07 września 2016

Wąbrzeska dycha

Wąbrzeźno kojarzy mi się z audycja Śledztwo prowadzą słuchacze emitowanym w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku  na antenie Radia PiK w Bydgoszczy. Jedną ze słuchaczek, które często dzwoniły była pani z Wąbrzeźna. Jakoś tak daleko umiejscawiałem wówczas to miasteczko.

W toku przedmaratońskich testów wymyśliłem start na 10 km, wybór padł właśnie na Wąbrzeźno. Bez problemu namówiłem Madzię, nieco dłużej zeszło mi z Justyną, ale też zdecydowała się na start. Jakiś tydzień przed wyjazdem odezwał się Grzesiu i zapytał czy znajdzie się dla niego miejsce w samochodzie. Dla kogo jak kogo, ale dla Grzesia musiało się znaleźć.

Ruszyliśmy, każdy ze swoimi założeniami na bieg: Madzia i Grzesiu na luzie, Justyna dostała przykaz ruszyć tempem 5:20, ja chciałem powalczyć o 41:55. Niewiadomą pozostawała trasa, z mapy wynikało, że będzie trochę zakrętów.

Pojechaliśmy. 1,5 km od domu miałem zacząć wyprzedzać samochód, a ten nagle zwolnił, zrobiłem to samo. Przed nim przebiegło stado 7 dzików. Na szczęście dalsza podróż szła bez przeszkód i w Bydgoszczy przechwyciliśmy najpierw Justynę (a co, niech trochę pobiegnie za samochodem zanim wsiądzie) i Grzesia, który przywitał nas flaszką z resztką denaturatu.

Od Bydgoszczy trasa wlokła się w najlepsze (nawigacja miała swoją wizję, inną niż moja), na szczęście dzięki ciągłym opowieścią Grzesia (a gaduła z niego nieziemski) czas mijał szybko.

Wąbrzeźno... w pewnym momencie zażartowałem, że najpierw kończy się świat, a później jest Wąbrzeźno. No daleko tam, daleko.

Gdy dotarliśmy pakiety odebraliśmy sprawnie. Dziewczyny miały gratisowy bidon z wkładem chłodzącym, oprócz tego kubek, koszulka i makulatura. Do tego depozyt, możliwość wzięcia prysznica po biegu były dodatkowym atutem.

Po zwiedzeniu rynku i dawnej stacji kolei (tato Grzesia był kolejarzem i przez pierwszych 9 tygodni Grzesiowego życia pracował w Wąbrzeźnie) przebraliśmy się i ruszyliśmy na rozgrzewkę.

Ze sceny dobiegła mnie informacja, że trasa jest trudna, z dużą ilością podbiegów i zbiegów i częstą zmiana nawierzchni. No cóż, mój plan był taki  jak na Run Toruń, tyle, że o 4 sekundy szybszy: zacznę 4:10 min/km a po 5 km się zobaczy.
fot. Ewa N's
Brama startowa zapowiedziała, że klasyfikacja będzie wg czasu brutto. Nic to, ja i tak patrzę na netto, a szans na pudło i tak nie mam. Przed bramą startową tłok, dobre 300 osób. Przed sobą widzę przynajmniej kilkanaście, które nie wyglądały na to by biegły na czas poniżej 50 minut. Cóż. trzeba będzie się przemęczyć na pierwszych 200-300 metrach. I faktycznie tak było. Wąsko i brak miejsca do wyprzedzania. Tempo liche, w okolicach 5 min/km, na szczęście po chwili zrobiło się szerzej i przyspieszyłem.
Pierwsze 3 km zgodnie z założeniem: 4:07-4:11. Pod koniec trzeciego kilometra powtórka z Unisławia - odezwały się mięśnie piszczelowe przednie. Na domiar złego w obu nogach. Czy znów będę musiał się zatrzymać by zawalczyć z ich rozluźnieniem? Biegnę i boli, na szczęście niezbyt mocno. Czwarty kilometr z początku wiedzie w dół, na trakt wiodący wzdłuż brzegu jeziora. Za mną już kawał kamiennego bruku na rynku, asfalt i stara, betonowa kostka. Teraz nowa kostka i co chwila lekko w górę, lekko w dół. I zakręty. Łagodne, ale wijemy się jak wąż.

Piszczelowe bolą przez 2 czy 3 kilometry, ciągłe podbieganie i zbieganie męczy, tempo spada. Czwarty km w 4:28, piąty 4:24. Zegarek pokazuje 100 m więcej niż tablice. Norma. Na początku szóstego ktoś mnie pyta jaki był czas na piątce, mówię, że jakieś 21:35, gość na to, że chyba nie złamiemy 40 minut odpieram, że będzie problem by zmieścić się poniżej 44.

Biegnę, na twarzy grymas bólu, tempo mizerne. 6 i 7 km w 4:33 i 4:34. Bryndza jakich mało, przez głowę przechodzi myśl by odpuścić, ale póki co biegnę.

Na ósmym kilometrze wyprzedzam blondynkę, widać też się męczy, gdy jest ze dwa metry za mną odwracam głowę, macham ręką i krzyczę "Dawaj ze mną blondyna". No to daje. Niemal czuję jej oddech na plecach, biegnie 2 kroki za mną. Nie zamieniamy żadnego słowa, ja napędzam ją, ona mnie. Wreszcie tempo wzrosło i zrobiło się 4:22 na 8. km.

