11 września 2016

Rozpędzająca się lokomotywa

- Nie przeczytałam regulaminu.
Nie wzruszyłem się tym, jechaliśmy dalej. Po trzydziestu kilometrach bardziej wkurzała mnie wlokąca się ciężarówka na nakielskich tablicach. Widać, że cukrownia rozpoczęła kampanię. Na wąskiej drodze nie było szans na wyprzedzanie i miałem wielką nadzieję, że na krzyżówce w Janiej Górze pojedzie prosto.

Pojechała. A my prosto do Lubiewa.

Bieg Szlakiem Trzech Wież nad Borami to impreza, która do 2014 roku rosła w siłę, jednak w ubiegłym nastąpił znaczny spadek frekwencji. Z 242 zawodników w 2014 zrobiło się 123,
w tym zapowiadało się jeszcze mniej. I niestety tak było, na mecie zameldowało się raptem 77 osób.  Szkoda, bo jak się przekonałem to bardzo fajna impreza.

Przez chwilę zastanawiałem się czy nie pobiec bardzo mocno, mało zawodników mogło oznaczać małą konkurencję. Z drugiej strony mogło być tak, że przyjadą silni po łatwe pudło. Do głosu doszedł rozsądek, który zakazał ostrego biegania na dwa tygodnie przed maratonem, teraz trzeba zwolnić i zmniejszyć kilometraż.Postanowiłem pobiec z Grzesiem, zakładając, że polecimy w okolicach górnego rejestru mojego biegu spokojnego (5:15-5:10).

W Lubiewie zaczęło się wesoło. Najpierw spotkaliśmy Grzesia i Hanię. Okazało się, że się ucieszyła z poznania mnie. Nasłuchała się o mnie od Grzesia, naczytała bloga, nie było jednak okazji spotkać się na jakimś biegu.

Ruszyliśmy do biura zawodów. Justyna zapowiedziała, że może się spóźnić i poprosiła Madzię o odbiór pakietu. Gdy nasze mieliśmy już w rękach Madzia opłaciła Justynę, a ja w międzyczasie powędrowałem z torbami do samochodu. Po chwili odebrałem telefon z pytaniem czy wziąłem pakiet Justyny. Oczywiście, że nie. Wziąłem więc siaty i wróciłem na salę gimnastyczną. Pakietu brak, nie widać nikogo, kto miałby nr 74. Szczęśliwie organizator nie robił problemów i nadał nowy numer i nowy pakiet. Chwała za to!

Jak już tak stałem z małżonką postanowiłem dać jej czip, ale pomysł okazał się karkołomny. Akurat szarpała się z numerem startowym, więc wepchnąłem jej czip do kieszeni bluzy. No to oznajmiła, że zaraz odda mi bluzę, no to ja czip na stół, a Madzia dalej walczy z agrafkami, czipa zdaje się nie widzieć. No to ja go znów do bluzy i znów wyjąłem... Koniec końców bluza wylądowała w torbie, a po chwili torba w samochodzie.

Wróciłem i po chwili pytanie czy mam czip. Przecież włożyłem go do kieszeni bluzy... No to Madzia kluczyk i do samochodu. Wróciła bez czipa. Mówię, że może został na stole. Zaczęła poszukiwania a ja poszedłem do auta. Oczywiście, był w kieszeni bluzy...

No zakręt dziś był z Madzi niesamowity.

Odpuściłem rozgrzewkę, pokręciłem się po okolicy i parę minut przed godziną 10 pojawiłem się na starcie. Foto, odszukanie Grzesia i start.


Biegniemy. Jest wesoło, choć pod górę. Myślałem, że z tej górki pomkniemy do mety. Grześ uświadomił mnie, że kiedyś tak było, ale wadą tego rozwiązania było to, że ostatnie półtora kilometra czuło się i słyszało metę, bo dobieg był równoległą ulicą. No to niech tak będzie.

Biegniemy, gadam, Grześ stwierdza, że za szybko, faktycznie, zrobiło się 4:52, jak na moje treningowe założenie za szybko o 20 sekund, dla Grzesia też, bo wiele razy czytałem na jego blogu, że zaczyna wolno, a później przyspiesza. Bardzo jestem ciekaw tego przyspieszenia.

Sporo ludzi przed nami i co chwila tradycyjny widok. Najpierw tną zakręt po chodniku, a gdy chodnika nie ma, a droga wiedzie długim łukiem biegną po zewnętrznej.  W okolicach 3 km znów wyciągam telefon i nagrywam.

Biegniemy w okolicach 5:03-09, od szóstego kilometra ktoś wrzuca węgiel do kotła lokomotywy i zaczynamy przyspieszać. Stopniowo, niepostrzeżenie wyprzedzamy kolejnych biegaczy. Są oddaleni od nas o 50-80 metrów, a po dwóch kilometrach zostają za nami.

W okolicy 5 km punkt z wodą. Bardzo przydatny. Co prawda słońce było schowane za chmurami, ale duchota robiła swoje. Oj jak dobrze, że nie paliło z nieba!

W Bysławiu Grzesiu jest pozdrawiany przez tubylców. Biegnąca za nami Mariola kwituje to krótkim stwierdzeniem, że jest znany i ma swój fanklub. Żartuję, że jest jak marynarz. Co port to kochanka, co parafia to dziecko.

Skręcamy w prawo, mały podbieg na teren kościoła, zakręt w lewo i kawałek gruntowej drogi. Później znów na asfalt. Po chwili obok nas biegnie jakiś kundel, takie małe gówno. Nie cierpię tych sytuacji, bo nigdy nie wiadomo co temu strzeli do psiego łba. Pomyślałem, że gaz pieprzowy został w domu i w tym momencie kundel zaczął na mnie ujadać i podbiegać. Po dwóch krokach postanowiłem się zrewanżować - ruszyłem i naszczekałem na niego. Uciekł.

