26 kwietnia 2016

Orlen Warsaw Marathon

Był 1 grudnia 2015 roku, dzień, w którym powiedziałem "dość, chrzanić ból, trzeba zacząć biegać". Po poznańskim maratonie roztrenowanie zrobiło się nad wyraz długie. Ciągle pobolewał mnie mięśnie półbłoniasty i przywodziciel uda. Masaże trochę to poprawiały, ale szału nie było. Co wyszedłem biegać to wracałem z bólem. Stwierdziłem, że dłużej tak nie można i albo one, albo ja...

Rozpocząłem przygotowania do wiosennych maratonów. Wymyśliłem dwa: Orlen Warsaw Marathon i Cracovia Maraton. Czasu mało, z racji opóźnienia do zrealizowania przewidzianych przez Danielsa 26 tygodni zabrakło mi 5. Nie będę bawił się w statystyki, napiszę tylko, że do 23 kwietnia przebiegłem w sumie 1143 km. Dużo jak na moje możliwości, choć gdyby nie kilkanaście odpuszczonych treningów byłoby więcej.

Przed startem postanowiłem zrobić eksperyment i naładować się węglowodanami. Poniedziałek do środy na białkach. Masakra. Twaróg, jajka, jajka z makrelą (makrela zabija smak jajek tylko na pierwsze trzy kęsy), serek wiejski, jajka, serek, indyk... bleeee
Wtorkowy trening z bólem, po środowym wolnym bieganiu byłem wybitnie kiepski, ale z wieczora poszła pierwsza porcja makaronu. Zjadłem 3/4 paczki dowalonej szpinakiem. Czwartek z węglami, piątek też (acz z przerwą na podróż) i tak awansem wspomnę, że w sobotę nieco mniej, ale wieczorem nadrobiłem.

11 kwietnia 2016

I siekiera

XXIII Biegi Żnińskie. Test przed Orlen Maratonem. Trasa nieznana, słyszałem tylko, że nie należy do najłatwiejszych i o podbiegu gdzieś po drodze. Kusiło mnie by pobiec zegarkowym tempem 4:15. Taki trening próbowałem zrobić w minioną niedzielę, trochę bezsensowny bo pobiegłem 30 minut biegu spokojnego a po nim wszedłem w 3x3,2 biegu trudnego po 4:15. Teoretycznie, bo pierwsze powtórzenie takie było, kolejne po 4:23, trzecie z trudem dociągnąłem na 4:25 (spora część była 4:28).  Stwierdzam, że chyba lepsze są tysiączki zamiast 3,2 km.

W poniedziałek chciałem pojechać oddać krew, ale od rana coś było nie tak. Czułem, że zaczyna się infekcja. Krew odpuściłem, włączyłem witaminę C. 5 g co 2 godziny. Wieczorem gorzej, dorzuciłem voltaren i pod kołdrę. We wtorek Madzia namawiała mnie na wizytę u lekarza. Wskoczyłem po pracy. Okazało się, że najbliższy tydzień sponsoruje literka "A":
Angina
Antybiotyk
Dupa blada. Gardło, a w zasadzie prawy migdałek, nawalał mnie tak, że budziłem się przy próbie przełknięcia śliny. Masakra. W środę i czwartek podobnie. W piątek odpuściło. Plan walki o zejście poniżej 43 minut legły w gruzach. Ale co zrobić? Myślałem, myślałem i wymyśliłem. Zacznę tempem 4:20, a później się pomyśli. Albo pójdzie w jedną, albo w drugą stronę.

Niedziela i Żnin. Ruszyliśmy stadnie. Madzia (już po antybiotyku, ale też walczyła z anginą), Ania z Olafem (a co, niech dzieciak pobiega) i Justyna z Natalką (i nosem zawalonym w najlepsze). I wzięliśmy jeszcze Ankę, by w czasie naszego biegu zajęła się dzieciakami.
Wejście na salę gimnastyczną (biuro zawodów) wyściełane dywanem, a jak, na bogato.

01 kwietnia 2016

kupię

Kupię pliki z treningami (gpx). Okolice Nakła lub Bydgoszczy. Potrzebuję do rywalizacji na endomondo.

To oczywiście żart prima aprilisowy :)

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...