25 października 2016

Urodzinowy maraton

Tak się idealnie złożyło, że toruński maraton wypadał w dniu czterdziestych urodzin więc nie omieszkałem zapisać się na niego w pierwszym terminie, zwłaszcza, że opłata wynosiła wówczas raptem 40 zł. Później, na expo przed Orlenem okazało się, że organizatorzy zrobili promocję i obowiązującą w kwietniu opłatę zmniejszyli z 90 na 60 złotych zatem zapisałem Madzię, do tego w ramach podziękowań Justynę i Ankę. Żartowałem, że wspólny bieg będzie moją imprezą urodzinową.

Im bliżej maratonu tym więcej problemów miała Anka. Dopadła ją kontuzja i udało jej się załatwić przepisanie z maratonu na dychę. Tuż przed startem wyszło, że noga nie odpuści więc zrobiliśmy szybką akcję poszukiwania chętnej na pakiet. Niestety organizator nie przewidywał opcji przepisania pakietów ale cóż. Znalazła się chętna, pakiet został sprzedany.

Przy odbiorze pakietów Justyna była rozczarowana. Stwierdziła, że jest lipa bo są dwa stoiska ze sprzętem i tyle. Zażartowałem, że przywykła do standardów warszawskich, a ona odparła, że ją rozpuściliśmy wielkimi maratonami i oto efekt.


Ze startu wypadła Iza z Krzyśkiem. Iza zapisała się na maraton, Krzysiek na dychę. Tuż przed dopadła ją infekcja (można rzec tradycyjna, bo przed Maratonem Warszawskim też miała). Szkoda, bo w ten sposób nasza ekipa imprezowa skurczyła się do trzech osób.

Toruński poranek zimny i mglisty. Po drodze zabraliśmy Kasię, która postanowiła zadebiutować w Toruniu. Nie dołączyła do nas, bo zaplanowała sobie czas 4:30 a my? Zamarzyło mi się by pociągnąć Madzię na złamanie 5 godzin. Może to karkołomny pomysł, ale z drugiej strony... W Krakowie na połówce miała 2:24, później w większości szła i na metę dotarła w czasie 5:16. Wszystkie maratony zaczynała zbyt szybko, tempem 6:40 min/km więc obstawiałem, że pilnując ją od początku będzie w stanie nabiegać 5 godzin.

Toruń przywitał nas niespodzianką. Znaleźliśmy miejsce parkingowe na starówce, raptem 300 m od startu. Zajrzeliśmy w strefę mety, wróciliśmy do samochodu by zrzucić ciuchy i idąc na start stanęliśmy w kolejce do jedynego toi toia w okolicy. Start był oddalony od mety o dobre kilkaset metrów, ponoć to wymóg atestacji.

Dla mnie miał być to bieg wolny więc zdecydowałem się na plecak. W środku kurtki dziewczyn i moja, 0,3 l wody, 0,5 l coli, żele, snikersy, w ręce megafon, który dzień wcześniej dostałem w prezencie. Megafonu używałem kilka razy a to pokrzykując na dziewczyny, a to na zawodników na agrafce, czasem pozdrawiając kierowców i pasażerów autobusów.

Gdzieś w drodze na start i tuż przed ruszeniem spotkaliśmy Harukiego. Umawialiśmy się, umawialiśmy, zeszło nam półtora roku by znaleźć wspólny bieg. Haruki to ciekawa postać. Kiedyś wymyślił sobie przebiegnięcie 40 maratonów do 40 urodzin. Na kilkanaście tygodni przed nie wyglądało to szałowo, ale chłop się spiął i jak się okazało wyrobił się, choć niejeden uznałby to za karkołomny pomysł. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu na pogaduchy. Poczekamy do biegu sylwestrowego w Brzozie.

Wreszcie ruszyliśmy. Na wesoło i wolno. Na głowach urodzinowe czapeczki, do plecaka przyczepiony balon wypełniony helem. Na balonie napis 40 lat. Ludziom, którzy myśleli, że jestem zającem mówiłem, że prowadzę na czas 40 lat. Pierwotnie miał być to większy balon, niestety okazało się, że nie był przystosowany do helu i gaz uciekł w nocy z piątku na sobotę.

