatrzyłem tylko 50 minut, ale pewnie inni też gdzieś byli). Miasteczko biegowe na wypasie. Przed startem stoisko z wodą. Dużo wody. Można było pić w najlepsze. Punkt zlokalizowany w pobliżu bramy startowej był dostępny dla każdego. Wejścia do samego miasteczka skrzętnie pilnowano. Nie dało się wejść bez pokazania numeru startowego, więc najpierw podnosiłem bluzę a po przeskoczeniu w ciuchy startowe - worek. W miasteczku standardowe toi toie (sporo, na 10 minut przed startem czekałem ze 3-4 minuty), stanowiska z wodą, izotonikami (dwa smaki), piwem. Depozyty podzielone (chyba) co 500 numerów. Jedyna wada to brak ludzi, którzy pokierowaliby ruchem samochodów. Był parking, ale przed nim zakaz wjazdu i brak człowieka, który powiedziałby czy parking jest dla biegaczy.

Rozgrzewka  na luzie, 2 km roztruchtania (trochę chłodno, zwłaszcza pod wiatr), rozciąganie, 3 przebieżki. Ze dwa razy skorzystałem z wody i trzeba było wejść do strefy. Tu dobry patent, bo barierki nie były spięte. Wystarczyło nieco je odchylić i już.

Tuż przed startem spiker przedstawił faworytów biegu, a po chwili Zehn, neun, acht, sieben... i ruszyliśmy.

Plan miałem na mocną życiówkę: zegarkowe 4:08 min/km czyli jakieś 41:50 na mecie. Pierwsze metry, biegnę z prawej tak by Magda, moja siostra i szwagier mogli zrobić mi zdjęcie. Przemknąłem obok nich. Wolno. Za wolno, 4:50 min/km. Tłok jak diabli, na bieg zapisało się 7500 osób. Pierwsze kilkaset metrów walczę o miejsce, wyprzedzam, przeskakuję, trochę przyspieszam. Pierwszy i drugi kilometr faktycznie idą w górę, ale delikatnie. Staram się przeciskać i szukać nieco przestrzeni.

Walczę, pierwszy km w 4:18. Na drugim jest więcej miejsca więc przyspieszyłem. Na wybiegnięciu z ronda widzę jak ludzie tną przez chodnik. Dobre 90% biegaczy. A ja narzekałem na nasze biegi. Na asfalcie miga mi czyjś dowód czy legitymacja. Trudno. Ktoś miał pecha. Druga długa prosta w tym biegu. Trasa ma mało zakrętów, za to 4 długie proste (to wielka zaleta i wada jednocześnie). W oddali widzę Siegessäule. Przyspieszyłem i zegarek pokazał mi 4:13. No to zaczynam walkę o życiówkę.

Niestety na trzecim kilometrze coś idzie nie tak, zwolniłem. 4:17. Biegnie mi się ciężko. Coraz częściej zaczynam przypominać parowóz. Dyszę w najlepsze. Na asfalcie widzę przerywaną potrójną niebieską linię. Czyżby resztki optymalnego toru maraton? Walczę. Biegnąc obok Siegessäule ludziska walą chodnikiem na skróty. Biegnę ulicą. Oprócz mnie ze 2-3 osoby.

Na czwartym kilometrze jestem pełnoetatowym parowozem. Zipię i sapię. Nogi może nie bolą nadzwyczajnie, ale nie mam z czego przyspieszyć do zakładanego 4:08, kończę go w 4:13. Zastanawiam się czy są szanse na poprawę życiówki (42:44), postanawiam nie odpuszczać.

Trasa skręciła w prawo, uliczka zrobiła się węższa, za chwilę wbiegniemy do ogrodu zoologicznego. No to przede mną najbardziej weronikowy akcent, tu kiedyś spędziliśmy kilka godzin. W zoo wąsko i kamienna kostka brukowa na ścieżce. Z lewej widzę jakiś basen dla zwierząt. Pusty. Miga mi jeszcze jakiś budynek. Z zoo pamiętam jeszcze zawodnika, który zapytał mnie czy wszystko w porządku (widać nieźle musiałem rzęzić) i bramę, którą wybiegliśmy.

