05 lipca 2016

No proszę. Karkonosze

Maraton Karkonoski mignął mi w sieci rok temu w sierpniu. Jakoś mi się ubzdurało, że przebiegał przez Szrenicę i Śnieżkę. No to super bo to pierwsza i ostatnia góra zdobyta przez Weronikę. We wrześniu zapytałem czy będzie kolejna edycja. Miała być więc pozostało mi czekać cierpliwie na zapisy.

Jak się doczekałem to od razu opłaciłem maraton. I nic to, że wiódł ze Szklarskiej na Śnieżkę a o Szrenicę nie haczył.

Jakiś czas później doszliśmy z Madzią do wniosku, że nie wyprawiamy imprezy z okazji 10 rocznicy ślubu tylko przehulamy pieniądze w Karkonoszach. Madzia postanowiła spróbować sił w półmaratonie.



Ze dwa miesiące temu organizator wrzucił na fb foto z wręczenia nagród tym, którzy przebiegli oba dystanse. Na zdjęciu zawodnicy i dzieci. Zażartowałem, że weźmiemy takie sześcioletnie. Ja pobiegnę maraton, żona pół to dostaniemy. Niestety odpowiedź była krótka. Jeden zawodnik oba dystanse. I zacząłem myśleć nad półmaratonem bo statuetka, która była nagrodą wyglądała zacnie. Gdy się okazało, że nie muszę dopłacać opłaty w wyższej wysokości tylko w takiej jaka obowiązywała w dniu pierwszej wpłaty decyzja zapadła szybko.

Będzie rzeźnia. Półmaraton po maratonie, takim lekkim ultra, bo mającym 46,7 km. Zrezygnowałem z pomysłu walki o czas, a miałem walczyć o jak najmniejsze zmęczenie.

W Szklarskiej Porębie pojawiliśmy się w piątek, kwatera blisko startu, bo jakieś 200 metrów. Tak blisko jeszcze nie nocowaliśmy. Trochę pod górkę, tak na rozgrzewkę. Pakiety przyzwoite (nawet bardzo) bo w fajnej torbie koszulka New Balance, do tego chusta typu buff, żel energetyczny, talony zniżkowe do Lidla, Termy Cieplickie i parę innych sklepów i trochę bibuły. Koszulka zacna, przy dwóch dystansach dwie sztuki. Nie było ściemy.

Z wieczora ruszyliśmy jeszcze na mały spacer i okazało się, że pobliskie lokale już są zamknięte. Zajrzeliśmy do biura zawodów i gdy z niego wychodziliśmy kilkadziesiąt metrów od nas zobaczyłem znajomo wyglądającą sylwetkę. Sylwetka przekrzywiła głowę i tak na nas patrzyła. No to ja odkrzywiłem głowę w ramach przywitania. Bez umawiania się trafiliśmy na Anię Arseniuk.

Gadu gadu, poznaliśmy się z towarzyszącą jej Moniką i ruszyliśmy w górę pierwszym fragmentem trasy maratonu. I nic to, że my w sandałach. Szło się fajnie, gadało równie miło. Kurde, ale jutro trzeba będzie to przemierzyć. Dotarliśmy kawałek za stację przesiadkową wyciągu i wróciliśmy. Trasa zapowiadała się ciekawie. Hmm pod górkę jakoś, początek trawiasty, później szutrowo. Spoko.

Wróciliśmy, pożegnaliśmy się i była pora zjeść kolejną porcję makaronu, przygotowałem ciuchy na rano i trzeba było iść spać.

Rano śniadanie standardowe, sześć sznytek z miodem, pół godziny przed startem pół banana. Tym razem startowałem bez rozgrzewki. Ze 200 m po starcie i tak trzeba było iść, więc pierwszy fragment był iście rozgrzewkowy. Wędruję z sąsiadem z kwatery - Tomkiem, startował w ub. roku, w tym oprócz maratonu dorzuca półmaraton. Gadamy o pierdołach biegowych, on strzelił w tym roku maraton w 3:00:40. No niezły wynik.

Gdy zeszliśmy z Puchatka (jak kto woli trasy narciarskiej) pożegnałem Tomka, który ruszył szybciej a ja zacząłem truchtać. Na Śnieżnych Kotłach był jedyny limit czasowy, który wynosił 1:20. Teoretycznie tempo znane, ale czy zdołam się wyrobić? Pewnie tak, ale odrobina niepewności siedziała w głowie.