Biegniemy. Rynek Nowomiejski, ul. Szeroka, wspominam, że tu nie jeździ się samochodem, bo ta przyjemność kosztuje min. 100 zł (kiedyś mi się zdarzyło). Żarty, śmiechy. Biegniemy w 6 osób. Dołączyła do nas debiutantka Zosia i dwóch panów.  Gadamy, gadamy, ktoś robi nam zdjęcia. Nie mam pojęcia dlaczego zwracamy na siebie uwagę. Przecież megafon nie jest mega głośny ;)
fot. Toronto Magazyn Toruński

Opuszczamy starówkę, wbiegamy na most, metry mijają, tempo ciut za duże, o 8-11 sekund, ale się zwolni. Na moście dopada nas Wasyl i robi zdjęcia. Za mostem skręcamy w lewo i widzimy znacznik 3 km. A zegarek pokazuje 2,2 km. Hmmm. Może ktoś przestawił? Biegniemy i gadamy. Madzia ma nakaz milczenia.

fot. Tomasz Berent
Ok. 3-4 km widzimy sprzeczkę kierującego ruchem strażnika miejskiego z jakimś kierowcą, który chciał wyjechać z parkingu. Gość wyjechał na pół drogi, przed nim strażnik niczym Rejtan. Gość się wycofał i pognał wzdłuż parkingu by wyjechać drugim końcem. Mówię do dziewczyn, że poczekałby jeszcze chwilę to by wyjechał a tak karma do niego powróciła i tam znów utknął.

Kibiców mało, w zasadzie w ogóle. Za nami 5 km, jesteśmy na Rudaku. Zabudowa dzielnicy sprawia wrażenie, że mieszkają tu ubożsi Torunianie i że wieczorem są tu szanse na oberwanie po pysku. Wrażenie wrażeniem, a okazuje się, że na końcu owego 5 km, tuż przed zakrętem w lewo ktoś z tubylców pyta nas dokąd biegniemy. Odpowiadam, że na Bulwar Filadelfijski, więc ten zdziwiony pyta dlaczego puścili nas dookoła. Odparłem, że przed nami jeszcze 37 km.

Chwilę później kolejna grupka mieszkańców, ci już kibicują. Przez megafon krzyczę do dzieciaków żeby przybiły piątkę. Podbiegam, dzieciaki mają radochę. Zamykamy stawkę maratonu. Zaraz za zakrętem starszy pan, który klaszcze i kibicuje. Przesympatyczna scena, jak się później okazało najfajniejsza na całym dystansie.


Siku... 8 km a mi się chce siku... Wspominam Maraton Warszawski, tam głowa także proponowała mi wizytę w toi toiu. Siku to tylko głowa, tym bardziej, że niewiele piłem. Zero celowego nawadniania, które zwykle stosuję. Most za nami. Wciągam żel, Justyna też. Zbaczam nieco z trasy i podbiegam do kosza by wyrzucić opakowania.

Tuż przed mostem im. gen. Zawackiej widzimy biegacza. Nie wiem czy startuje na dychę czy biegnie trening. Jakoś nie kojarzę u niego numeru startowego. Wyprzedziliśmy go tuż za mostem. Biegniemy ścieżką rowerową, jest przyjemnie, tym bardziej, że nie wieje. Oj gdyby był wiatr na moście dałby nam do wiwatu.

9 km za nami, ponoć ostatni kilometr dziesiątki to straszny podbieg. Czy straszny? Cóż, gdyby walczyć o życiówkę byłoby ciężko, acz dramatu nie było.

Dobiegamy do dychy, mnie dopada głupawka i na matę wkraczam na czworaka wywołując salwę śmiechu. Punkt odżywczy, na nim woda. Szukamy bananów, ale nie ma.  Dziesiątkarze wszystko zjedli?

Z prawej stoją toi toie. Justyna do pierwszego, Zosia drugiego, ja do trzeciego. Balon zostaje na zewnątrz, słyszę, że ktoś się z tego śmieje. Wychodzę, sprawdzam czy Justyna już skończyła bo jej nie widzę. Z jej kabiny dobiega męski głos. No to gonię. Jest okazja pobiec w przyjemniejszym dla mnie tempie.

Dziewczyny dopadam po niespełna kilometrze. Jak dopadłem to pogoniłem je za bardzo bo wyszło nam 6:46. Więc zwolniliśmy.
fot. Sebastian Sierant
Pustki. Biegniemy albo chodnikiem albo ścieżką rowerową. Plus tego taki, że nie utrudniamy zbytnio życia kierowców.

