21 maja 2016

Bieg branżowy

Dobry miesiąc temu Madzia się nudziła. Weszła na maratonypolskie.pl i sprawdzała gdzie są jakieś ciekawe biegi. Tak sprawdzała, tak sprawdzała, że zrobiła się z tego niezła lista.


W przedziwnym terminie (piątek), o przedziwnej godzinie (20:00) dobre 70 km od domu odbyć się miał I Bieg Muzealny. Impreza branżowa. Co prawda od roku z kawałkiem (patrząc w zgodzie z zapisem ustawy o muzeach) nie jestem muzealnikiem, ale takowym się czuję - chociażby z tej racji, że w muzeum jestem zatrudniony, prace muzealne wykonuję.

Tuczno koło Inowrocławia. Impreza z cyklu Janikowo na sportowo. Mój znienawidzony dystans czyli 5 km. Pojechaliśmy, a co.

Na miejscu okazało się, że w Tucznie odbywa się IV Noc Muzeów. Prawdę mówiąc muzeum tam chyba nie mają, ale w niczym to nie szkodzi. Na terenie zespołu placówek oświatowych (którego część stanowi zabytkowy dworek) zrobiono muzeum, w którym prezentowano pamiątki mieszkańców z lat 70. XX w. Bardzo fajny pomysł. Do tego na zewnątrz zlot zabytkowych pojazdów, na scenie występowały dzieciaki, wokół namioty z jadłem. Impreza, która z punktu widzenia wielkomiejskiego nie stała za wypasionym poziomie, ale miała świetny klimat, od razu było widać, że to wielkie wydarzenie dla mieszkańców i że bardzo są w nią zaangażowani. Świetny pomysł.
Przyjechaliśmy wcześnie, grubo przed godziną 19. Na spokojnie obejrzeliśmy eksponaty, ruszyliśmy do samochodu by się przebrać, poszukaliśmy kibelka by zrzucić balast. Gdy czekałem na swoją kolej usłyszałem "Cześć Tomek. Marek jestem. Pisałem do Ciebie na fejsie z pytaniem czy będziesz."

Dziwne to uczucie. Jedzie się kawał od domu, kawał od biegowego środowiska, w którym jest się znany i ktoś Cię poznaje. I do tego mówi, że lubi czytać moje zapiski.

Po kilku zdaniach i załatwieniu co trzeba 19 zabrałem się za rozgrzewkę. Marku wybacz, ale przed startem, na którym mi zależy bywam wybitnie nierozmowny i gdzieś ginę.

Madzia wskoczyła w ciuchy długie. Leginsy 3/4, cienki podkoszulek z długim rękawem, na to koszulka. Ja stwierdziłem, że biegnę na krótko. Rozpocząłem trucht, od zachodu czaiła się wielka siwa chmura. Oj nie zapowiadało się dobrze. Przebiegłem kawałek trasy (była nam znana, bo po przyjeździe postanowiłem przejechać ją samochodem), wróciłem, rozciągnąłem się, pokręciłem. Pogadałem chwilę z Madzią i pobiegłem zrobić trzy tempówki. Zaczęło popadywać. Do tego ruszył się wiatr.

Zimno jak skurczybyk, zapowiadało się, że pierwsza połowa będzie pod wiatr. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie wrócić po cienką bluzę, ale odpuściłem. Do startu bylo jeszcze kilkanaście minut, więc wróciłem do Madzi, pogadaliśmy trochę z Markiem, poszedłem jeszcze na małe dogrzanie i wróciłem na start.

Zimno, mokro, parszywie. Czekamy pod bramą startową, 19:57, 20:00. Zaczęła się obsuwa. Trochę poskakałem, trochę pożartowałem. Stwierdziłem, że za chwilę trzeba będzie zacząć odliczać. Wreszcie po 3 minutach udzielono nam instrukcji, zreferowano przebieg trasy aż nie wytrzymałem i zacząłem liczyć. Dziesięć, dziewięć... pozostali biegacze podchwycili, starter odsunął się na bok i ruszyliśmy.

Pognali. Ja z planem 3:50 min/km, później się zobaczy. Wybiegliśmy z terenu dworskiego, rozpoczęła się gonitwa asfaltem.