Na 8 km kolejny punkt z wodą, tym razem obsługiwany przez panie w strojach borowiackich. Woda w butelkach, więc nie chwytam swojej, skorzystam z tej, którą wziął Grzesiu.

Biegniemy równo, ramię w ramię. Czasem przyspieszam lub zwalniam gdy słyszę jadący samochód, ale jest to rzadki widok.

I nadal wyprzedzamy.

Najgorszy odcinek ponoć przed nami, po 10 km. Faktycznie, na 11 podbieg i to spory, tempo spadło do 5:16. Spadło? Niejeden chciałby tak pokonywać podbiegi.

Na 12 km kolejna woda. Piję, oblewam się i tyle.

Właśnie! Kilometry! Tabliczka z 1 była 40 metrów przed tym co pokazał zegarek, 2 km jakieś 80 wcześniej, 12 km dobre 330 metrów. 14 km 390 metrów. Żartuję, że ostatni kilometr będzie najdłuższy i wyjdzie 1400 m.

Grześ zmęczony, Mariola cały czas 2-3 kroki za nami. Milczą. Kto zna Grzesia wie, że to wybitnie rzadka sytuacja. Grześ gada jak najęty, a dziś niewiele, pojedyncze zdania! Na pierwszym kilometrze ostrzegł, że będzie mocny bieg i nie będzie gadał. Faktycznie tak było.

Ostatnia prosta, widać kościół, gdzieś przed nim będzie meta. Sęk w tym, że owa prosta ma 1,5 kilometra. Jest co dygać. 14 kilometr w tempie 4:43, już wcześniej powiedziałem Grzesiowi, że jak dojdziemy do mojego tempa maratońskiego to naciągnę mu czapkę z daszkiem na uszy.

500 m przed metą Mariola mówi, że mamy biec swoje, zaraz dostaje reprymendę, że nie ma zwalniać tylko ciągnąć z nami i faktycznie nie odpuszcza. Grześ też wspomina, że mu ciężko więc też dostaje upomnienie. Nie odpuszczają. Ostatnia górka, zakręt w lewo, w prawo i widać metę. Grześ przyspiesza, biegnę za nim. Wyczytują moje nazwisko, Grzesia, Marioli. Meta!
1:14:29.

"Masz w ryj" słyszę w podzięce. Podobno mocno go przeciągnąłem, a prawdę mówiąc starałem się biec to co dyktował mój kompan. No, parę razy przyspieszyłem by zrobić foto, parę razy złapałem się, że zbytnio przycisnąłem i szybko wracałem do wcześniejszego tempa.

1:14:29 to u Grzesia drugi wynik na 15 km. Okazuje się, że od życiówki gorszy raptem o 29 sekund. Na tej trasie to dobry czas. Ale nie tak dobry by w kategorii M60 stanąć na pudle, na to musielibyśmy urwać aż 7 minut! Do pierwszego miejsca w kategorii stracił 14 minut! Niesamowite rzeczy robią sześćdziesięciolatkowie!

Arbuzy, woda, arbuzy, arbuzy, arbuzy... I pyskówka z jakimś debilem w samochodzie. Jaśnie pan z Kutna burzył się, że nie ustawiono objazdu i nie chciał pojechać sąsiednią ulicą. Najchętniej przepchnąłby się przez bramę startową. Stwierdzam pod nosem, że Polfarma w Kutnie chyba przestała produkować psychotropy.

Ruszam na przeciw Madzi, po drodze melduję mijanym ile zostało im do mety. Wreszcie spotykamy się na 1250 metrów przed bramą. Biegnie z Justyną i jakimś chłopakiem. Okazuje się, że po 5 km Madzia zrobiła oczy większe od głowy. Justyna stwierdziła wówczas, że 5 km za nimi i zostało jeszcze 10. Jak to 10?  To nie jest bieg na 10 km? To 15?

Przypomina mi się poranne Nie przeczytałam regulaminu...

Biegniemy, Madzia narzeka, że dla niej za szybko, że Justyna zbyt mocno ją goni. Justyna kontruje, że biegnie tempem Madzi... Bądź tu mądry i pisz wiersze...

Wreszcie Lubiewo, ostatnia prosta, na chodniku stoją mażoretki, podbiegam do jednej i poszę, żeby  pożyczyła mi na chwilę pałeczkę. Biorę w rękę, Justyna zasłania tyłek rękoma, Madzia nie zdążyła. Klepię lekko, wracam, oddaję atrybut i dołączam do dziewczyn.

Meta. 1:35:24. Świetny wynik, zwłaszcza, że na 10 km rekord wynosi 1:02:32. Gdyby wierzyć kalkulatorom biegowym niemal idealnie wybiegała piętnastkę, a trasa była trudniejsza!

Po biegu ruszyliśmy na jedzenie (ach te arbuzy), w zupie trafiła mi się solidna porcja mięsa. Pozostało jeszcze poczekać na losowanie nagród. Trafiło na mnie (który to już raz? hmmm, Więcbork, Łobżenica, Unisław...) i wróciłem z kijami do NW. Powiem szczerze, że mogłyby  być składane na 3 części, ale co zrobić ;) przydadzą się w góry.


1 komentarz:

  1. Szykujesz się na maraton i nie wiesz co i jak? zapraszam na profil :)

    OdpowiedzUsuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...