26 czerwca 2016

Życiowe 5 kilometrów

Dni 17-19 czerwca to Korespondencyjny Bieg dla Karolinki. Przy jego okazji planowałem wystartować w Biegu na Miedzyniu, na jakże nielubianym przeze mnie dystansie 5 km. Planowałem powalczyć o życiówkę. Jadąc do Bydgoszczy czułem lekki stres, pomyślałem, że to dobry prognostyk, ale im bliżej startu tym mniej stresu a więcej lekkiego bólu brzucha. Nie był dramatyczny, ale dawał do myślenia co z życiówki wyjdzie.

Na miejscu spotkaliśmy się z Anką i Justyną, odebraliśmy pakiety (w nich m.in. paczka makaronu i drzewko - tuje oddaliśmy Ance, niech rosną w najlepsze). Podobnie jak w Niemczu biegowy towarzyszył festyn, więc kręciło się sporo ludzi.

Niby było ciepło, a niby nie. Wszystko za sprawą wieczornego i nocnego deszczu oraz chmur, które co chwilę zasłaniały słońce. Zrobiłem rozgrzewkę, nie było szału, ale też nie było powodu by odpuścić w biegu. Gdy padł strzał pognałem co sił. Tempo w okolicy 4:00 bolało od pierwszych metrów. Początek drogami utwardzonymi, po krótkim czasie skręciliśmy w las, a tam piach. Miękko, nawet bardzo. Prawdę mówiąc jakbym miał porównać trasę na Miedzyniu z bydgoską City Trail powiedziałbym, że City ma trasę twardą niczym asfalt. Na Miedzyniu było parszywie miękko. Pierwszy kilometr zrobiłem w 4:03, więc ok. 5 sekund wolniej niż powinienem, ale miałem nadzieję, że zdołam to nadrobić.
fot. Aldona Rybka


Nogi bolą, biegnę, miękko, kałuża przez całą szerokość drogi więc przeciskamy się wąską ścieżką obok. Nie czuję komfortu, ba, czuję, że nogi palą jak diabli. Już wiem, że odzywają się treningi z wtorku, gdy pogoniłem ok. 4 km po górkach (może niezbyt wysokich, ale jednak) i czwartku gdy w gorączce walczyłem z tempem progowym, które zmarnowało mnie do tego stopnia, że odpuściłem połowę kończącego trening biegu spokojnego (a robiąc 1,6 km po każdym okrążeniu bieżni kwitowałem kilkudziesięcioma sekundami odsiadki).

Przebiegłem przez błoto i buty zrobiły się ze trzy razy cięższe, nic to, walczę, ale tempo spadło w okolice 4:12. W głowie pierwsza myśl by odpuścić, na szczęście zdołałem ją odgonić. Ok. 1,8 km kolejna kałuża, za nią błoto, buty znów ciężkie. I znów myśl, że nie mam siły, że życiówka nie dziś, nie na tej trasie. Odgoniłem ją na kilka sekund i jednak spasowałem. Drugi kilometr wyszedł w 4:20. Trzeci i czwarty biegłem parę kroków przed chłopakami z Brzozy, jeden zajęczył drugiemu. Biegnę i męczę tempem 4:38. Makabra, bo mam problemy by utrzymać tempo maratońskie! Jest ciepło, ale do przeżycia.

Męczę, ok. 3,5 km wyprzedził mnie Damian, przez chwilę pomyślałem by dołączyć do niego, ale stwierdziłem, że to bez sensu. Po 4 km wyprzedził mnie brzozowy zając, zostawił kolegę i sam pognał do mety. Po chwili usłyszałem za sobą ciężki oddech, odwróciłem się, zobaczyłem jakąś dziewczynę walczącą o czas. Zacząłem ją poganiać, dopingować i widać przyniosło to efekt, trzymała się 3-4 kroki za mną.

Wreszcie ulica i kostka brukowa, na krzyżówce widzę dentystkę, której mąż i córka też startują. Krzyczy, że musi zdążyć zrobić mi zdjęcie, włącza telefon, biegnie by być przede mną więc włącza mi się mały figiel i przyciskam by jednak nie zdążyła.

Ostatni zakręt w lewo, zdjęcie, koleżanka za mną walczy więc pokrzykuję na nią, przedostatnia prosta, zakręt w prawo, 10 metrów i meta. Bez sensu, nie poszło mi kompletnie.
fot. Aldona Rybka

Na trasie została Madzia. Napiłem się i po chwili ruszyłem w jej stronę a tu niespodzianka, była tuż za rogiem, w połowie przedostatniej prostej to dołączyłem do niej, zacząłem pokrzykiwać, dopingować by wycisnęła ile się da. Wpadła na metę i szok, strzeliła życiówkę 27:31.
fot. Aldona Rybka

Anka z Justyną na spokojnie, liczyły, że na metę przybiegną jako ostatnie i dostaną za to puchar. Jak się okazało ktoś, kto biegł przed nimi gdy usłyszał taką zapowiedź spikera zwolnił a po chwili przeszedł do marszu. Oj wkurzyła się Anka, wkurzyła, w sumie niepotrzebnie, bo jak się po chwili okazało nie była to ostatnia zawodniczka. Stawkę zamknęło zabezpieczenie medyczne.
fot. Biegająca Rodzinka

Zostaliśmy na wręczeniu nagród. Miałem cichą nadzieję, że w klasyfikacji małżeństw dostaniemy jakiś puchar, zwłaszcza, że przewidziano nagrodzić aż 8 par.  I tak czytają, czytają, czekam aż wymienią Kasię z Kamilem, bo chyba powinni być za nami, a tu nic, miejsce szóste, piąte, to po ptokach, czwarte i my. Zajęliśmy czwarte miejsce. Super! Nasz pierwszy, wspólny puchar.  Fakt, zastanawiałem się ilu sekund zabrakło nam do trzeciego (miałem wizję, że pewnie 10), na szczęście okazało się, że pudło było poza naszym zasięgiem, straciliśmy prawie 5 minut.
fot. Aldona Rybka

Po dekoracji ruszyliśmy jeszcze pobiegać z Izą, Justyną i Krzyśkiem, dołożyliśmy mocne 12 km.
Tak oto dla Karolinki przebiegliśmy ładnych kilkadziesiąt kilometrów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...