Przed przyjazdem zerknąłem na wyniki poprzednich biegów, które odbyły się w ramach cyklu. Wynik poniżej 20 minut dawał trzecie miejsce. Dziś tego nie było widać. Wszyscy biegli jak szaleni. Miałem wrażenie, że przede mną jest 3/4 stawki. Ale nic to. Pilnowałem tempa, wychodziło 3:52-3:54. Ciężko się biegło. Nie jestem przyzwyczajony do takiego tempa.

Wyprzedziłem parę osób, przed sobą widziałem takich, którzy nie wyglądali na szybkobiegaczy, ale gnali. Zastanawiałem się kiedy ich odetnie. Zakręt w prawo, przede mną najtrudniejszy fragment trasy. Pod wiatr, deszcz zacinał, pomyślałem, że dziś przydałyby się rękawki bo przedramiona marzły jak diabli.

Na poboczu stoją harcerze. Oho. Zabezpieczenie medyczne. Fajno. Nic z tego. dostali w ręce kartki ze znacznikiem kilometrów. Też fajno, jakoś zapomniałem, że trasa powinna być oznakowana. Tempo mi spadło. 1 km w 4:00. Oj ciężko będzie nabiegać dziś życiówkę.

Znów wyprzedziłem parę osób. Ile jest przede mną? Wyglądało, że dużo mniej niż widziałem na początku. Wskoczyłem za chłopaka by osłonić się od wiatru, ale okazało się, że jestem minimalnie szybszy. Przez głowę przeszło mi by mu powiedzieć, żeby się zerwał to schowamy się za dwójką biegaczy przed nami, ale nie miałem weny na gadanie.

Po chwili okazało się, że owa dwójka też biegnie wolniej ode mnie. Przebieram nogami, oddycha się ciężko. Ten bieg boli od pierwszego kilometra. Oj będą problemy by pobiec poniżej 20 minut.

Na drugim kilometrze zbieg, staram się wydłużyć krok, po chwili zaczyna się podbieg. Skracam krok, wspinam się na górkę. Drugi kilometr 4:09. No, ujdzie. Nie ma zmiłuj, przyciskam by wrócić do szybszego biegu.

Po 2,5 km będzie nawrotka, dobrze, policzę ile osób jest przede mną. W domu po prawej stronie, na progu mama z córką, biją brawo. Krzyczę do nich dzięki i macham. I to tyle z mojego gadania na trasie.

Wreszcie widzę pierwszego zawodnika, goni z przeciwka. Po nim drugi, trzeci... siódmy. Widzę nawrót, liczę, jestem dwunasty, są szanse na awans. Zawracając mocno zwalniam, ale zaraz przyciskam. Po 100 metrach jestem jedenasty. Mam wrażenie, że zredukowałem bieg, przycisnąłem gaz i odjeżdżam. W głowie pojawia się myśl: To cholernie fajne uczucie.

Czy dam radę wyprzedzić następną trójkę? Biegnę swoje i zbliżam się do poprzedzającej mnie dwójki. Biegną razem. Nie szarpię by ich wyprzedzić. Poczekam, pobiegnę swoim tempem, zobaczę co będzie. Okazuje się, że to dobra taktyka. Po kolejnych 200, może 300 metrach wyprzedzam ich.

20 metrów przede mną biegnie chłopak w granatowej bluzce z pakietu startowego (bawełna, bez napisów, ale pakiet fajny, niby skromny, bo oprócz bluzki piwo - dla kobiet smakowe - batonik i owa bluzka, a wpisowe wyniosło raptem 20 zł). No to biegnę za nim. Systematycznie zmniejszam odległość, atakuję, wyprzedzam. 3 km w 4:06. I to nic, że przede mną jeszcze 7 zawodników, czuję się jakbym biegł w ścisłej czołówce. Niesamowite uczucie.

Nogi bolą, oddech bardzo szybki, ale trzeba gonić. Zastanawiam się czy uciągnę i czuję, że tak. Zastanawiam się czy nie zostanę wyprzedzony, stwierdzam, że powalczę. Znów zbieg, tym razem w drugą stronę, przyciskam, wybijam się mocniej, po chwili trzeba za to zapłacić, zaczyna się podbieg. Widzę przed sobą siódmego zawodnika, wyprzedza mnie o jakieś 40 metrów. Nie będę go desperacko gonił, poczekam, zobaczę co z tego wyjdzie. Może osłabnie i zwolni jak ci, których parę minut temu wyprzedziłem?

