11 czerwca 2016

Dwa starty jednego dnia.

Oszalałem, albo tak wyszło. Wyszło.
Jakiegoś dnia zapisałem się na półmaraton w Murowanej Goślinie o nader rozbudowanej nazwie: XXXV Gośliński Mały Maraton Weteranów. XX Mistrzostwa Polski Weteranów w Półmaratonie. Madzia też dała się namówić. 
Po paru dniach Jankes podesłał link to rejestracji na Bieg Przedsiębiorców w Bydgoszczy. Szybkie zerknięcie w listę startu i niewiele myśląc zapisałem nas, Ankę i Justynę, a to dlatego, że na wcześniejszy bieg organizowany przez Aktywną Bydgoszcz (czyli Bieg Urodzinowy) miejsca rozeszły się w try miga. 
fot. Anna Strojna

Coś mi nie dawało spokoju. Po chwili przypomniałem sobie, że tego samego dnia jest połówka w Murowanej. No to sprawdziłem jak wyglądają godziny startu i już wiedziałem, że da się połączyć obie imprezy. Połówka o 10, Przedsiębiorcy o 16. Wyjeżdżając z Murowanej o 13 spokojnie dotrze się na start. 

Na jakiś tydzień przed bydgoską dziesiątką Jankes zapytał mnie czy chciałbym być zającem, stwierdziłem, że na 60 minut mogę prowadzić. Zasugerował mi dobranie sobie kompana, więc rzuciłem hasło Justynie, a ta się zgodziła. Organizator biegu też przystał na propozycję i w ten oto sposób spadło na mnie brzemię ciągnięcia grupy godzinołamaczy i pewna obawa czy po półmaratonie dam radę. 

Sobotniego ranka zameldowaliśmy się w Wielkopolsce, szybko odebraliśmy pakiety i... poczułem się dziwnie. Zażartowałem sobie, że czuję się jak na oddziale geriatrycznym, bo odsetek siwych włosów był spory. Pogoda zapowiadała się  nieszczególnie. Co prawda prognozy mówiły o okolicach 24 stopni, ale na niebie szyderczo uśmiechało się do nas słońce.

Jaki miałem plan? Żadnego ścigania. Daniels na ten dzień przewidział coś idealnego: 4,6 km biegu spokojnego i 16 km tempa maratońskiego. Bieg spokojny postanowiłem rozciągnąć do ok. 5 km, a przed nim nie robić żadnej rozgrzewki. Prognozowany czas to 1:42, oczywiście o ile pozwoli na to słońce, bo nie miałem zamiaru ryzykować (w głowie cały czas dzwonił Bieg Przedsiębiorców).

Orkiestra dęta zaprowadziła nas w okolice startu, poczekałem chwilę z Madzią i stwierdziłem, że nadeszła pora na kolejne nawiedzenie kibelka. Kolejka do toi toia spora, podreptałem poszukać krzaczków, ale do tych droga była nieźle zarośnięta trawą. Jako, że miałem już spotkania z kleszczami postanowiłem wrócić pod plastikową budę i grzecznie czekać w kolejce. No, prawie grzecznie, bo poprzednikowi waliłem w drzwi krzycząc "otwierać, komornik".

Do startu pozostało 5 minut, stanąłem w cieniu, włączyłem sobie Mam tę moc i po pierwszym refrenie usłyszałem nagle odliczanie. Coś się towarzystwo pospieszyło i wystartowało zawodników 3 minuty wcześniej. No to podreptałem w stronę bramy startowej i na 5 kroków przed postanowiłem przejść do biegu.

Pierwsze 5 km miało być wolne, w okolicach 5:40 min/km. Ruszyłem, gdzieś na początku mijałem dwoje dzieci z rodzicami, wystawiłem rękę, powiedziałem "przybij piątkę księżniczko", oczywiście przybiła i za sobą usłyszałem radosne "mamo udało się". Pobiegłem dalej, wyprzedziłem parę osób, dogoniłem Madzię i tak sobie przebierałem nogami zastanawiając się co pokaże nam słońce. A to grzało w najlepsze. 

