18 maja 2016

2708 po raz trzeci

Królewskie miasto Kraków.
Druga stolica Polski. Wisła. Smok Wawelski. Smocza jama, w której jest zimno. Lody przy fontannie. Hejnał.
Tak. W smoczej jamie było bardzo zimno i mokro.
Tyle wspomnień z 2013 roku.



Przynajmniej chwilowo.

W sobotni ranek ruszyliśmy do Krakowa. Cel - Cracovia Maraton. Nasz trzeci maraton, szczególny, niewiele mniej niż pierwszy. Tym razem ważne było samo miejsce - wszak to dawna stolica Polski. Ważne było również to, że nieco ponad rok temu Grzesiu przebiegł Cracovię poprawiając swoją życiówkę (to raz) i zrobił to ze zdjęciem Weroniki przypiętym pod numerem startowym (to dwa). To zdjęcie mamy wydrukowane na naszych koszulkach.

Pojechaliśmy zwiedzać miasto we troje, zobaczyć to co poznawaliśmy 2,5 roku temu.

Wymyśliłem sobie, że do Krakowa pojedziemy pociągiem, wrócimy sławetnym pendolino. Ot taka fanaberia.

Intercity wygodne, całkiem szybkie, mknęło chwilami 140 km/h. W czasie podróży wyskoczyłem do WARSa po kawę, a tam pogaduchy maratończyków. Jadąc do Krakowa można było odnieść wrażenie, że raporty mówiące o epidemii otyłości w Polsce są fałszywe. Wokół rzesze wychudzonych ludzi. Nieco później zajrzałem jeszcze raz do bufetu. Postanowiłem kupić makaron. Pudełko z ugotowanym zostało w lodówce, a węgle trzeba było ładować. Gdy się doczekałem własnej porcji zasiadłem do stolika i zauważyłem mężczyznę, który również pytał o to danie. Już nie gotowali. Hmmm, dziwne, ale cóż. Wybrał herbatę i dosiadł się do mnie.

Zaczęliśmy konwersację. Biegową, bo o czym może rozmawiać dwóch biegaczy?

Rysiu. Rocznik 1951. Ciekawa postać. Mieszka w pierwszej stolicy Polski, to jego kolejny maraton, życiówkę ma (o ile pamiętam) na poziomie 3:17. W 1990 roku wymyślił by obejść Polskę wzdłuż granic. Zajęło mu to kilka lat. Na gaworzeniu zeszło nam dobrych kilkanaście minut.

Gdy dotarliśmy do Krakowa ruszyliśmy do biura zawodów. Kwaterunek mieliśmy dopiero od 14:30 więc bez sensu było nam jechać do hostelu. W biurze poszło sprawnie, obeszliśmy expo, ale jakoś nie zrobiło na nas wrażenia. Z numerami w torbach pojechaliśmy bezpłatnie tramwajem.

Hostel. Okazało się, że jest problem. Zaszła pomyłka, pokój który zarezerwowałem zarezerwowano jeszcze raz i dostał go ktoś inny. Ale był plus. Apartament. W rzeczywistości samodzielny pokój z wmontowaną kuchnią. Wada - inna lokalizacja. Żadna wada, bo okolica okazała się lepsza, a odległość od Rynku porównywalna.

Z wieczora wyskoczyliśmy spotkać się z Kasią i Michałem, pospacerowaliśmy trochę, obejrzeliśmy strefę startu, depozytów i pryszniców i wróciliśmy na nocleg.


W pakiecie startowym różne druki, galaretki, wafelek i koszulka. Znośnie. Na mecie miał być izotonik, woda, banany i słodkości.

Rano spakowaliśmy torby, przygotowaliśmy zestawy depozytowe i ruszyliśmy na start. W depozycie spotkaliśmy bydgoszczan - Ewę z Marcinem. Szybko okazało się, że Marcin powinien biec wolno, w okolicach czasu 5:30, ale chciał zacząć z grupą na 5:00. Postanowili z Madzią, że pobiegną razem.

Ruszyłem na rozgrzewkę, było już ciut późno, ale tak jakoś zeszło. Tuż przed startem szybkie foto z Madzią i poszedłem do swojej strefy startowej. Między barierkami sporo osób i brak wejść więc musiałem przeskoczyć przez płotek.

Po paru chwilach odliczanie i ruszyliśmy. Obawiałem się, że tuż po starcie tempo będzie mizerne, bo było bardzo wąsko, a tu niespodzianka. Wszystko poszło sprawnie i bez zatorów, tempo było o dobre 20 sekund lepsze niż na pierwszym kilometrze Orlenu.

Plan na maraton.
Orlen był na życiówkę, Cracovia miała być turystyczna, w okolicach 3:40-3:45.
Tak było do soboty, gdy było pewne, że pogoda powinna sprzyjać biegaczom (no, może za wyjątkiem wiatru). Postanowiłem pobiec w okolicach życiówki.