Tuż za podbiegiem słyszę, że wyprzedzony chłopak mnie dogania. Kątem oka już go widzę, jest jakieś 2 metry za mną. Bez wielkiego namysłu kontruję, przyciskam mocno i biegnę tak przez kilkadziesiąt metrów. Uciekam mu, a on, wbrew moim oczekiwaniom nie próbuje drugiego ataku, trochę szkoda.

W międzyczasie mijałem się z Madzią. Biegła z Markiem i jego córką Alicją. Machamy do siebie i gonię ile sił. Czwarty km w 4:09. Szkoda, chciało się szybciej. Czy zdołam dogonić siódmego zawodnika? Przed zakrętem nie będę próbował, może ciut przyspieszę, bo przecież został ostatni kilometr. Kurde, nigdy nie miałem tylu kombinatorskich myśli w trakcie biegu.

Przedostatnia prosta, za chwilę skręcimy na teren dworski. Mój rywal nie pozwala na zmniejszenie dystansu. Sapię jak lokomotywa Tuwima, parę kibiców mówi, że to końcówka, zbliżam się do bramy, czy przy te prędkości zdołam się zmieścić na zakręcie? Głupia myśl. Ostatnia prosta, przyspieszam, mocno macham rękoma, dzieciaki i któryś z organizatorów krzyczą w stronę mety mój numer. Wbiegam, zatrzymuję zegarek, widzę 20:38. Medal, odchodzę.

Drepczę przez chwilę próbując uspokoić oddech, ciężko to idzie. 5 km to parszywy dystans, gorsze są tylko te krótsze. Pokręciłem się po placu i spostrzegłem, że zegarek się nie wyłączył. Nic to, dorzuciło mi parę minut, później się poprawi. 20:32, do poprawienia życiówki zabrakło 11 sekund. Trudno. To i tak bardzo udany bieg.

Oddałem czip, pochodziłem trochę i ruszyłem wreszcie w stronę Madzi. Po chwili wypatrzyłem ją, nie zmieniła towarzystwa. Chciałem ją nieco pogonić, ale odpuściłem. Alicja zapytała nagle czy ma szanse. Oho! Chyba łamie 30 minut. Zaczęliśmy ją poganiać, wyskoczyłem do przodu mówiąc, że ma się pode mnie podczepić, nadam jej tempo. Po chwili Marek dotarł ze wsparciem więc zaczekałem na Madzię. A może by ją pogonić? Nie dała się. Wbiegliśmy na metę, zatrzymałem jej zegarek. Pokazał 30:11, znaczy jest życiówka i to o krok od magicznych 29:xx. Krok niewielki, bo oficjalny czas to 30:03. Jeszcze będzie na to czas.

Na mecie woda, na jedzenie nie mamy ochoty. Stoimy i rozmawiamy z Markiem, strzelamy wspólne foto. Hmmm mam wrażenie, że dla Marka jesteśmy pewnym wydarzeniem. Dziwne. Na trasie jest jeszcze ostatnich dwóch zawodników. Mijałem ich gdy kończyłem czwarty kilometr. Ojciec z kilkuletnim dzieckiem, podobno sześciolatkiem. Fajnie. Takie maluchy spokojnie dają radę z 5 km.

Poszliśmy się przebrać, mokre ciuchy zaczęły nas ziębić. Miałem ochotę zostać na dekoracji, ale odpuściliśmy. Pożegnaliśmy się z Markiem i Alicją, mamy dać znać gdy będziemy w Inowrocławiu, umówimy się na kawę.

I ruszyliśmy do domu. Coś nas ostatnio gna po tzw. świecie, ale cóż. Wieki temu stwierdziłem, że wyśpię się nie wcześniej niż po śmierci.

Bieg branżowy. Co prawda nie było klasyfikacji muzealników, ale cóż, to i tak nowość, nie kojarzę żeby gdzieś organizowano bieg muzealny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...