27 września 2016

Rak'n'Roll maratonie

Start w Maratonie Warszawskim przesądzony był w ubiegłym roku. W grudniu stwierdziłem, że zaryzykuję zbiórkę na rzecz fundacji Rak'n'Roll. Rach, ciach i uzbierałem zakładane 600 zł, później doszło trochę i trochę i dzięki Waszej życzliwości zebrałem 981 złotych (dorzucę brakujące 19 i będzie wyglądać ładnie, znaczy okrągło). W ramach zbiórkowego zobowiązania mam jeszcze przed sobą 4 donacje płytek krwi, póki co drobny zabieg chirurgiczny wykluczył mnie do końca roku.

Maraton się zbliżał, idea połamania 3:20 i dobrnięcia w okolice 3:17 była silna (wiem, to karkołomny pomysł poprawić się o 10 minut raptem w 5 miesięcy). Ale im bliżej startu bym wyglądało to gorzej.

W sierpniu robiłem dwa treningi w tempie maratońskim i oba poszły kiepsko. W efekcie we wrześniu odpuściłem sporo kilometrów by nieco się zregenerować. W przedmaratoński poniedziałek zrobiłem wolne 60 minut. We wtorek dopadła mnie infekcja. Katar i stan podgorączkowy więc waliłem w siebie 4-5 razy dziennie po ok. 5 g witaminy C, do tego czystek a od czwartku nurofen zatoki. W czwartek doszedł lekki kaszel.

Wiem, rozsądnym byłoby odpuszczenie biegu. Odpuściłem ściganie się o życiówkę, założyłem bieg w okolicach wyniku 3:40-3:45.

W sobotę z Madzią i Justyną pojechaliśmy do Warszawy. Najpierw odbiór pakietów. Zaczęliśmy od stoiska Fundacji, która przygotowała dla nas nadprogramowy zestaw, w nim m.in. Magazyn Bieganie, batonik wege (pyszny), "ciastko z rakiem" (nazwę sam wymyśliłem, w rzeczywistości babeczka kakaowa opakowana w celofan, na który naklejono małe logo Rak'n'Roll), koszulka, woda, banan i jakieś drobiazgi. Później odbiór głównego pakietu, szlajanie się po expo i wreszcie spotkanie z Izą i Krzyśkiem.

Strach ma wielkie oczy. Strach ma na imię Iza. 

Debiut w maratonie to jest coś niezwykłego, coś, czego można zazdrościć. Iza myślała o Poznaniu, później realizacja planu treningowego jakoś nie chciała z nią współgrać aż wreszcie wymyśliła, że pobiegnie dla Rak'n'Roll. Totalny spontan. Zbierała pieniądze, zbierała, marudziła, truła dupę, marudziła, zbierała. Było pewne, że pobiegnie. W sobotę była nieźle posrana. Żeby było śmieszniej też walczyła z infekcją. Podobnie jak Madzia. Dopadła nas jakaś plaga.

Chodziliśmy, zwiedzaliśmy, Iza wciąż się dopytywała i wciąż trzeba było jej tłumaczyć co i jak ma pobiec. Właściwie jak, bo co było niewiadomą. Moja rada była prosta. Pierwsze 10 km ma pobiec dużo wolniej niż jej się wydaje, że jest odpowiednio. Do połówki ma czuć, że coś nabiegała, ale bez bólu. Ból ma prawo pojawić się po 25 km i dalej ma walczyć, jak będą siły to przyspieszać, ale stopniowo. Nic na hura.

I tak gadamy i chodzimy po expo. Foto przy medalu, poszukiwanie zdjęcia wysłanego w ramach akcji #whyirunwarsaw Na którymś stoisku wypatrzyłem Darka Strychalskiego i poprosiłem o wspólne foto z Mistrzem.



Chodził za nami makaron, którego pierwotnie nie wykupiliśmy. Teoretycznie można było kupić na miejscu, ale wszystkie makarony organizatorskie wyprzedano. Pozostał nam food truck, z którego skorzystaliśmy.

Po wszystkim ruszyliśmy do Ewy, która zaoferowała nam nocleg. Ewę znam z fejsa i jej udziału w biegu charytatywnym dla Karolinki. Od słowa do słowa, od pogaduch o wyborze zegarka do oferty rewanżu za pomoc i tak się umówiliśmy. Nasza damsko-męska trójka wprowadziła nieco przedmaratońskiego chaosu do jej mieszkania.

Pogadaliśmy, ogarnęliśmy koszulki i pakiety startowe, ok. 21 ugotowaliśmy makaron i chwilę po zjedzeniu poszliśmy spać.

