03 maja 2016

I znów kilka minut.

Plan na ten rok był prosty. Maratony i niewiele więcej. No, jakieś małe biegi, ale bez szczególnego nastawienia. Życie pokazuje coś innego. Maratony są na liście, ale czas pomiędzy nimi zapełnia się kolejnymi startami. Dycha w Żninie była przedmaratońskim testem, sztafeta jubileuszowa w Bydgoszczy takim treningowym wyskokiem na 10-12 km, z którego zrobiły się 22 km. Po Orlenie miał być luz i oczekiwanie na Cracovię, ale jak zobaczyliśmy w sieci medal jaki będą wręczać na Run Toruń postanowiliśmy się pojawić na tym biegu.

Jeszcze w marcu zakładałem, że będzie to start czysto rekreacyjny. Biegać w tydzień po maratonie? Owszem, koło domu, wolno, mało, na przetarcie nóg. Im bliżej Torunia tym ciekawsze założenia. Ruszyliśmy tradycyjną ekipą. Madzia, Ania, Justyna i ja. Niezależnie od nas pojechała Ewa, dotarł także Michał, który wbrew "motywującym" komentarzom swojej małżonki wraca do biegania.

W przedstartowy czwartek wymyśliłem strategię biegu. Była banalnie prosta i banalnie krótka: "Zaczynam od 4:15 min/km, a po piątym kilometrze się zobaczy". Pomysł wariacki, ale dlaczego nie spróbować ataku na życiówkę?

Tego dnia w Toruniu odbywał się zlot fanów BMW. Oczywiście w okolicach startu biegu. Tłok, korek, udało się go jakoś ominąć i zaparkować w pobliżu. Ruszyliśmy po pakiety startowe, dziewczyny miały jeszcze w planie zakupy, ale jakoś niczego nie kupiły. Pochodziliśmy trochę, spotkaliśmy się z Ewą, Martą i Michałem. W okolicach godz. 11 zaczął mi się włączać przedstartowy stres. Ruszyłem się przebrać i na rozgrzewkę.

Na podwyższeniu spotkałem niezawodny duet Benek i Łukasz, zamieniłem kilka zdań z Mariuszem, później pogadałem z Anią Arseniuk i przyszła pora startu.

Słońce, wiatr, prognozy zapowiadały, że będzie w twarz. Jakoś tak wyszło, że ustawiłem się w strefie A, choć przede mną były balony na 40 minut. Ruszyliśmy. Biegnę lewą stroną, lekki zakręt w prawo, ostry w lewo. Tempo poniżej 4 minut. Daję zegarkowi chwilę czasu na oswojenie się z ruchem, sprawdzam i lekko zwalniam. Biegnę. Okolice 4:12 min/km. W nogach luz. Nadal nie mogę przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Zbiegliśmy w prawo, lekko z górki. Nie przyciskałem jakoś mocno, wyprzedziłem parę osób.
fot. przetartyszlak.pl

Trasa była kręta, z jedną agrafką i końcem na brukowanym starym mieście. Wszystko co najgorsze by bić życiówkę. Biegniemy przez park, mija pierwszy, drugi kilometr, zegarek pokazuje tempo w okolicach 4:11. Niezwykły to widok. W nogach luźno, aż się boję kiedy to się skończy. Punkt z kibicami, po chwili drugi - dzieciaki przebrane za anioły. Anioły... Przybijam piątkę, za chwilę pojawiam się na punkcie z wodą. Biorę łyk i gnam. Towarzystwo przeskakuje na chodnik by nie męczyć się na bruku. Robię to samo. 
fot. Sebastian Sierant

fot. Sebastian Sierant

Tempo chwilami spada, ale dociskam. Na ulicy Rybaki zaczyna iść lekko w górę, skręca w lewo w aleję 500-lecia Torunia i robi się nieco stromiej. Spoko, przebiegnę, spróbuję nie stracić za dużo. Znów zakręt w lewo, Mickiewicza nadal, lekko, ale jednak pod górę. Trzeci kilometr zegarek oznajmia równo z tablicą. Przedziwne na atestowanej trasie. 4:20, trochę wolniej.

Przede mną gna para. Są 3-5 metrów ode mnie. W głowie prosta myśl, trzymać się ich najdłużej jak się da. Wreszcie postanawiam docisnąć i dojść do nich. Gdy się zrównaliśmy rzucam krótkie "Zajedziecie mnie dzisiaj." Po 10 metrach okazuje się, że zostają za mną.