W plecaku targam bukłak, w nim 1,5 l wody, 6 żeli, 3 shoty magnezu, 2 bułki z miodem (jakbym miał dość żelu i potrzebował innego smaku), do tego cienka bluza i kurtka. Trochę to waży, ale jakoś nie przeszkadza.

Trasa wiedzie ciągle w górę, część da się biec, część idę bo na zimowej Ślęży nauczyłem się, że nie ma sensu tracić sił by zyskać parę sekund na podbiegu a tuż po nim stracić zaliczkę.

Szutrowo, miło, gęba uśmiechnięta. Robię sobie jakieś zdjęcie, jestem mokry i zgrzany jak cholera.

W okolicy 5 km, przy schronisku pod Łabskim Szczytem pierwszy punkt odżywczy. Biorę kubek zimnej wody (oj jak miło zimna), a po chwili zakręt w prawo i zaczyna się podejście. Idziemy. Pod nogami kamienie, w miarę płaskie. Stopień za stopniem. W górę i w górę.

Przede mną długa stonoga biegaczy. Nie widać końca podejścia, ale idę dziarsko. Czasem zerkam w lewo, widok na dolinę przepiękny, ale większość czasu patrzę pod nogi by nie fiknąć.

Wreszcie na górze, przede mną stacja przekaźnikowa na Śnieżnych Kotłach. Piękna! Kojarzę ją tylko ze zdjęć i z wielkiej odległości, gdy z Weroniką byliśmy na Szrenicy. Ten kawałek biegnę bo jest płasko. Przy Kotłach zatrzymuję się ze 3 razy i robię zdjęcia. Cudowny widok, szkoda, że nie ma czasu na rozkoszowanie się nim.


Trasa zaczyna iść w dół, kamienie wielkie i małe, niekoniecznie równe, trzeba patrzeć pod nogi. Kotły od tej strony nadal cudowne, wiem, że muszę tu wrócić na spokojnie. Trasa w dół, z lewej trochę stromo, patrzę pod nogi bo kto wie co może się stać przy upadku... Nie biegnę.

Było z górki? No to znów w górę. I znów idę. Takiego chodzenia i biegu na zmianę będzie sporo tego dnia. Jak się później okazało nawet na płaskich fragmentach ciężko było biec, bo szlak wybrukowano różnej wielkości kamieniami, diabelnie nierównymi. Gdzie się da tam próbuję biec, ale kilkanaście razy potykam się tak, że niemal upadam.
fot. maratonypolskie.pl
fot. maratonypolskie.pl
Parę razy zatrzymuję się i rozglądam. Idę lub biegnę w stronę Śnieżki. Po jakimś czasie wyłania się zza kolejnego wzniesienia. Oto królowa. Wyjmuję telefon, robię zdjęcie, wrzucam na fb i biegnę w jej stronę. Jest daleko. Przez chwilę zastanawiam się ile razy będę pytał jak daleko jeszcze.

Dotarłem nad Kocioł Wielkiego Stawu, po chwili Małego. Ależ to widok! Patrzę w stronę Samotni, szukam ogrodzenia, na którym niespełna dwa lata temu siedziała Weronika, a ja ją przytulałem. Zatrzymuję się, robię zdjęcie, pora biec dalej. Wyprzedza mnie Monika, przez chwilę myślę by do niej doskoczyć, ale odpuszczam.

Ludzie wokół się tasują, czasem ja kogoś wyprzedzam, czasem on się rewanżuje. Nie czuję presji czasu, średnie tempo spada.

Równina pod Śnieżką, kawałek, którym wracaliśmy ze Śnieżki.

Tym razem królowa jest dla mnie łaskawa, nad nią zero chmur. Kilkaset metrów przed punktem odżywczym przy Domu Śląskim rozmawiam z dziewczyną, opowiadam, że dwa lata temu ze szlaku nie było widać schroniska, zamiast niego była lekko żółta plama chmur i było widać krople wody lecące w bok. Na punkcie zjadam trochę słonych orzeszków, popijam i ruszam w górę zastanawiając się czy pójdziemy w prawo czy w lewo. W prawo ostro w górę, w lewo łagodnie. Okazuje się, że w prawo, ja się cieszę, idący obok zawodnik niezbyt.
fot. facebook.com/O-Biegaczach-dla-biegaczy

