26 czerwca 2016

Nerwy ze stali

Oj zrobiły mi się zaległości w pisaniu relacji. Nie powiem, trochę pochłonęły mnie sprawy związane z Korespondencyjnym Biegiem dla Karolinki, a dokładniej z robieniem medali. Po samym biegu robiłem tabelę z przebiegniętymi kilometrami i tak jakoś się stało, że dopiero siadam do opisania tego co w Niemczu (10 km), na Miedzyniu (5 km) i wczorajszym Unisławiu (tym razem 10 km).

W Niemczu pojawiłem się trzeci raz. Trasa doskonale znana, nieco upierdliwa bo tworzą ją trzy pętle po ok. 3,33 km. Plus jest taki, że punkt z wodą mija się rozpoczynając drugą i trzecią pętlę. Pojechałem tam z nastawieniem treningowym, do zrobienia było 12 km biegu spokojnego. Madzia nie wiedziała co pobiegnie (dlaczego mnie to nie dziwi?). W Niemczu tradycyjnie jest ciepło. Takie to uroki maja. I tradycyjnie po biegu jest festyn.
fot. Grzegorz Perlik



W ramach rozgrzewki, krótko przed startem pobiegłem brakujące 2 km, Madzia z Ewą trochę potruchtały i po krótkim czasie pojawiliśmy się na linii startu. Towarzystwo ruszyło jak szalone, a ja realizowałem spokojne 5:10 min/km. Szybko się jednak okazało, że coś jest nie tak. Nogi niosły, głowa mówiła "przyspiesz, przecież to zawody" więc zamiast 5:10 biegłem w okolicach 5:00.

Miałem nadzieję na parę fajnych zdjęć, bo Grzesiu pojawił się z aparatem, w rozmowie przed zawodami stwierdził, że lubi tu fotografować, bo zawodników ma przed obiektywem trzykrotnie i zawsze można coś fajnego ustrzelić. No to strzelał.
fot. Grzegorz Perlik

Biegnąc zastanawiałem się czy zostanę zdublowany. Nie robiło mi to jakoś różnicy, ale ciekaw byłem. Drepczę, niektórzy gnają, niektórzy zwalniają, ciągle kusi by pogonić, ale powstrzymuję się. Na nawrocie na ul. Olimpijczyków mam nadzieję spotkać Karolinę albo Sebastiana z dzieciakami Niestety w tym roku nie kibicują. Po nawrocie mijam Madzię, przybijamy piątkę i każdy tupta swoje. Pierwsza pętla za mną, kubek wody (podający go organizator jest bardzo przejęty, chce to zrobić jak najszybciej bym nie tracił czasu, a ja jestem wyluzowany) i biegnę dalej. Za mną 4 km a ja widzę biegnącą Ewę, nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie biegła pod prąd. Przegapiła namalowaną na ulicy strzałkę, zabezpieczający skrzyżowanie wolontariusze jakoś jej nie pokierowali i gdy ją zobaczyłem była ze 200 m od krzyżówki. Musiała wrócić.

No to biegnę, piątka z Madzią, Grześ przeniósł się w okolice szkoły. Tempo w okolicach 5:02, szybciej niż w planie, ale tętno poniżej 160 uderzeń. Jestem zdziwiony, że takie przy tym tempie. Kończę drugie kółko, za sobą słyszę głos spikera, który oznajmia, że zbliża się pierwszy zawodnik. Jednak nie zdążył mnie zdublować.
fot. Grzegorz Perlik

Trzecie okrążenie bez historii, znów piątka z Madzią, na Olimpijczyków mijam się z Mariuszem, dla żartu krzyczę do niego, że zesram się a nie dam zdublować. Grześ nadal robi zdjęcia koło szkoły, obok niego Sławek, który mnie dopinguje. Odpowiadam, że biegnę spokojnie bo robię trening, na co Grzesiu stwierdza, że mam nerwy ze stali, bo on by nie wytrzymał i pobiegł swoim tempem. Cóż. Biegnę, choć nie powiem, ostatni kilometr kusiło jak diabli by pobiec na maksa.

400 m przed metą dubluję Ewę. Na ostatniej prostej ktoś mnie wyprzedza więc zaczynam za nim gonić, wyprzedzam, ale on kontruje i na mecie jest przede mną.
fot. Grzegorz Perlik
fot. Grzegorz Perlik

Meta. Równiutkie 50:00

Idę na zupę, jest żurek, trochę tłusty, ale zjadam. Druga porcja zdaje się być jeszcze bardziej tłusta.

Madzia melduje się na mecie, z życiówką 1:02:59

Zostaliśmy na losowaniu. Tym razem szczęście uśmiechnęło się do Ewy, której trafił się plecak.

1 komentarz:

  1. Tomek nawet treningowym tempem jak biegniesz ciężko Cię zdublować :-)

    OdpowiedzUsuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...