Tempo ok. 4:53. Mocne otwarcie. Minęliśmy Wawel, ruszyliśmy na pierwszą pętlę. Maratony lubię za wiele rzeczy, jedną z nich jest niezwykła metamorfoza biegaczy. Pierwsze kilometry są uśmiechnięci, energiczni. Po trzydziestym kilometrze o uśmiech ciężko. Widać coraz więcej bólu, walki, rezygnacji.
fot. fotomaraton.pl
fot. fotomaraton.pl Pierwsza pętla na luzie

fot. fotomaraton.pl Druga pętla

Uśmiechy. Podobnie u mnie. Biegnę skupiony, szarpię nieco tempo, waha się pomiędzy 4:50 a 4:59. Na 12 km 4:42. Nieco później średnie tempo na życiówkę: 4:51.

Sporo kibiców, głośno. Najgorszy fragment trasy to Błonia, za zakrętem w lewo. Zrobiło się tam strasznie ciasno, tempo spadło, trzeba było kombinować by wyprzedzać trawnikiem. Jakoś idzie.
fot. fotomaraton.pl

Pogoda nie była zbyt miła. Z rana chmury, wiatr, chłodno. W depozycie daliśmy się namówić na zrzucenie cienkich bluz i bieg na krótko. Całe szczęście. W trakcie biegu towarzyszyło nam słońce. Co 2,5 km biorę 2-3 łyki wody, od 10 km na każdym punkcie polewam się wodą.

W okolicy 8 km trasa skręca i wiedzie w stronę Wisły. Pojawia się bruk. Jakieś 10 m przed sobą widzę wózkowicza. Nagle zauważam, że wózkowicz upada. Przednie kółko zablokowało się na niskim uskoku. Zanim dobiegłem już podnosili go inni biegacze, z odsieczą ruszyli strażacy. Od innych dostali brawa.

Po drugiej stronie Wisły kościół św. Stanisława. Pamiętasz? Oglądaliśmy go płynąc stateczkiem.

Biegnie się przyjemnie. Na 11 km, z prawej strony widzę czołówkę biegu. Mkną w najlepsze. Później mijam tych goniących za czasem poniżej 2:30, poniżej 3:00. Pusto tam. Między zawodnikami są duże odległości. U nas tłoczno.

Na 17 km mijam się z Madzią, przybijamy piątkę i niemal tyle w temacie. Niemal. Biegnie, po chwili widzę zające na 5:00. Nie jestem zdziwiony, że biegnie przed nimi. To w jej stylu. Pomyślałem jedno - wariatka. 

Przed 12 km żel, na 17 km pierwsza myśl, że może być ciężko. Okolice 22 km drugi żel. Nogi ciągną.

Chwilę wcześniej przebiegłem obok Smoka Wawelskiego. Oj jak dobrze byłoby wejść dziś do smoczej jamy i się schłodzić.

Połówka na życiówkę, kilka sekund poniżej Orlenu. Od 27 km zaczyna się walka o utrzymanie tempa poniżej 5:00. Urywam maksimum 2 sekundy. 30 km w 5:10. Od 3 km biegnę na rezerwie. Odcięło mi zasilanie.  

Żelowa taktyka brać je co godzinę. Trzeci wziąłem ok. 32 km. O czwartym zapomniałem. Tempo leci na łeb. 5:15; 5:29. 35 km w 5:59. Od tego momentu królują czasy powyżej 6 minut. Biegnę i cierpię. Tętno niskie, poniżej 160, nogi nie bolą mocniej niż na Orlenie, a ja nie mam z czego przyspieszyć. Ciągnę nogami, takie mam wrażenie, wciąż jestem wyprzedzany, czasem wyprzedzam tych, którzy idą. Cierpię. Mam to w dupie. Wiem, że dobiegnę, ale w jakim czasie? Nie wiem.

Na 40 km postanawiam powalczyć, może zejdę poniżej 3:40? Wychodzi z tego 5:47. 41 km znów wolniej 6:01. Podbieg, przybijam piątkę dziewczynce ok. 7 lat. Na wysokości Wawelu. Skacze, cieszy się. Mam łzy w oczach.
fot. Rozbiegane Dobczyce
fot. Rozbiegane Dobczyce

Próbuję przyspieszyć, 42 km w 5:46. Ostatnie zegarkowe 600 metrów przy dużym dopingu tempem 4:52. Zakręt w prawo, widzę metę. Nie mam ochoty podnosić rąk w górę. Z czego tu się cieszyć?
Na zegarku 3:40:18.
fot. fotomaraton.pl

fot. fotomaraton.pl

Folia NRC, medal. Całuję go bo kosztował mnie wiele wysiłku. Upragniony Smok Wawelski. Jestem pewien, że byłby to ulubiony medal Weroniki.