Stromizna jak diabli, a ja się cieszę... Tak. Dwa lata temu Weronika tędy wchodziła na Śnieżkę. Za rękę. Raz z Madzią, raz ze mną. Pod koniec siedząc na moich plecach gnaliśmy jak kozica wyprzedzając wszystkich w  najlepsze. A teraz? Na plecach o niebo lżej, żadne ręce nie cisnęły mi na krtań, a szło się o wiele trudniej. Nie, nie dlatego, że szedłem sam. Młoda ciągle łaziła mi w głowie. Najbanalniej, wówczas zdobywanie Śnieżki zaczęliśmy od wyciągu na Kopie, a teraz miałem w nogach 22 km. Ale napieram pod górę i to całkiem nieźle. Wreszcie jest. Królowa zdobyta, zerkam wokół, ale przez chwilę. Zatrzymuję się przy schodkach, jakiś zawodnik masuje nogę. Skurcz. Pytam czy ma magnez. Nie ma, więc oddaję mu swój. Zostanę z jednym, jeden wypiłem ok. 18 km. Musi mi wystarczyć do końca, wypiję ok. 35 km. Proszę jego kolegę o zrobienie mi zdjęcia i ruszam dalej.



Na Śnieżce panuje lekki chaos informacyjny, nie znalazłem tablicy kierunkowej, ale domyślam się, w którą stronę się udać. Zaczyna się zejście, początek zbiegam, ale szybko odpuszczam. Nogi zaczynają boleć. Poczekam na płaski odcinek. Docieram pod schronisko, jeść nie będę, uzupełnię tylko wodę w bukłaku, bo piję co chwilę. Jest ciepło, słońce grzeje, na szczęście łagodzi je wiatr.

Bukłak zalany, mam biec dalej, ale widzę przy stoliku pracujących goprowców i ryczącą dziewczynę. Opatrują jej kolano i tłumaczą, że powinna zrezygnować z biegu, bo krew nadal leci, rana wygląda na głęboką i nie wiadomo co sobie uszkodziła.
Ryczy. Tłumaczą, że za rok może wystartować jeszcze raz. Wtóruje im parę osób, Karolina daje się przekonać i oznajmia, że jednak odpuszcza.

Ruszam, kilka kroków i biegnę. Tu da się biec, dalej będzie gorzej, znów te cholerne kamloty i walka o to by nie upaść. Tym razem słońce grzeje dużo mocniej bo wiatr wieje w plecy i nie chce chłodzić. Biegnę z jakimś chłopakiem, trochę rozmawiamy, zastanawiam się jak daleko do małego źródełka, które będzie spływać do Małego czy Dużego Stawu. Marzę o tym by ochlapać twarz i zmoczyć czapkę. Wreszcie jest. Po drodze znów zerknąłem na Samotnię...

W głowę chłodniej, bieg trwa dalej. Po zejściu ze Śnieżki słyszałem, że w ciągu godziny ma nadejść załamanie pogody. Faktycznie przed nami chmury robią się nieprzyjemne. Dopadnie nas na ostro czy może tylko liźnie? Zobaczymy. W okolicy 31 km biegnę z Martą, trochę rozmawiamy, jest sympatycznie, zbiegamy (a właściwie schodzimy po kamlotach) w stronę Przełęczy Karkonoskiej, będzie tam kolejny punkt odżywczy. Ostatnie metry przed nim to asfalt więc biegnie się przyjemnie i można spokojnie pogadać. Martwi się nadciągającą burzą, ma nadzieję, że nas nie dopadnie bo się boi burz. Punkt żywieniowy zaliczony, ruszam w stronę pobliskiej budowy, wiatr zaczyna mocno wiać. Po jakimś czasie spadają pierwsze krople deszczu. Biegnę i zastanawiam się czy już wyjąć kurtkę. Przez chwilę słuchałem piosenki, ale wyłączam telefon i ukrywam go w woreczku strunowym. Na podejściu decyduję się zdjąć plecak i wyjąć kurtkę. Oj będę musiał poszarpać się z zamkiem, co mi się nie uśmiecha, a tu niespodzianka, dziwnym trafem przed złożeniem nie zapiąłem kurtki. Zakładam ją na siebie i idę pod górę. Deszcz zaczyna nieco mocniej padać, kurta rozpięta bo jest mi gorąco, ale rękawy szybko przyklejają się do mokrych rąk. Na to deszcz, wiatr i w ręce robi się zimno. Zastanawiam się czy nie wyjąć bluzy, ale odpuszcza, bo w klatkę piersiową jest mi diabelnie gorąco.