Czwarty kilometr 4:16. Piąty 4:10. Szok. Na szóstym powtórka punktu z wodą, chwilę wcześniej przybijam piątkę najmłodszemu aniołowi. Moc jest ze mną. 4:12. Patrzę na średnie tempo całości. 6 km za mną a zegarek pokazuje niewyobrażalne 4:14. W głowie pojawia się pytanie czy dam radę. Nogi już bolą. Czy dam radę? Znajduję prostą odpowiedź. Zostały tylko 4 km. Z dużo większym bólem nóg na maratonie pokonałeś 12 km.

Tasuję się z zawodnikiem na handbikeu. Na płaskim i z góry mnie wyprzedza, pod górę to ja jestem szybszy. Podziwiam go, bo słońce grzeje, a on w czarnym, strażackim mundurze. Kurde. Znów będzie podbieg na al. 500-lecia. Ale nie, trasa idzie prosto Bulwarem Filadelfijskim. Pod górkę tylko trochę, później lekko z góry. Niewiele widzę wokół. Jestem skoncentrowany na utrzymaniu rytmu i prędkości. Mijam tych, którzy za sobą mają agrafkę. Oj, będzie pod górę. I zaczyna się. Podbieg wzdłuż murów starego miasta. W górę, w górę. Zwalniam, ale cisnę ile się da. 9 km w 4:22.
fot. Jan Chmielewski

Skręcamy w prawo w bramę, super. Będzie prosto. Ale nie! Z przerażeniem widzę obsługę kierującą nas w lewo ul. Pod Krzywą Wieżą. Bruk jak jasna cholera. Wielkie kamienie. Przeskakujemy pod budynki, jest nieco równiej. Nadal pod górę. Walczę z kamieniami i tempem. Trasa odkręca w prawo, w głowie krótka myśl, że gdzieś tu ma swoją siedzibę Klub Wysokogórski. Znów zakręt w prawo, przez bramę i będzie prosto.

Prosto. Pod nogami większe, płaskie kamienie. Nie ma wzniesienia. Można próbować odrobić stracony czas. Tłumy kibiców, wbiegam w Szeroką, myślę, że gdzieś musiałem minąć pomnik Kopernika. Tu już nie ma zmiłuj, sprawdzam co dadzą radę wyciągnąć nogi. Mocny, długi krok, jest szybko. Zaczynam się ścigać z innymi zawodnikami, to zawsze umożliwia urwanie paru sekund. Słyszę krzyk Marty, dodaje mi skrzydeł. Widzę metę więc nie ma litości dla nóg, serca i płuc.
fot. Sebastian Sierant

Podnoszę prawą rękę, po paru krokach wbiegam na metę, zatrzymuję zegarek i jestem w szoku. 42:44. Czas marzenie. Szóstego dnia po maratonie. 42 zaczyna wyglądać.
fot. maratonypolskie.pl

W miarę szybko dochodzę do siebie, wypijam wodę i idę na trasę kibicować. Krzyczę, krzyczę, każę przyspieszać, biec w trupa. W końcu to ostatnie 70 metrów. Ktoś robi mi serię zdjęć. Miga mi Kasia. Nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Nie widzę Justyny, ale włączam aparat w telefonie. Za późno. Ustrzeliłem bruk. Idę do dziewczyn, rozmawiamy, czekamy na Ankę, Madzię i Ewę.

Madzia tym razem na luźno, do towarzystwa Ewie, która żałowała, że zapisała się na dychę zamiast piątkę.
fot. przetartyszlak.pl
Koniec końców znajdujemy się z Madzią, zjadamy to co było w pakiecie na mecie (bułka z serem i ciastko, jabłko odpuściłem) i ruszamy spacerem do samochodu.

Po drodze obtrąbiono nas, okazało się, że to Grzesiu mknął swoim autem. Grzesiu. Gdy widzieliśmy się przed startem oznajmił, że biegnie na spokojnie, bo na ten weekend ma intensywne plany biegowe, m.in. następnego dnia półmaraton w Kołobrzegu. Owo na spokojnie to okolice 52 minut.

Kwiecień zakończyłem z niezbyt dużym kilometrażem (229), za to z trzema życiówkami:
10 km - 44:19 w Żninie
maraton - 3:27:38 w Warszawie
10 km - 42:44 w Toruniu

Trening wg Danielsa przynosi efekty. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi koncepcja biegów tempem progowym i maratońskim od koncepcji Skarzyńskiego, którą wałkowałem przez dwa sezony.

Przede mną tydzień laby startowej,  15 maja kolejny maraton, a po nim trzeba będzie zacząć przygotowania do Maratonu Warszawskiego. Plan na niego mam wybitnie ambitny, a co z tego wyjdzie? Zobaczymy 25 września.

1 komentarz:

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...