Staram się pilnować zakładanego tempa, bywa różnie. 6:55, później zwalniamy do 7:10. Od 18 km robi się 7:14-18.

Od 14 do 18 km agrafka. Nietypowa, bo biegniemy rowerówkami, więc dzieli nas dwupasowa i dwupasmowa Szosa Lubicka. Megafon znów się przydaje. Kibicuję tym, którzy są sporo przed nami. Na 15 km są banany więc korzystam i zjadam 2 kawałki. Do tego woda. Żele biegną w plecaku.

Pusto. Dość daleko przed nami jakiś zawodnik, a tak pusto. Biegniemy we troje. Gdzieś ok. 18-19 km dobiegamy do niego. Od dłuższego czasu maraton pokonuje marszobiegiem. Widać, że walczy byśmy go nie dopadli. Myślę sobie, że musi czuć się parszywie. Bo faktycznie nie jest to przyjemna sytuacja.

Madzia cierpi. Nic nie mówi, nie skarży się, ale widać, że walczy. Na 19 km mówię, że możemy przejść do Gallowaya. Nie. Chce się zmieści w limicie na połówce. No to biegniemy. Pomiar wypada na 20 km, znacznik kawałek dalej pokazuje 21 km. Wymalowany sprayem na asfalcie znak jest dobre kilkaset metrów dalej. My już idziemy. Połowa dystansu w okolicach 2:30.

Zaczęliśmy marszobieg. Robię zdjęcie, wrzucam na fejsa. 23 km Magda cierpi, Justyna stwierdza, że trzeba zadzwonić po wsparcie. Chwyta telefon i dzwoni do Anki. Ta jak zwykle gada i gada i jest wesoło. Obiecuje piosenkę, która poniosła ją na życiówkę na dychę. Przysyła Justynie, a ta bez youtuba w telefonie podsyła do mnie. No to włączam. Anna Wyszkoni. Biegnij przed siebie. Leci. Leci... Jakoś nie czuć energii.

24 km (wg zegarka). Najpierw przejazd kolejowy, za nim skrzyżowanie. Zero wolontariuszy, zero oznaczeń kierunku biegu. W prawo? W lewo? Dziewczyny pytają mijanego rowerzystę, w którą stronę biegli ci przed nami. W lewo. No to my też w lewo.

Anna Wyszkoni i jej smętna piosenka. A z prawej strony wielki cmentarz... No to wyłączam i dzwonię z reklamacją. Anka zarzeka się, że miało pomóc, że jej pomogło. I że zaraz wyśle coś lepszego. I wysyła, ale już nie włączam.

Madzia mówi, że lepsza byłaby Mam tę moc. Justyna protestuje, bo jak włączę to się poryczy.

Na 25 km wolontariusze z wolna zwijają punkt odżywczy. Nadzoruje ich jakiś mężczyzna, który jest naszym jedynym kibicem. Spotykamy się z nim na kolejnym punkcie i na jeszcze jednym... Nasz najwierniejszy kibic. Jedyny.

Smutny ten maraton.

Na punktach banany i czekolada. Zajadam, na żele nie mam ochoty. Kawałek dalej wyciągam snikersa i go zjadam. Przy takim tempie to żaden problem.

Gdzie my jesteśmy? Wygnajewo jakieś. Dokąd nas wysłali? Do Radomia czy gdzie? Żeby nie było, że tylko narzekam. Sporo tu nowego budownictwa, całkiem przyjemnego optycznie. Gdzieś tam jakaś budowa, wykopy w ziemi. Zastanawiam się czy to tu inwestor trafił na cmentarz niemieckich żołnierzy. Ostatnio o tym głośno. Ciekawe czy odważą się budować dalej. Jakoś nie chciałbym mieszkać na starym cmentarzu.

Biegniemy. 28 km za nami, wyprzedziliśmy dziewczynę. Narzeka na ból kostki.

Kilometry mijają, ja się męczę psychicznie. Nic o tym nie mówię. Justyna też mi szepce, że ma dość, ale biegniemy. Dawno temu wiedziałem, że przebiec maraton w okolicach limitu to wielki wyczyn. Dziś się o tym przekonuję. Po Maratonie Warszawskim widziałem krótki wywiad z Pawłem Ochalem, który prowadził zawodniczkę na 2:35. Nie miała dnia i przybiegła w 2:50. Ochal stwierdził, że na jej miejscu zszedłby z trasy i że podziwia tych, którzy biegają maraton w okolicach 3 godzin, bo dla niego to katorga.