Wędrujemy kamlotami, ktoś pomaga sobie kijkami, ktoś inny tak jak ja idzie bez. Pod górę idzie mi się dobrze, czasem kogoś wyprzedzam. Cisza. Wiatr,  krople deszczu i tupanie butów. Nikt nic nie mówi. Milczący pochód. Nachodzi mnie myśl - pochód zombie. Tak to będzie wyglądać. Jak nie będzie się zmęczonym to im uciekniemy.

Podobnie sprawa się ma na zejściu, a po chwili podejściu na Śnieżne Kotły. Jak już się tam wgramoliłem i zrobiło się w miarę płasko zacząłem biec. Tempo bez szału, ale biegnę. Okrążam Kotły (faktycznie trzeba tu wrócić), skręcamy w prawo i zaczyna się zbieg w stronę schroniska pod Łabskim Szczytem. Pomyślałem sobie, że przebiegnę do 41 km i przejdę do marszu, bo niepewnie czuję się biegnąc po kamieniach. No to biegnę, tempo odcinka ok. 7 min/km. Kiedy będzie 41 km, patrzę na zegarek, jeszcze 450 metrów. Kurde! Biegnę, boli. Jeszcze 250 metrów. Niech już kur... skończy się ten kilometr!! 150 metrów. Jasna cholera! 90 metrów. Nogi palą, kiedy wreszcie?! Palą!

Już.

Idę. Nogi bolą jak diabli (choć lepiej pasowałby tu wyraz na "sk", bo tak akurat  myślałem). Idę z trudem, im dalej, tym gorzej. Przeklinam każdy stopień, który jest przede mną. Pokonuję je z trudem, zatrzymuję się na chwilę raz, drugi, jestem wyprzedzany, wreszcie postanawiam sobie, że kolejne zatrzymanie będzie dopiero na punkcie odżywczym poniżej schroniska. Widzę je lekko z prawej, a szlak wiedzie bardziej w lewo niż w  prawo. Jaki to kawał! Zaciskam zęby, robię wszystko by się nie zatrzymać. Chwilami, gdy są, podpieram się o barierki.

Zakręt w prawo, w lewo, łukiem w dół, słyszę dopingujących kibiców czy turystów. Biją brawo, pokrzykują a ja kuśtykam w najlepsze i szukam jak najniższych stopni. Dopingują, mówią, że zaraz skończą się kamienie. Mam ochotę im... Pytam czy koniecznie powinienem powiedzieć to co myślę. Odpowiadają, że nie. Ufff. I wreszcie punkt odżywczy. Zatrzymuję się, coś popijam i chyba zjadam. Wygrzebuję telefon, nagrywam krótki film

a po chwili włączam piosenkę. Mam tę moc. Prawdę mówiąc nie mam jej od 2 kilometrów, ale trzeba dodać sobie jakoś sił. Słuchawki w uszak i wędruję w dół, jak dla mnie, mimo, że szutrowo, nadal jest zbyt stromo.

Zaczynam biec, ale wolno i z bólem, miejscami nogi próbują uciekać na piachu. Zdjąłem kurtkę, czapkę i okulary, wrzuciłem do plecaka, zrobiło się ciepło. Mam tę moc. Podśpiewuję trochę. Mignął mi biały kamień. Dla Weroniki byłby to pewnie kryształ. Cofam się o 5 kroków, biorę go i biegnę dalej. Dostanie go po powrocie. Biegnę, słucham, ktoś mnie dogania i pyta co się dzieje, czy nic mi nie jest. To Bartek, czyta mojego bloga. Nic, boli, walczę, mam dość. Dołącza się i biegniemy razem, rozmawiamy.

Mówi, że zobaczył znajomy plecak i znajomą łysą głowę, zdziwił się, że mnie dogonił, zdaje się, że myślał, że jestem już na mecie. A ja w trasie. Biegniemy, słuchawki wyjęte z uszu, mam kompana. Jak robi się zbyt stromo przechodzimy do marszu.

42 km zrobiłem aż w 15 minut, 43 w niemal 12, z Bartkiem tempo wzrosło 7:17, później 6:18, gdy skręciliśmy na Puchatka przeszliśmy do marszu. Nogi bolą, wiem, że zmieścimy się w limicie, a jutro obaj biegniemy półmaraton. Nie ma się co zarzynać. Ktoś nam robi zdjęcia i pyta dlaczego nie biegniemy, że to już blisko. Wiemy, ale chrzanić to. 600 m przed metą ruszamy. Biegniemy. Jakoś nie mam siły się cieszyć, że to już. Wiem, że przebiegłem, ale szału nie ma. 100 m do mety, Madzia krzyczy, dopinguje, dołącza do mnie. Chwyciła mnie za rękę, ciągnie a dla mnie jest zbyt szybko. Hamuję ją, dobiegamy do zakrętu i zostaje ostatnie kilkadziesiąt metrów małego podbiegu, proszę, żeby mnie puściła bo muszę mocniej machnąć rękoma by dać radę biec, chwycimy się tuż przed metą.