Na mecie wciągam wszystko co się dało zjeść. Banan, galaretki, draże, wafelek. Tak jak nigdy nie miałem apetytu na mecie maratonu tak dziś żrę ile wlezie.

Wiem skąd ta porażka. Zawiodło ładowanie węglami. Część białkowa zrobiona rzetelnie, ale od czwartku wrzuciłem niewiele węgli. W czwartek było jeszcze ok, ale w piątek zjadłem jedną dużą porcję zamiast 2-3, w sobotę makaron tylko w pociągu i na pasta party. Za mało. Zdecydowanie za mało. Mam nauczkę na przyszłość.

Ciekawe doświadczenie taka odcinka. Nie ciągnie mnie do jego powtórzenia.

Przedmaratoński plan obejmował jeszcze jeden punkt. Po ogarnięciu się ruszyć w okolice 38 km i pobiec z Madzią. Nie będzie na to szans, podejdę w okolice 41 km.

Sprawdzam jak idzie Madzi. Szalona. 30 km w tempie na złamanie 5 godzin. Początek miała bardzo mocny. Gdy pojawia się odczyt z 35 km stwierdzam, że urwała 2 minuty. Nie ma wyjścia, opuszczam w miarę ciepłą przebieralnię i rozpoczynam trucht w jej stronę. Po 700 m zatrzymuję się obok strażnika miejskiego i czekam.

Zimno. Nieopatrznie wywaliłem folię NRC i teraz marznę. Mijają kolejne minuty Madzi nie widać. Nie ma też odczytu z 40 km. Po kolejnym odświeżeniu przeglądarki okazuje się, że się przejrzałem. Madzia była wolniejsza od planu na 5:00 o jakieś 6 minut. Nic. Czekam. Odczytu z 40 km brak. Przebiegły zające na 5:00, wokół nich pusto.

Wreszcie jest. Podbiegam do niej, całuję i razem ruszamy w stronę mety. Od 18 km walczy z bólem stawu skokowego. Na połówce zastanawiała się czy nie zejść z trasy, ale nie odpuściła. Truchtamy, ciężko mi idzie, przyczepy czworogłowych bolą jak diabli. Biegniemy w stronę mety, wreszcie docieramy na Rynek. Jesteśmy. Za nami setki kibiców, za nami meta. Za nami trzeci maraton w trzecim mieście, które zwiedzaliśmy z Weroniką.
fot. fotomaraton.pl


Robię coś, co zaświtało mi w głowie w piątek. Biorę drugi medal. Tak, wiem, wiem. Nie powinienem. Biorę go ze względu na projekt, powieszę go u Weroniki.
Poznań i Warszawa od Macieja

Cracovia Maraton to mój trzeci start z numerem 2708. 27 sierpnia dzień urodzin Weroniki. Kolejny raz organizator biegu był dla mnie życzliwy i przydzielił mi taki właśnie numer.

Debiut był szczególny - bo to debiut, Kraków wyjątkowy bo to było wyjątkowe miasto dla Weroniki. Bardzo wyjątkowe. Wielokrotnie przewijało się w jej wspomnieniach.

Przed powrotem wskoczyliśmy na Plac Szczepański, zrobiliśmy zdjęcie przy fontannie i ruszyliśmy na dworzec.

Powrót Pendolino. 


Teraz czeka mnie 7 tygodni przerwy w maratońskich startach i zrobię kolejną ważną trasę. Dostanę się na kolejny wyjątkowy punkt. Przede mną Śnieżka, dzień później Szrenica. Ostatnia i pierwsza góra zdobyte przez Wierkę. Tu nie będzie przelewek, w dwa dni będę miał do przebiegnięcia 68 km i ok. 3100 m przewyższeń.

2 komentarze:

  1. To się naprawdę przyjemnie czyta, że ktoś ma cel, pasję, jest twardy, do tego skromny. Sam jestem bokserem, również pływam, biegam, ale bieg powyżej 10 km to dla mnie abstrakcja. A tutaj facet tak wygarnia. To naprawdę miło czytać ,zwłaszcza w tym skurwiałym dookoła świecie. A przy tym zawsze przypomina mi, że w każdym drugim człowieku może być coś nie tylko wyjątkowego, ale po prostu zasługującego na podziw i szacunek. Życzę dalszej trwałości. Keep running!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Każdy z nas jest wyjątkowy.
      A bieg powyżej 10 km? W 2012 roku był to dla mnie kosmos. Dziś myślę o przekroczeniu 50 km, kusi mnie ultra.
      Pozdrawiam i do zobaczenia na jakiejś dyszce (pewnie będę zającem w Bydgoszczy na Festiwalu biegowym)

      Usuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...