W okolicy 2-3 km dogoniłem jakąś dziewczynę, biegła równo, to się podczepiłem. Tempo wzrosło, chwilami średnie wynosiło 5:24 więc głowa powtarzała by nie szaleć. 
fot. Sławomir Despero
Trasa urozmaicona, dwie pętle po 10,54 km. Trochę pod górkę, trochę z górki, zakręty, cień, słońce. Kurtyny wodne, gąbki z wodą. Wszystko przygotowane elegancko. Z kurtyn korzystałem do woli, przy każdej okazji moczyłem gąbkę i oblewałem z niej koszulkę.

Ciepło, ale od 3 km pojawił się cień, więc nie było na co narzekać. Tuż przed nawrotem jedna myśl, teraz nie będzie opieprzania, zobaczymy czy zdołam pociągnąć tempem w okolicach 4:40 min/km. Początek wolny, ale z czasem zacząłem przyspieszać. Jako, że zaprogramowałem zegarek na dwa etapy: 5 i 16 km pokazywał mi średnie tempo każdego z nich, a nie odliczał poszczególnych kilometrów. To całkiem ciekawe doświadczenie - biec i nie patrzeć na przybywające na liczniku kilometry a odliczać ile zostało do końca. 

Tempo wzrosło do okolic 4:42 i biegłem tak długo. Po ok. godzinie od startu wciągnąłem żel, w międzyczasie ze dwa razy minąłem się z Madzią. Biegłem i wyprzedzałem. Im dalej tym różnice w tempie między mną a wyprzedzanymi były większe. Czasem do kogoś zagadałem, zażartowałem, że gonię go od 16 czy 18 kilometrów i biegłem swoje ciągnąc bez większych problemów średnim tempem 4:40. 
fot. trenujmyrazem
Właśnie, w okolicach 18 km wyprzedziłem jakąś parę, gdy byłem ze 2 kroki przed nimi usłyszałem "świeżak" więc odparłem, że dziś robię trening tempem maratońskim. 

Kurtyny wodne to skarb, jedyna rzecz, której się obawiałem to zamoczenie telefonu, ale na szczęście nic mu się nie stało.
fot. półmaratonweteranów
Na 20 km wyprzedziły mnie 2 czy 3 osoby i to było wszystko od kilkunastu kilometrów. Nawet nie zamierzałem się z nimi ścigać. Wbieg na wiadukt i z góry było widać metę. Tupu tupu, nieco przyspieszyłem, jeszcze piąteczka z jakimś dzieckiem
i na mecie zameldowałem się z czasem 1:42:47

Podreptałem w stronę Madzi, poczekałem trochę na wiadukcie i wróciłem na metę. Gorąco było więc wciągnąłem ze 4 kubki izotoniku. 

Madzia pobiegła z głową, nie szarpała się, nie forsowała, gdy stwierdziła, że pogoda może jej zaszkodzić przeszła do marszu. Zameldowała się z czasem 2:31:36. W ogóle trzeba przyznać, że wiele osób było zmasakrowanych.

Poszliśmy na jedzenie, a tam kolejka długa jak diabli. Stwierdziłem, że sprawdzę czy jest sens czekać. Był sens. Zupa pomidorowa, makaron, sos i spora porcja gotowanej karkówki. W kolejce krótka wymiana zdań z dziewczyną stojącą za mną:
- Fajna córcia. Jest taka duża jak na zdjęciu?
- Tak.

Zastanawiało mnie czy nie wypatrzyła dat pod zdjęciem, ale postanowiłem nie wyprowadzać jej z błędu i nie wpędzić w zakłopotanie. W sumie nie skłamałem. 

Odpuściliśmy z Madzią jedzenie i ruszyliśmy do Bydgoszczy. Po drodze wciągnęliśmy colę i hot dogi. Oj szkoda tej karkówki, szkoda.