Jest. Z tego wszystkiego nie zatrzymałem zegarka. Nie mam siły. Jeszcze zdjęcia. Z smsa wiem, że przebiegłem w 7:35, chciałem zmieścić się w 7 godzin, ale to nic. Grunt, że w limicie. Obym pozbierał się do niedzielnego półmaratonu.


Za mną (wg zegarka) 56,4 km, oficjalnie 300 metrów więcej. W górę 2150 metrów i tyle samo w dół. Mój najdłuższy i najtrudniejszy bieg. Tak. Byłem zmaltretowany. Do tego stopnia, że nie miałem siły się cieszyć. A w sumie 40 km było bardzo fajne i tylko końcówka mnie sponiewierała.

Wciągam porcję makaronu, odpuszczam oglądanie dekoracji (Ania przybiegła pierwsza!) i czekam na masaż. Trafiam do Malwiny, proszę o wymasowanie czworogłowych ud. Dziwne, masaż może nie boleć. I całe szczęście bo po masakrze na zejściu ze Śnieżnych Kotłów chyba bym nie przeżył mocnego masażu. Dziewczyna się przyłożyła fest, z czystym sumieniem ją polecam tym, którzy szukają fizjoterapeuty we Wrocławiu.

Po masażu zeszliśmy z Madzią do pobliskiej knajpy na spagetti. Dobre, całkiem solidna porcja. Po zjedzeniu ruszyliśmy na kwaterę. Tam wieczorem ugotowałem kolejny makaron i z przyjemnością zjadłem dwie porcje. Nie ma co ukrywać, parę kalorii spaliłem, a jakoś trzeba (choć trochę) odbudować glikogen.

Nocka była ciężka, budziłem się przynajmniej kilkanaście razy, mimo, że przed snem połknąłem nurofen. Koniec końców udało mi się dospać w ratach do okolic siódmej rano. Nie pozostało nic innego jak zwlec się z łóżka i zacząć się szykować do półmaratonu. Powiem szczerze. Przez chwilę zastanawiałem się czy dam radę wystartować.

Gdy w głowie zaświtał mi Maraton Karkonoski próbowałem znaleźć jakieś informacje o trasie. Niby wszystko jasne. Start tu, półmetek tam, meta w miejscu startu. O nawierzchni informacji nie znalazłem. Czy by mi to pomogło? Nie wiem, ale napiszę co o niej myślę.
Nawierzchnia jest różnorodna. Początek trawiasty, jeśli jest sucho nie przysparza problemów (mnie ominął na nim deszcz więc nie narzekałem). Do pierwszego punktu żywieniowego (ok. 5 km) nawierzchnia szutrowa, kawałki pod które da się biec i odcinki o sporym nachyleniu. Jak dla mnie pod górę nie stwarzały problemów.
Od schroniska pod Łabskim Szczytem pojawia się kamienna "ekspresówka". Sporo stopni, zwłaszcza w pierwszym odcinku. Kamienie stosunkowo duże, w miarę płaskie. Odcinek przy Śnieżnych Kotłach oraz w dół od nich również duże kamienie. Jak dla mnie najgorszy odcinek zaczął się chyba ok. 14 km i kończył się za kotłem Małego Stawu. Trakt "brukowany" małymi, nierównymi kamieniami. Bieganie tam to spore wyzwanie i nieźle mnie zmaltretowało, zwłaszcza w powrotnej drodze.

Jakie założyć buty? Ktoś mi kiedyś pisał, że wystarczą szosówki. Nie zdecydowałbym się. Wziąłem trailowe adidas response boost i uważam to za dobry wybór. Fakt, mam pęcherze na paluchach, ale to raczej kwestia eksperymentu z nowymi skarpetkami (biegłem w nich drugi raz).

Jak dla mnie Maraton Karkonoski jest trudny, po 30, a zwłaszcza po 40 km (gdy miałem wielkie problemy z udami przy zejściu do schroniska pod Łabskim Szczytem) i w sumie poniżej schroniska też ciężko mi się było poruszać na bardziej stromych odcinkach. Nie zmienia to faktu, że bieg ma coś w sobie, choć o podziwianie widoków ciężko, bo trzeba patrzeć pod nogi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...