Znowu ze dwie czy trzy zmiany podłoża. Znów stara, sześcioboczna, dziurawa kostka, a to całkiem nowa, a to asfalt. Tak. Asfalt lubię. Do mety dwa kilometry więc nieco przyspieszam, blondyna za mną. 4:17, niby szybko, ale do ideału daleko. Do tego zadyszka dużo większa niż przy ćwiczonym półtora tygodnia temu biegu progowym, w którym robiłem w sumie 13 km po 4:22, fakt, na stadionie biega się lepiej.

Dziesiąty kilometr, niemal czuję metę, patrzę na zegarek, jeszcze 800 metrów, jeszcze 500, no, trzeba trochę przyspieszyć. Jest nas sporo, jeden pogania drugiego. Zegarek krzyczy 10 km, pokazuje 4:14. Zostaje jakieś 100 metrów więc dociskam, ale włącza mi się w głowie lampka. Bruk, kamienny, niezbyt równo. Nie ma co szaleć, życiówki i tak nie będzie. Podnoszę rękę, wbiegam na metę. No niech będzie. Nie jestem jakoś szczęśliwy i zadowolony, ale co zrobić 43:40. Nie czarujmy, rok temu taki czas wziąłbym z pocałowaniem w rękę. Jakby nie patrzeć to mój drugi czas na 10 km, fakt, od życiówki gorszy o 54 sekundy, ale nic to. Ostatni tydzień miałem problemy z realizacją planu treningowego. Męczyłem te biegi jak jasna cholera, w niedzielę pobiegłem 22,4 km maratońskiego wolniej o 10 s/km, w czwartek 12,8 km tempem maratońskim i po 1,6 km odpoczynku odpuściłem kolejne 8 km. Przetrenowanie? Nie wiem. Pogoda? Ciągłe skoki temperatury. Nie mam pojęcia. Zobaczymy.
fot. Patryk Szulc

Poszedłem na przeciw dziewczynom. Pojawiła się Justyna, widać, że również zmasakrowana. Gdy była 50 m ode mnie zacząłem krzyczeć "Justyna! Do cholery jasnej! Co to jest?! Mocniej!" No to przyspieszyła. Gdy była za mną jakieś 50 m odwróciłem się i znów krzyknąłem "Jusyna! Ja Cię widzę!" No to znów docisnęła, do mety miała 100 m.

Po chwili przyszła i wspólnie czekaliśmy na Madzię. Minęła godzina od startu. Co wybiega? Ja psioczyłem na trasę, Justyna też. Faktycznie to nie trasa na życiówki. Jest i Madzia, również zmęczona, krzyczę, że jeszcze 100 m i ruszam z nią. Biegniemy, Justyna walczy za nami. Wpadamy na metę, tym razem wśród rozdających medale nie było Magdaleny Fularczyk naszej złotej wioślarki z Rio. Ja również się nie załapałem na medal z jej rąk.

fot. Patryk Szulc

Grześ wystrzelił 49:09, Justyna jakieś 57:20, a Madzia znów z życiówką 1:02:32. Ostatnio biega sumienniej niż to było dotychczas i oto efekt :)

6 komentarzy:

  1. milo sie czytało recezje biegu ale jedno nie daje mi spokoju - mianowicie nazwa bloga i jego opis - Blog o amatorskim bieganiu, bez zbytniej pogoni za wynikami.
    Zwłaszcza ostatnia czesc O BRAKU POGONI ZA WYNIKIEM, dziwne bo caly artykul opiera sie o czasy tempa i wyniki ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm no lubię pogonić czasem, ale nie za wszelką cenę, zwłaszcza na treningach. Np. ten tydzień sporo odpuściłem: w niedzielę powinno być bieganie - nie było, wczoraj bieg spokojny, dziś bieg tempowy - również odpuściłem. Fakt, na zawodach czasem przycisnę (każdy lubi życiówki), ale mam sporo takich, które biegam ot tak, wolno lub towarzysko.

      Usuń
    2. Jeszcze zerkam w listę tegorocznych biegów. 14/24 pobiegłem na kompletnym luzie (albo zgodnie z założeniami treningowymi, czyli bez gonienia w stronę życiówki), kolejne dwa odpuściłem gdy wiedziałem, że to nie jest ten dzień (np. wysoka temperatura). A rozpisywanie międzyczasów? Hmmm koleżanka żartuje, że mam zespół Aspergera. Kurcze, faktycznie czasem lubię podawać liczby.

      Usuń
    3. heh spoko mam tak samo :) fajny blog, bede tu zagladał częsciej ale tak jak pisałem wczesniej nie pasuje mi tylko nagłowek bloga " Blog o amatorskim bieganiu, bez zbytniej pogoni za wynikami." - kolejnytch zyciowek zycze :)

      Usuń
    4. No cenna uwaga, prawdę mówiąc o nagłówku nieco zapomniałem :) Najpewniej go zmienię

      Usuń
  2. Szykujesz się na maraton i nie wiesz co i jak? zapraszam na profil :)

    OdpowiedzUsuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...