02 października 2016

II Bieg Dąbrowskiego

Przeczytałem kiedyś na fejsie takie zdanie "Biegi, które organizuje Aldona są na najwyższym poziomie". Wiem, że robi. Startowałem w Biegu Trzech Króli, Madzia (ja fotografowałem) w Biegu Instalatora. O pierwszej edycji Dąbrowskiego słyszałem wiele dobrego.

Postanowiliśmy pobiec mimo, że termin wypadał 6 dni po Maratonie Warszawskim. Maratońskie bóle minęły, ja przez cały tydzień nie biegałem (choć ze dwa razy próbowałem się zebrać, ale po ciemku nie miałem jakoś ochoty) więc pojawienie się w Zielonce było okazją do rozruszania mięśni.


Właściwie to ta impreza ma jedną wadę - godzinę startu. 13:30 skutecznie rozbija cały dzień. Rano w domu zrobi się niewiele, po powrocie też nie ma szans na rewelacje.

Sobotni poranek rozpoczął się od krótkiego pytania od Anki. "Bierzecie coś?" i link do informacji o piątkowym pożarze domu w Zielonce. Szybka lektura, sprawdzenie kto ucierpiał i decyzja, że po drodze wskoczymy do Biedronki. W ten sposób w biurze zawodów pojawiliśmy się z siatką, a w niej trochę chemii, jakaś odzież, ręcznik. Wiecie, jest takie hasło "warto pomagać". Ja do niego dodam (a może zamiast niego powiem) fajnie pomagać. Jak było widać w biurze zawodów biegacze to wiedzą.
fot. Aldona Rybka

Zawody w okolicy Bydgoszczy to zawsze sporo znajomych. Czasem nie wszystkich rozpoznaję (taka moja wada - nie mam pamięci do twarzy i imion, wybaczcie mi). Ale fajne te pytania co dziś biegnę, jak po maratonie i w ogóle pogaduchy jako takie.

Zebraliśmy się w pięcioro. Madzia, Ania, Justyna, Kasia i ja. Pogaduchy, wygłupy, na rozgrzewkę nie miałem ochoty.
Żartowałem, że pobiegniemy spokojnie tempem 5:10 min/km. Gdy już staliśmy w tłumie i czekaliśmy na start zostaliśmy przestawieni przez artylerzystów. Ekipa w mundurach z epoki gen. J. Dąbrowskiego przejechała z małą armatką by rozpocząć nasz bieg salwą. Bum i ruszyliśmy będąc na tyłach stawki. Po pierwszych kilkudziesięciu metrach przed nami tłum i tumany kurzu. W lesie było sucho jak piernik i z piaszczystej drogi podnosiły się tumany, że hoho. Jakby szedł tędy oddział wojska, a to biegło niespełna 300 osób.

Madzia postanowiła biec z Anką, Anka z racji kontuzji zakładała ostatnie miejsce (i nagrodę przy okazji). Justyna bez nastawienia się na wynik, Kasię coś ciągnęło. Ja również na luzie. To tak sobie biegliśmy i gadaliśmy, co chwila jakieś żarty. Gdzieś po pierwszym czy drugim kilometrze Kasi zrobiło się zbyt wolno i pognała a Justyna i ja robiliśmy sobie pomaratońskie roztruchtanie.

Biegu biegu i pierdoły. Gadaliśmy w najlepsze. Trasa wiodła lasem, trochę asfaltem, znów lasem, gdzieś dalej łąki. Dobrze, że było sucho bo tonęlibyśmy w błocie, choć z drugiej strony na nogach trailowe adidas response boost więc błoto im niestraszne.




Punkt z wodą zaliczony, krótko przed nim zgarnęliśmy Patrycję, której biegło się nad wyraz ciężko. Przyznała przestraszona, że nie wie co się dzieje, a za tydzień maraton. No to biegliśmy i opowiadaliśmy co to maraton i jak niesamowity jest.

Łąki. Drugi punkt z wodą a na nim żołnierska kompanija. Zatrzymaliśmy się na chwilę, strzeliliśmy z nimi zdjęcia i dalej w drogę.


Za nami jakieś 8 km. Ostatni kilometr głównie utwardzoną drogą więc zacząłem namawiać Justynę by przyspieszyć. Nie chciała, a ja tak grzecznie prosiłem i grzecznie podkręcałem tempo. No to poszło. Szybciej i szybciej. Wyjątkowo zerknąłem na zegarek. Zeszliśmy do okolic 5:40 min/km i nadal lekko przyspieszaliśmy. Ostatnie 300 metrów szutrem a ja proszę by jeszcze przyspieszyć. Tym razem nie krzyczę, nie poganiam, proszę. Delikatnie.

Objawiła nam się Kasia i dawaj poganiać Justynę. Krzyczy, drze się "szybciej", "długi krok", "szybciej". O co jej kurde chodzi? A ja swoje spokojne, niemal czułe "no jeszcze przyspieszymy, dasz radę" i tak zachęcam. W zegarku pstryknął 10 km, zostało niecałe 100 m. Wbiegliśmy na metę, ostatni odcinek tempem 4:15 min/km. Ładnie, a jakoś się tego nie czuło.

Oddaliśmy czipy i ruszyliśmy na przeciw Madzi i Ani. Mijamy zawodników i mówię, że wracamy, bo po starcie pobiegliśmy w złą stronę i trzeba jeszcze raz. Dziewczyna chyba uwierzyła,  bo się zatrzymała i zaczęła się zastanawiać. Powiedziałem, że żartuję. Biegniemy, na wykostkowanej drodze biegnę sobie tyłem. Wreszcie znalazły się nasze zguby. Anka się męczyła. Doturlaliśmy się do mety, krótko przed rzuciłem hasło, że wejdziemy na czworaka. I tak też zrobiłem to z Anką. Pozostała tylko kwestia czy była ostatnią zawodniczką.


Po biegu full wypas. Pakiet startowy zdawać mógł się skromny. Woda, ulotki, dwie smycze. I słusznie. A co na mecie? A najpierw dostałem słoiczek z naklejonym moim numerem startowym. W słoiku kiszone ogórki. Madzi przypadł sok. Każdy z zawodników otrzymywał jakiś domowy przetwór. Po chwili ruszyliśmy jeść (głodny byłem od czwartego kilometra). Na początek bigos. Do niego chleb z pysznym smarowidłem (chodziłem po niego kilkakrotnie). Później grochówka. Po grochówce herbata i ciasto. Oprócz biegów (dla dzieci i dorosłych) w Zielonce odbywał się festyn. Powiem szczerze, że impreza pierwsza klasa, a wpisowe wyniosło raptem 30 zł.

Poczekaliśmy z Anką na dekorację i szczęśliwie okazało się, że była ostatnia. W nagrodę puchar i słoik ze słomką.

Bieganie... ciągle coś. W tym tygodniu wracam do regularnych treningów, wszak za trzy tygodnie maraton w czterdzieste urodziny. Wcześniej jednak, bo już w przyszłą niedzielę czeka mnie debiut. Jaki? Dowiecie się po nim, napiszę tylko, że dystans wyniesie 10 km.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...