A mama mawiała żeby nie jeść przed snem bo będą się śnić głupoty.

I przez 14 lat od jej śmierci nic się nie zmieniło. Nocka to kompletna, trzytorowa porażka.
- ból barku (nie wspomniałem, że w ramach 5 dni przedmaratońskiego urlopu zabrałem się za remont sypialni). Przeciążyłem go kładąc gładź na suficie. Przeciążyłem do tego stopnia, że już w nocy czwartku na piątek każda próba zmiany pozycji we śnie kończyła się pobudką i zwijaniem z bólu.

- głupie sny, jakich nie miałem od... hoho a może i dłużej. Jeden maratoński - chodzę po obcym mieście, niby skończyłem maraton ale rozrysowana ścieżka urywa się na 38 km i dalej nic. Jakby tego było mało ja nie pamiętam niczego z owych 38 km, tak jakbym ich w ogóle nie przebiegł, jakbym padł na trasie, został odwieziony z amnezją i nagle pojawił się w okolicach trasy. Efekt taki, że postanowiłem przebiec ostatnie metry i odebrać medal. W drugim śnie uszkodziłem błotnik samochodu (w szczegóły się nie wdaję, ale też był absurdalny), a trzeci to klasyka surrealizmu i podróż na dmuchanym materacu szorującym po asfalcie i nagłe objawienie najpierw rowerzystów z numerami startowymi, a po nich biegaczy.

- Pomiędzy snem maratońskim a samochodowym pobudka z powodu potwornego bólu brzucha. Bolał jak diabli, jelita stały i nic. I bolał i bolał. Co się położyłem to musiałem spróbować dźwignąć się bolącym barkiem i usiąść. W końcu jakoś zasnąłem i brzuch i bark na to łaskawie pozwoliły.

Tak... Brzuch czułem jeszcze przed startem i nie wróżyło to dobrze.

Pobudka. Jakoś ciemnawo za oknem.

Rano wciągnęliśmy co kto lubi (ja tradycyjnie chleb z miodem rzepakowym) i we czworo udaliśmy się na start. Ewa biegła piątkę.

Na Krakowskim Przedmieściu wizyta w toi toiu (bez sensu bo bezowocna), kolejne pogaduchy ze spanikowaną Izą i podreptaliśmy do depozytu. Trochę daleko, ale co zrobić. Justyna cały czas wahała się czy biec w bluzie czy odpuścić. Na swoje szczęście dała się przekonać do krótkiego rękawa a na czas oczekiwania na start dostała ode mnie folię nrc. My z Madzią na luzie w naszych nowych, szpanerskich rękawkach zrobionych przez halfworn.com A na rękawkach hasło wycięte z transparentu zrobionego przez Weronikę.

Poszliśmy na start, ja prosto, dziewczyny w prawo (ruszaliśmy z dwóch różnych miejsc. Potruchtałem trochę, zgubiłem żel (trzy były w zasuwanej torebce, czwarty wetknięty za gumowy uchwyt), na szczęście znalazłem dziada, opłukałem i byłem gotowy na 42195 m.

Ruszyliśmy. Założyłem, że nie gonię i biegnę na luzie. Założyłem zacząć od tempa 5:20/km, a później przyspieszyć do 5:10. Stałem ok. 30 m za ostatnim zającem prowadzącym na czas 3:40. Biegniemy, jest fajnie, luźno i okolice 5:10. Nie zwalniam bo po co, tak biegałem szybkie biegi spokojne. Jest mi wesoło, dziękuję kibicom za doping, czasem do nich macham. Bawię się maratonem.
fot. maratonypolskie.pl

Na ósmym kilometrze czuję, że się rozgrzałem, coraz częściej zauważam, że właśnie ten kilometr jest przełomowy jeśli chodzi o tempo. Przyspieszyłem i coraz częściej pojawia się tempo poniżej 5 min/km. Na ósmym mijam starszego pana w okularach. Stoi na chodniku i kibicuje w najlepsze, pokrzykuje, że jesteśmy wielcy, że damy radę. To niezwykle sympatyczna chwila, jemu dziękuję całym zdaniem a nie krótkim "dzięki".
Wyprzedam pierwszego zająca, po jakimś czasie drugiego, wreszcie trzeciego. No to jest fajnie! Biegnę na wielkim luzie, dziękuję kibicom i wyprzedzam. Po jakimś czasie bardzo się dziwię bo w oddali zauważam zająca ciągnącego na 3:35. Kilometry lecą, ja wciągnąłem już pierwszy żel, zaczynam myśleć o drugim, a 3:35 jest za mną.