 
BYDGOSZCZ

W Bydgoszczy zgarnęliśmy Ankę, podjechaliśmy po Justynę i bez problemu dotarliśmy do Parku Przemysłowego. Na miejscu okazało się, że zające nie dostaną balonów a żarowiste koszulki z naklejonymi imionami i czasami, na które prowadzą. Przebraliśmy się, pogadaliśmy z paroma osobami i pora była stanąć w okolicy startu. Znów odpuściłem rozgrzewkę. Grupka chętnych na łamanie 60 minut była spora.



Start i poszliśmy. Jakoś nie mogłem się skoncentrować, ale nie szarpałem tempa. Biegnąc zagadywaliśmy nasze owieczki, co chwila Agnieszka dojeżdżała do nas rowerem i kibicowała. Było całkiem przyjemnie. Owieczek było więcej niż na festiwalu biegowym.Znacznik pierwszego kilometra wypadł na zegarkowych 1,03. Norma, utrzymywaliśmy tempo w okolicach 5:56. 
fot. wyborcza.pl
Od trzeciego kilometra odległości zaczęły się przestawiać. Tabliczki były kilkanaście, nawet kilkadziesiąt metrów wcześniej. Po 5 km wyszło, że biegniemy o 40 sekund za szybko więc zaczęliśmy gubić czas. Tempo spadło. Kilometry robiliśmy powyżej 6 minut o 6, 8, nawet 10 sekund a rezerwa czasu wcale się nie zmniejszała. 

Cały czas zastanawiałem się o ile poprzestawiane są tabliczki i czy powinienem się nimi sugerować. 

Na siódmym kilometrze lekki podbieg, po chwili skręciliśmy w drogę wiodącą do Exploseum i tam górka zrobiła się większa. Niestety zawodnicy zaczęli odpadać, ale było ich jeszcze kilku. Na 9 km zostały niedobitki, co chwila starałem się odwrócić i zachęcić do walki tych, którzy odpadli. 
fot. Jarosław Czaja
fot. Grzegorz Perlik
 Ostatni kilometr wzdłuż centrum dystrybucyjnego Lidla. Oj potężny budynek, za nim zakręt i ostatnia prosta przed nami. Biegniemy, biegniemy, patrzę na czas, kilkanaście metrów przed nami mata, kilkadziesiąt metrów dalej brama startowa. Cóż. Przestawili metę by zgadzały się kilometry. 

Mamy 20 sekund rezerwy więc zatrzymaliśmy się i poganiałem tych z tyłu. Wbiegliśmy na matę po upływie godziny i 1 sekundy. Drepczemy do ludzi, drepczemy, gadamy w najlepsze i nagle słyszymy spikera, który zapytał czy na metę wejdziemy czy może wbiegniemy. 
fot. Grzegorz Perlik
Kurde! Mata za nami nie była metą! No to włączyłem znów zegarek i dobiegliśmy. Pokazał 1:00:09, w rzeczywistości było to 1:00:32. Kurde, dałem się zrobić jak dziecko.

Poszliśmy na jedzenie. Dali koktajl i ciastka. Zdrowo, ekologicznie, nawet smacznie. 

Pozostało poczekać nam na Madzię i Ankę. Ania 1:07:38, Madzia 1:15:23. 
Jeszcze byłem grzeczny i wyplątałem Madzi czip.

fot. z sieci, nie pamiętam czyje
 Szaleństwo, dwa starty w jeden dzień, aż się boję kiedy przydarzą się trzy.

2 komentarze:

  1. Chciałbym wreszcie zacząć solidnie biegać, ale ciągle mam jakieś wymówki :( Może czytając Twojego bloga jakoś się zachęcę :) Nie są dla mnie ważne wyniki, ale fakt, że biegam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dominiku, najważniejsze to przetrwać pierwsze 2 tygodnie, później bieganie zaczyna wchodzić w krew. I marszobiegi na początek, bo nie ma sensu się zarzynać biegiem ciągłym :)
      Życzę powodzenia i wytrwałości. Pocieszę Cię, że mi też często się nie chce, ale zawsze stawiam sobie jakieś odległe cele startowe.

      Usuń

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...