No nie jest łatwo.

Ok. 30 km zaczyna kropić, po chwili padać. Na 31 km z Justyną zakładamy kurtki (ręce zmarzły mi dużo wcześniej). Madzia nie chce. Deszcz pada, z balonu spływa farba. Zatrzymuję się i trąc o krawężnik odcinam wstążkę. 40 lat leci w powietrze. Myślę dokąd dotrze i zastanawiam się czy gdyby przypiąć do niego list znalazłby się ktoś kto by odpisał.

34 km wbiegamy na teren Uniwersytety Mikołaja Kopernika. Nuda. Zaoczni studenci chodzą i tyle. Wyprzedzamy jakąś studentkę, chcę do niej powiedzieć "rzuć studia biegnij z nami" uszy ma zatkane słuchawkami więc odpuszczam żart.

Uniwerek się kończy, biegniemy ul. Gagarina. Żartuję, że maratonem wysłali nas w kosmos. Maraton niby w Toruniu, ale takimi obrzeżami, że Torunia się nie czuje. Pod koniec Gagarina przypominam sobie okolicę. Tu robiłem rozgrzewkę przed Run Toruń. Gdy skręcamy w lewo z prawej widzimy radiowóz straży miejskiej i biegacza. Ewidentnie zabłądził, strażnicy go eskortują. Zerkając później na mapę stwierdzam, że skrócili mu ok. 2 km dystansu i ominęli uniwerek.

Zostawiamy z lewej centrum handlowe i biegniemy w stronę Motoareny. Obok niej kolejny punkt odżywczy. Biorę wodę i biegnę dalej. Po chwili idziemy. Magda napiera, walczy, walczy. Nie mówi. Widać, że od dawna ma dość. Na tym 38 kilometrze widać, że twarda z niej baba, że jak się zaweźmie to nie odpuści.

Justyna też to widzi.

Szosa Bydgoska. I dalsza część marszobiegu. Odcinki marszu coraz dłuższe. Tutaj nawet nie oglądam się na Madzię i sam przechodzę do marszu. Nogi bolą bardziej niż na maratonie gdy walczyłem o życiówkę. I bolą inne ich części. Mordęga.

Wszyscy mamy dość.

Skręcamy w prawo do Parku Bydgoskiego. Strażnicy Miejscy mówią, że mamy jeszcze 20 minut do zamknięcia trasy. Sprawdzam na zegarku. Do limitu 5:30 mamy jeszcze 25 czy 27 minut. Wspominam, że to był najfajniejszy kawałek Run Toruń. Bo z górki. Justyna dodaje, że byli tu też świetni kibice. Faktycznie. Byli. W maju. Dziś nic. Zero. Tylko wolontariuszki na 40 km nas dopingują.

Przy znaku 40 km robię nam zdjęcie. 40 km, 40 lat. Zimno, czas goni, powtarzam zdjęcie bo uciąłem nam głowy. Powtórka jeszcze gorsza. Ruszamy w stronę mety.

Marszobieg. I ulica Rybaki z brukiem. Ideał. Marzenie każdego maratończyka na ostatnich 2 km.

Kolejny zakręt. W prawo, docieramy do Wisły. Pusto. Nikogo. Ani Magda ani ja nie oczekujemy kibiców takich jak w Poznaniu (tam jest wyjątkowo), ale ktoś by się przydał. A tu zero, kompletna pustka.

Ok. 41 km proszę Justynę o wyjęcie megafonu. Zaczynam nadawanie. Pod mostem dziękuję kibicom za doping. Dodaję, że nie dziwię się, że go nie słyszę, bo przecież ryby nie mają głosu.

Z lewej widzimy dwóch biegaczy, którzy już ukończyli maraton. Idą z rodzinami w stronę parkingu. Do dziewczyn wygłaszam taki mniej więcej monolog: Biegacze. Kurwa. Biegacze pełną gębą. Kibicują jak nikt inny. 

Właśnie. Ja to jestem jednak szurnięty, ale gdy skończę bieg, nawet gdy padam na ryj, ledwo się ogarnę a idę gdzieś obok trasy biegu drę ryja jak głupi.