Czekam najpierw na 20 km by wziąć żel, później na 21 by przebiec przez punkt obstawiony przez ekipę Rak'n'Roll. Przebiegam. Spiker coś tam nawija, jest wielka, dmuchana brama, ale wolontariuszy nie widzę. Jakaś lipa sobie myślę.

Łazienki Królewskie.

Połówka w okolicach 1:46, na zegarku coraz częściej tempo znane mi z Orlen Marathon, a w głowie pojawia się myśl, że może drugą połowę pobiegnę jeszcze szybciej, ba! Może uda się dojść w okolice życiówki?

Sporo kibiców, jest fajnie. Jakaś kobieta krzyczy, że wkrótce półmetek więc odkrzykuję, że był dobre 500 metrów temu. Wybiegamy z parku, zakręt w prawo a na nim śpiewa chór. Skyfall. Myślę sobie, że piosenka tak energiczna, że wpędzić może jedynie do grobu. Biegnę swoje.

Przed 25 km wypijam magnez. Coś się ostatnio zepsuły shoty od OlimpLabs, albo mam pecha. Trafiłem na duży zbrylony kawałek, a spodziewając się tego przed otwarciem sporo potrząsałem buteleczką by wymieszać zawartość. 25 km i tempo świetne, rozglądam się za koszem by wyrzucić flaszkę i słyszę z prawej, że ktoś do mnie krzyczy. To Krzysiek. Proszę go by wyrzucił buteleczkę, dziękuję i krzyczę, że biegnę na życiówkę a tego nie planowałem.

Jest super. Wbiegam na Most Świętokrzyski, tu nie da się nie pomyśleć o Weronice. Znów słyszę, że ktoś mnie woła. Patrzę a to Karolina. Wychodzi na to, że Jacek też biegnie. To super uczucie jak ktoś wyłapuje cię w tłumie kilku tysięcy ludzi. W połowie zagaduję dwóch czy trzech biegaczy, że na Orlenie były ostatnie 2 kilometry. Teraz przed nami spory kawałek.

Za mostem w lewo, po jakimś czasie widzę drogowskaz na ZOO, skręcamy w prawo i jest i ono. Kwintesencja ogrodu zoologicznego i wysokie ogrodzenie. Nie myślcie, że jestem przeciwnikiem ogrodów zoologicznych. Nie! Sporo ludzi wokół, gdzieś z lewej zauważam chmurę dymu wokół kobiety, za chwilę kolejną chmurę. W najlepsze pali papierosa. Krzyczę do niej krótkie "rzuć palenie biegnij z nami", słyszę tylko wielką salwę śmiechu.

Trochę zwolniłem, zrobiły się okolice 5 min/km, ale biegnie mi się luźno. Na 30. kilometrze podbieg, doganiam niskiego biegacza, widać, że nie jest najmłodszy, zerkam dokładniej i stwierdzam, że to Japończyk. Skąd u nich tyle siły? Facet może mieć pod siedemdziesiątkę, a goni pod górę tempem 5:15. Staram się dotrzymać mu kroku. Później będziemy się kilkukrotnie tasować.

Mnie nagle zaczynają boleć nogi i tempo też zaczyna spadać. W ogóle nie odczuwam potrzeby walki. Biegnie mi się przyjemnie, mimo, że jest wolniej. Nie myślę nawet o życiówce, a raptem 5 km wcześniej wymyśliłem prosty plan: od 30 km biegnę tempem 4:45 a od 35 km 4:37. Nic z tych rzeczy. Biegnę sobie, myślę o bolących nogach, stwierdzam, że gdybym przyjechał z nastawieniem na poprawę życiówki to zmusiłbym się do walki, a że przyjechałem bez planu to biegnę jak mi wychodzi.

Jest fajno.

Z 6 czy 8 km przed metą wyprzedzają mnie zające ciągnące na 3:35, po jakimś czasie połykają mnie trzy zdziesiątkowane ekipy na 3:40. Przez głowę przechodzi myśl, że mógłbym spróbować powalczyć z nimi. Ale po co? Jest mi to kompletnie obojętne, mam to gdzieś. Stwierdzam, że wzięli rewanż za mój wcześniejszy atak.

Tym razem to ja jestem częściej wyprzedzany niż sam wyprzedzam. I tak sobie drepczę w stronę mety a tempo zaczyna oscylować w okolicach 6 minut, ale wciąż poniżej. 41. km w 6:01, 42 w 6:05. I co z tego? Biegnę.

