04 lipca 2016

20 stopni do życiówki

Półmaraton w Unisławiu jest dla mnie (podobnie jak dla Kasjera) kultowy. Płasko, płasko, na 10 km ostro w dół, od 11 km niby płasko, ale trasa jakoś się wznosi by na deser strzelić ostrym podbiegiem. Startowałem tam dwa razy, w tym roku odpuściłem połówkę i wybrałem się na towarzyszącą półmaratonowi dyszkę. Powód był banalny, nie chciałem się zarżnąć przed czekającymi mnie za tydzień Maratonem i Półmaratonem Karkonoskim.

Pojechaliśmy. Dzień przed na profilu grupy Run Bydgoszcz Natalia rzuciła hasło, że ma wolne 4 miejsca w samochodzie. Odpowiedziałem, że u nas są dwa i tak od słowa do słowa dogadaliśmy się, że jedzie z nami. Do kompletu dołączył jeszcze Dawid. Droga niemal bez historii nie licząc biegowych pogaduszek i przejechania przez Unisław. Gdzieś mi umknęły okolice startu, ale spoko, zdołaliśmy je znaleźć a przy okazji zobaczyć trasę od 8 kilometra.

Od długiego czasu miałem ochotę powalczyć o życiówkę. W sumie obecne 42:44 jest niczego sobie, ale takie 42:30 byłoby ładniejsze, w końcu życiówka to życiówka. Ochota ochotą a temperatura temperaturą. Grzało jak skurczybyk, o godzinie 9 unisławski termometr pokazywał 29 stopni.

Staliśmy przed stalą gimnastyczną i gadaliśmy. Asia, Tomek, Grzesiu... co chwila ktoś się pojawiał. Okazuje się, że z biegowego światka znamy sporo ludzi, sporo zna nas (choć nie zawsze my ich kojarzymy). Sympatycznie.
fot. Marek Gesing


Porozmawiałem chwilę z Anią Arseniuk, poradziłem się czy warto brać kijki na Karkonosza i wreszcie ruszyłem na rozgrzewkę. Powiem szczerze, że przy takim upale wystarczyłoby pewnie wyjść na chwilę z cienia i cielsko zgrzałoby się w najlepsze.

Przebiegłem niecały kilometr i postanowiłem skorzystać z kurtyny wodnej rozstawionej w pobliżu mety. Na nasze szczęście organizator zapewnił sporą ilość wody do schłodzenia. Zacząłem od namoczenia czapki i tak mi się spodobał ten chłód, że stałem tam w najlepsze i namaczałem się kompletnie.

Upał jak diabli. Wróciłem pod salę, chwilę porozmawialiśmy i po wystrzale armatnim oznajmiającym honorowy start udaliśmy się na miejsce przyszłej kaźni.

Zarzuciłem pomysł walki o życiówkę. Było o 20 stopni za ciepło. Czekając na wystrzał startera zażartowałem do Natalii żeby ustawiła się w pierwszej linii i ku mojemu zdziwieniu tak zrobiła. Zażartowałem też, że zajedziemy Martę Szenk, ale nie dalej jak do odległej o ok. 200 m od nas linii, na której będzie meta.

Chwila czekania i wreszcie start. Jakoś tak wyszło, że ruszyłem ostro, zegarek pokazywał grubo poniżej 4:30. Niby ciepło, a mi nieźle się biegło i pierwszy kilometr zrobiłem w 4:13. Tempo na życiówkę. Z 15 metrów przede mną gnała Natalia, przez chwilę zastanawiałem się czy nie przyspieszyć i nie doskoczyć do niej, ale odpuściłem.

Na drugim kilometrze zaczęły się odzywać mięśnie piszczelowe, najbardziej doskwierał w prawej nodze, ale i w lewej było dziada czuć. Zwolniłem i wyszło mi 4:30. Trzeci kilometr i ból nie odpuszcza. Biegnę, wiem, że muszę to przetrwać bo powinno przejść, ale jak nie przechodziło tak nie przechodziło. Znów zwolniłem i to znacznie, trzeci kilometr w 4:47. Postanowiłem, że jeśli nie przejdzie mi do 3,5 km to zatrzymam się i porządnie przycisnę bolące miejsca, po 200 metrach jednak odpuściłem i stanąłem na poboczu pchając kciuki w okolice piszczeli.