Piąty kilometr znów wolny. 4:19. Za chwilę będzie punkt z wodą. Wpadam na niego, chwytam kubek i zalewam wodą pół twarzy. Zegarek pokazywał akurat 4:12 min/km. Trasa znów lekko w górę, ale tak, że nie da się tego jakoś zauważyć. W głowie myśl, że to nie maraton, że tu nie ma się co oszczędzać i pilnować tylko cisnąć i cisnąć. I coś mi to ciśnięcie na szóstym kilometrze nie wyszło. 4:23

Zbieram się w sobie, stwierdzam, że nie ma zmiłuj, trzeba biec najszybciej jak się da. Twarz wygięta grymasem bólu. Biegnę co sił. Odzywa się wiatr. Postanowił powiać w twarz. Szczęście, że nie rozpędza się między budynkami i nie stopuje. Siódmy kilometr w 4:18, ósmy w 4:17. Średnie tempo coś koło 4:18 min/km. W Toruniu życiówkę wybiegałem średnim (zegarkowym) 4:14, tyle, że tam wyszła mi równa dycha, tu na zegarku mam 70 m więcej.  Od ósmego kilometra ktoś biegnie ze mną. Chwilami obok, chwilami krok za. Napędza mnie.

No to co? 2 kilometry do mety, więc przyspieszam. Oj jak przyspieszam! Czuję, że biegnę na maksa. Ów maks, jak się okazało, to 4:23! Kurde. Znów straciłem 6 sekund. Ostatnia prosta, ostatni kilometr. Gonię tych, którzy są przede mną. 800 m do mety. Jeszcze trochę, dam radę. Nogi pracują, płuca łapią powietrze. 500 metrów, myślę, że za chwilę będzie ostatnia prosta z City Trail, na której przyspieszam. Przede mną 4-5 osób, ktoś z nich coś mówi i przyciskają. Próbuję się zabrać z nimi, ale kiepsko mi idzie. Owszem, przyspieszam, ale nie tak jak oni.

200 metrów do mety. Tu już gnam w najlepsze, wiem, że zdołam jeszcze coś z siebie wykrzesać. Ciekawe gdzie jest Madzia, Agi i Dawid. Może coś krzykną? Oj przydałby się taki kop. Lekki zakręt w lewo, ktoś mnie przymyka. Zwalniam przez jakieś 5 kroków, odskakuję na prawo, wyprzedzam. Ostatnia prosta, ostatnie 100 metrów. Nie wiem jak biegnę, ale szybciej nie dam rady. Niewiele widzę wokół. Wpadam na metę, podnoszę rękę, że to już, zatrzymuję zegarek. 43:07. Od życiówki 23 sekundy gorzej. W głowie myśl, że mogłem się bardziej postarać, ale nie czuję rozgoryczenia. Mimo wszystko wiem, że to był dobry, mocny bieg.

Odbieram medal, całuję go i drepczę w stronę miasteczka biegowego. Rozglądam się za rodziną, ale ich nie widzę. W końcu dopadła mnie Madzia, pyta czy chcę ciuchy. Za chwilę. Idę oddać czip, wypijam trochę wody, wciągam izotonik, biorę ciepłą herbatę. Na piwo się nie decyduję. W końcu wracam, wciągam spodnie, zmieniam bluzkę, zakładam bluzę i kurtkę i idziemy do auta.


Akurat dekorują Monikę Stefanowicz. Przybiegła trzecia.

Jaki był ten debiut? Miał być wyjątkowy bo z życiówką. Cóż, nie wyszedł. Pewnie było za mało biegania po maratonie (ostatnio brakuje mi na to czasu). Jadąc na bieg wiedziałem, że niewiele zobaczę. Poza Siegessäule, którą zarejestrowałem, kawałkiem ogrodu zoologicznego i Gedächtniskirche niewiele zapamiętałem. Grzebiąc na instagramie wypatrzyłem, ze biegliśmy obok wybiegu dla nosorożców. Taki to był mój start. Czy pobiegłem na 100% możliwości? Poniedziałkowy ból rąk i nóg powiedział, że tak. Cóż. Na życiówkę trzeba poczekać do wiosny. Pod tym względem trochę szkoda, bo trasa w Berlinie rzeczywiście jest diabelnie szybka. Być może wrócę tam za rok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...