Trzeci żel zjadłem na 28 km, o dwa wcześniej niż miałem, ale przeczuwałem, że żołądek i jelita będą protestować. Nie myliłem się. Od 32 km brzuch znowu boli. Gdzieś tam mignęła mi Żabka, przez chwilę zastanawiałem się czy nie wskoczyć po colę, ale odpuściłem, stwierdziłem, że dobiegnę bez niej. Na 37 km zostałem wypatrzony przez Ewę. Widać po swoich 5 km postanowiła pokibicować. Co jakiś czas słyszymy od ludzi, że jesteśmy super i że damy radę. Czasem odpowiadam, że wiem iż dam radę. Mimo, że biegnę wolniej niż chciałem. Jest gorąco. Rękawki opuściłem po 5 km, prawda jest taka, że nie zaszkodziłoby wcześniej. Od 15 km leję na siebie po 3-4 kubki wody. Na 33 km zatrzymałem się na punkcie by do bidonu dolać ze 100 ml wody. Okaże się, że 3 km przed metą znów jej zabraknie.

Trasa od 30 km jest wolniejsza od wcześniejszego odcinka, więcej tu podbiegów, które choć delikatne (wyjątek 30 i 31 km) dają o sobie znać. Może nie w jakiś nadzwyczajny sposób, ale widać to, że trzeba się lekko wspinać.

Gdzieś w oddali widać słychać metę. Im dłużej biegnę tym jest głośniejsza. Wreszcie ją widać. Nie walczę o prędkość, stwierdzam, że wbiegnę bez szarżowania, bez ciśnięcia na maksa, że nasycę się widokiem mety. Przekonują mnie w tym kibice, którzy w pewnym momencie bardzo przewęzili trasę. To niesamowite uczucie wbiec w taki szpaler wiwatujących ludzi. Biegnę i jestem bohaterem. Wyraźnie słyszę słowa spikera, który mówi, że ci na ostatniej prostej mają szanse na złamanie 3:45. Biegnę, 42 km za mną, przede mną ostatnie 195 metrów a ja czuję pełen luz i zadowolenie. Jestem na drugim biegunie maratońskiego finiszu - w Krakowie byłem kompletnie wyprany i zmasakrowany, zarówno fizycznie jak i psychicznie. W Warszawie jest super, mimo, że czas gorszy niż w Krakowie. Podciągam rękawki, chcę by było widać napis TOMEK GAZU. Słyszę jak woła do mnie Gosia z Darkiem. Dobiegam do mety, ostatnie 10 metrów z rękoma w górze. Tak! Pierwszy raz tak celebruję metę maratonu. Bez życiówki, bez spiny, za to z ogromną radością. I znów się wzruszam. Może raptem trzeci raz tego dnia, czy maraton przestaje być magiczny?
fot. Gosia

fot. sts-timing.pl

Meta i idę. Idę, idę, z prawej i lewej płotki. Medali brak. Idę, idę, wreszcie medale. Zatrzymuje się, pochylam nisko, niemal w hołdzie dla kawałka metalu. Gdy się wyprostowałem chwyciłem go i ucałowałem dwa razy.

I znów idę bo z obu stron stoją tym razem wysokie ogrodzenia. Docieram do punktu, w którym wolontariusze rozdają wodę i izotonik. I tym razem wyjątkowo wypijam całą flaszkę izo (jakoś w nich nie gustuję), później sączę wodę. I znów muszę iść, gdy docieram do miejsca, w którym rozdają foliowe kamizelki biorę jedną i słyszę z głośników wywiad.

Iza.

Iza jest już na mecie! Mówi o tym, że pobiegła dla fundacji Rak'n'Roll i dla swojej siostry. I dla tych, którzy z rakiem walczą, którzy z nim wygrali, ale też dla tych, którym się nie udało. Hmmm. Znów się zasępiam i zastanawiam jak bardzo błędne jest hasło "rak to nie wyrok".

Chwytam telefon i piszę do Izy, że idę do niej i będę czekał przy medalach. Docieramy niemal równocześnie, widzę jak odbiera swój. Gdy mnie zobaczyła wyciągam ręce i wpadamy sobie w ramiona. Płacze i dziękuje mi za pomoc i rady.  Jest rozklejona. Debiut maratoński jest wyjątkowy! Ja też się na chwilę rozklejam.
Szczęście debiutantki. fot. Krzysiek

fot. Krzysiek

Wreszcie wychodzimy ze strefy bezpieczeństwa. Dołącza do nas Krzysiek, siostra i szwagier Izy. Ja ruszam w końcu po depozyt. Ha! Dlaczego będzie w najbardziej oddalonej ciężarówce? Nie narzekam, wiem, że najgorsze co można zrobić to się zatrzymać. Te metry przydadzą się następnego dnia. Z workiem ruszam do przebieralni i wskakuję w suche ciuchy. Mój maraton się skończył, teraz czekamy za Justyną i Magdą. Grzebię w komórce by sprawdzić czy da się śledzić postępy na trasie. W końcu znajduję. Justyna ma za sobą 35 km, Madzia 30. No to mamy chwilę by coś zjeść.