Czas leci, ja stoję zgięty w pół. Gdy ruszyłem zegarek pokazywał tempo 7:15, po chwili wzrosło i 4 km zrobiłem w 5:53. Gorąco. Na początku piątego km punkt z wodą wystawiony przez mieszkańców, wcześniej była kurtyna, z której oczywiście skorzystałem. Kilkaset metrów dalej kolejny punkt, tym razem wystawiony przez organizatora i do tego kurtyna. Znów się zatrzymałem by porządnie się schłodzić.  Oj nie był to dzień na szybkie bieganie. Czasy wynosiły powyżej 5 min/km. Od siódmego kilometra jakbym się rozgrzał, tempo zaczęło rosnąć, początkowo w okolice 4:50, a 9 i 10 w 4:30, zanim do nich dotarłem był jednak 8 km.

Biegnę, co jakiś czas poklepuję tych, którzy nie mają siły, widzę przed sobą dziewczynę uciekającą z ulicy na pobocze by zaznać trochę cienia, żartuję mówiąc "co, cienia się zachciało, trzeba było siedzieć w domu" Nie zrozumiała żartu. Biegnie mi się fajnie, co chwila kogoś wyprzedzam, w okolicy 8 m widzę policyjny motocykl i zdaje się, że ktoś za nim leży. Dobiegam, patrzę, faktycznie. Natalia. Chyba przeszarżowała. Szybka myśl by się zatrzymać, ale obok jest już jeden biegacz unoszący jej nogi do góry, policjant wzywa pomoc. Stwierdzam, że nic tu po mnie i biegnę dalej. Nie jest źle, to pierwsza ofiara pogody.
fot. Jan Chmielewski

9,5 km i skręcam w lewo, odcinek doskonale znany z półmaratonu. Jeszcze tylko jeden zakręt w lewo i łukiem w prawo do mety. Patrzę na czas, stwierdzam, ze są szanse na zejście poniżej 49 minut. Przyspieszam, przyspieszam, meta, zatrzymuję zegarek 49:00. Oficjalny czas netto 48:55. Ładnie jak na te warunki i problemy z mięśniami piszczelowymi. Gdyby nie zatrzymanie byłoby o ok. 1 minutę szybciej, ale nie narzekam. Wiem jedno - to był bieg o przetrwanie a nie o wynik.

Napiłem się, popatrzyłem co się dzieje i ruszyłem na grochówkę. Po drodze powiedziałem jednej dziewczynie by nie siadała a trochę pochodziła. Kawałek dalej klepnąłem starszego od siebie zawodnika, który już siedział na trawie i powiedziałem żeby poszedł na jedzenie. I tak się wspólnie wybraliśmy. Kategoria M50, życiówka na dyche w okolicach 44 minut. Niezły!

Po zupie poszedłem na metę oczekiwać na Madzię, jak się okazało dobiegła w 1:07, a po drodze widziała leżącą Natalię. W międzyczasie pojawił się Paweł i Iza, pogadaliśmy chwilę i wreszcie na metę dotarła zamykająca stawkę Ewa. Na Unisław nie narzeka bo nikt tu nie marudzi i nie pogania tych, którzy biegną na końcu.

Jakoś mi tęskno za półmaratonem. Ruszyłem zobaczyć jak ludzie walczą z podbiegiem. Jak się okazało w samą porę bo w połowie ostatniej prostej wypatrzyłem idącego Grzesia. Pokrzyczałem, pokrzyczałem dołączyłem do niego. Grzesiu po drodze dziękował mieszkańcom, którzy wystawili wąż z wodą i kubki. Na górce zaczęliśmy biec, wyjąłem telefon by nagrać ten fragment. Nagrywałem jeszcze samo wbiegnięcie na metę i radość Grzesia, że przeżył. Wbiegał jak gwiazda, miałem wrażenie, że wszyscy go znają. W sumie nic dziwnego. Sympatyczny, biegający w różnych miejscach, blogujący a do tego fotografujący tam gdzie nie biegnie.
fot. Jan Chmmielewski
fot. Marek Gesing

Zostajemy na losowaniu, a w głowie kotłuje się pomysł by pojechać do Rościmina i wystartować w przełajowej piątce. Niestety nie zdążyliśmy. Nagrody też nam się nie trafiły.

20 stopni za ciepło, w czasie biegu było ok. 34, miejscami powietrze stało na asfalcie i nie było czym oddychać. Całe szczęście organizatorzy przewidzieli sporą liczbę kurtyn zarówno dla dziesiątki jak i półmaratonu. Do tego dołączyli się mieszkańcy więc obyło się bez dużej liczby  interwencji medycznych. 

1 komentarz:

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...