Samotność długodystansowca. Biegniemy i współczuję tym, którzy są za nami. Współczuję i podziwiam ich zacięcie. Przy takiej pustce wokół, nie widząc żadnego biegacza przed i za sobą tylko siła woli ciągnie ich do mety. Przebiegnięcie maratonu w 3:27:39 to nic. Przypuszczam, że złamanie 3 godzin to też nic w porównaniu z pokonaniem go na szarym końcu.

Docieramy do mety. Chwytamy się za ręce, podnosimy je do góry. Już. Czas? 5:24:4x Wyłączam  raz, drugi, trzeci, zmieniam palec... Czas leci... Palce mam tak zmarznięte, że nie jestem w stanie wyłączyć zegarka.

Rozmawiamy chwilę na mecie, prosimy o zrobienie nam zdjęcia. Pytam czy mają nadmiar medali i czy mógłbym jeden dostać bo chciałbym powiesić na grobie kolegi, który nie dożył swojego maratonu.

Tak mi się kiedyś pomyślało, że toruński maraton to idealna impreza by pobiec go z myślą o Piotrze. Dlaczego? Z naszych rozmów wywnioskowałem że Toruń był dla niego bardzo ważnym miastem. Tu skończył studia. Dostałem medal. W poniedziałek zawisł na jego grobie.

Po biegu podreptaliśmy obolali do samochodu, szybkie przebieranie. To nic, że na ulicy. Chrzanić. Oto uroki biegania. I wróciliśmy na jedzenie. Pod namiotami pustki. Życzenia urodzinowe od tych, z którymi zaczynaliśmy. Zosia zadowolona z debiutu, zrobiła 5:00:24.

Rozglądam się za jedzeniem. Termosy na herbatę i kawę. Kable zwinięte, z jednego termosu herbata leje się na ziemię. Doskakuję szybko, podtykam kubki by wypić coś ciepłego. Punkt się zwija. Do jedzenia drożdżówki i kanapki. Na drożdżówkę nie mam ochoty, biorę kanapkę. Na wszelki wypadek zaglądam do środka. Z pomidorem. Bleeee. Pomidory to wcielenie zła. Zjemy na mieście. Jest pomysł na pizzę.

Jeden lokal, jakoś nam nie wygląda, szukamy kolejnego. Nie widać. Wpadam na pomysł McDonalds'a. Dziewczyny stwierdzają, że to nasza maratońska tradycja. Po Orlenie i Warszawskim też jedliśmy w macu. Tym razem, o ironio, żarcie ledwo letnie... Zajebioza po takim zmarznięciu.

Toruń Marathon. Cała nasza trójka wie, że to nie jest bieg, na który powrócimy. A jeśli nam się zachce nie będzie to szybko. Dlaczego? Przede wszystkim atmosfera. A w zasadzie jej brak. Pewnie gdybym był na mecie w okolicach 3:40 byłoby lepiej, kibice na trasie itd. Ale nie po tym co widziałem.

Czego mi zabrakło prócz kibiców? Kilku szczegółów.

- parkingi - brak informacji. Szukaj gdzie chcesz.
- toi toie - w okolicy startu/mety aż jeden. Na trasie tylko do 15 km. Później krzaczki. Traf chciał, że na tym maratonie chciało mi się sikać jak nigdy. Na 10 km i po 20 ze dwa razy.
- oznaczenia trasy - znaczniki ustawione tak, jakby ktoś wyrzucił je z helikoptera gdzie popadnie. Różnice rzędu 800 m. Mi to wszystko jedno, ale współczułem pacemakerom.
- służby medyczne - zastanawiam się ile ich widziałem, chyba niewiele, z drugiej strony doskonale wiem, że zarówno policja jak i straż miejska jest przeszkolona z udzielania pierwszej pomocy.
- na kibiców i herbatę już zdążyłem ponarzekać.
- i oznaczenia trasy w paru miejscach - było tak, że zastanawialiśmy się czy dobrze biegniemy. Może wystarczyłaby wymazana farbą na asfalcie strzałka?

Na plus:
- wolontariusze - ziąb, deszcz, a oni dzielnie stali. Wielkie dzięki Wam za to.
- policja/straż na skrzyżowaniach - tu czułem się bezpiecznie.
- fajny medal.
- możliwość personalizacji numerów startowych. Skorzystałem z tego i mam kolejny z liczbą 2708, a Madzia... Madzia zrobiła mi niespodziankę i strzeliła takie cacko :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...