Miasteczko biegowe ma jedną wielką wadę. Wielkość. Jest rozwleczone, że hoho. Meta tu, wyjście ze strefy mety ze sto metrów dalej (a może więcej?), depozyty jeszcze dalej, pasta party w innym miejscu... Trzeba się nieźle nachodzić. Makaron otrzymujemy w zafoliowanych, dwuczęściowych pudełkach. W jednej makaron, w drugiej sos. Do tego piwo bezalkoholowe. Zimne. Wszystko zimne. Piwo, sos, makaron. Zjadam, ale szału nie ma. Miałem ochotę na coś ciepłego. Stwierdzamy, że poszukamy czegoś w okolicy, ale znajdujemy tylko karkówkę i kiełbaski z grilla. I długą kolejkę do nich. Jakoś nie mam ochoty na smażone. Znów zaglądam w komórkę i stwierdzamy, że pójdziemy w okolice mety. Justynie zostało ok. 1,5 km. Gdy się rozlokowaliśmy nie minęły 2 minuty i pojawiła się. Wg aplikacji miała jeszcze kilometr. To cenna wiedza, przyda się w oczekiwaniu na Magdę. Krzyczę do Justyny i widzę jak się rozkleja. To ostatnie 30 metrów. Wbiega na metę i płacze. Ach ten maraton.

Za metą gadamy przez kraty, wyplątuję jej czip, udaję, że chcę przywiązać nogę do ogrodzenia. Iza kucnęła obok. Ja ledwo wstałem Iza miała ten sam problem. Jest wesoło. Lituję się nad Justyną, biorę jej numer i idę po depozyt. Znów daleki spacer.

Czekamy na Madzię. Z aplikacji wynika, że sporo idzie. Dziewczyny poszły się przebrać a ja z Krzyśkiem w stronę mety. W końcu nie wytrzymuję, zostawiam mu swój worek depozytowy i idę Madzi na przeciw. Zdążyłem przejść 30 metrów gdy ją wypatrzyłem. A tu rząd barierek... Zdobywam się na wysiłek i przeskakuję na drugą stronę. Biegniemy razem, tarmoszę ją po głowie, meta coraz bliżej. Kilka metrów przed Magda nagle przyspiesza, ruszam za nią, ale mam problemy by ją dogonić. Nogi bolą mnie w najlepsze. Wpada na metę, idzie do medyków by coś skonsultować. Później medal, przeskok przez płotek i maraton za nami.

Jaki? Fajny!
Ja 3:41:59
Iza 3:43:50
Justyna 5:05:55
Madzia 5:43:48

Dobrze, że nie był dłuższy o 2 km bo Iza niewątpliwie by mnie dopadła. To co muszę jej przyznać to pobiegła bardzo rozsądnie. Stopniowo przyspieszała. Wystartowała w grupie na 3:50, dotarła przed grupą na 3:45.

Justyna zadowolona, choć wynik gorszy od tego z debiutu. Do 30 km biegła równo z grupą na 4:40, później słońce zrobiło swoje. Fakt, że nie było upału jak we Wrocławiu nie znaczy, że temperatura była optymalna.

Madzia też zadowolona. I znów stwierdziła, że dopuszcza maratony. Jak z tym będzie? To się okaże, fakt, że byłoby to rozsądne. Przynajmniej na jakiś czas.

Zapisałem się też do klasyfikacji blogerów. Zająłem w niej 9 miejsce na 27 osób.

Po wszystkim wskoczyliśmy na chwilę do Ewy, a wracając zaliczyliśmy tradycyjnego maka na autostradzie. Oj nażarłem się, choć taka ilość frytek była bez sensu. Prawdę mówiąc wolałbym porządny kawał mięsa. Ale cóż. Com sobie wybrał tom zjadł.

Za cztery tygodnie maraton w dniu czterdziestych urodzin. I kolejny punkt projektu Maratony Weroniki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kolejne City Trail za nami

Od 2015 r. na tę chwilę czekamy od jesieni - startu kolejnych edycji City Trail. A krótko przed jest stres i radość jednocześnie. Podsumow...