18 marca 2016

City Trail w Bydgoszczy i Gdyni

Przed ostatnim biegiem z cyklu City Trail w Bydgoszczy główkowałem co zrobić. Kusiła walka o życiówkę - zejście poniżej 20 minut, ale jakoś kiepsko to widziałem. 5 km po 3:58? Ciężka sprawa w czasie przygotowań maratońskich. Do tego przygotowania jako takie. Plan treningowy zakładał "zabawę" z tempem progowym (3x3,2 + 1,6 po 4:30, w sumie jakieś 19 km). Wybrałem opcję przygotowawczą, City miało być wolnym biegiem na deser.
Wstałem rano i ruszyłem. 6,4 biegu spokojnego, pierwsze 3,2 poszło, drugie też, zacząłem trzecie i po 200 m dopadł mnie potężny ból rozcięgna podeszwowego. Pauza, przyciśnięcie stopą o krawędź krawężnika i nic. Drugi raz, próba przebiegnięcia. Boli. Pokuśtykałem do domu i od razu wziąłem piłkę do tenisa. Skończyło się na 13,74 km
W Gdyni kameralniej


Start w Bydgoszczy stał pod znakiem zapytania. Pojawiliśmy się dość wcześnie biorąc po drodze Asię i Arka. Pierdu pierdu w namiocie fizjo, nagłe ochłodzenie i piździawka w najlepsze. Z racji strachu o stopę nie zrobiłem rozgrzewki.

Ustawiłem się w strefie powyżej 22 minut. Z Markiem pożartowałem, że będę go gonił, on na to, że to on mnie. Gotów? Start. Po 100 m zegarek pokazywał 3:55, zwolniłem nieco. Nie patrzyłem kto wokół mnie. Biegłem. Na trasie zegarek pokazywał 4:27, drugi km 4:29, trzeci 4:18, czwarty 4:25. Na piątym boli, od początku w stopie czuję jakbym miał pod nią wielki kamień, ale walczyłem. Ostatni km tempem 4:09, co oznacza, że całość zrobiłem średnio po 4:23, czyli szybciej niż założenia biegu progowego. Tętno? 180. Poszło. Nie narzekam.

W poniedziałek wskoczyłem do Justyny na masaż. Miało być pomizianie po nogach, ale wiadomo. Dobry fizjoterapeuta wie co trzeba zrobić. Zaczęła od rozcięgna, a później bolało coraz bardziej. Grunt, że w nogach zrobiło się luźniej.

We wtorek postanowiłem odpuścić trening. Tak na wszelki wypadek, by nie skończyło się przetrenowaniem. I to był błąd. W środę praca mnie zmasakrowała. Od rana walka z ciężarami. Na początek fotel stomatologiczny i parę innych cudów, po nim trzy dzwony i marmurowa rzeźba... Prostowniki grzbietu na wysokości lędźwi bolały w najlepsze. Wieczorem padłem i nie poszedłem biegać. W czwartek musiałem popracować dłużej niż powinienem i z treningu też nic nie wyszło (miało być tempo maratońskie). Dopiero w sobotę zrobiłem 10 km, a w niedzielę...

W sobotę spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Trójmiasta. Najpierw krótka wizyta w Gdańsku (zimno, a na jedzenie czekaliśmy wieki), później przyjemny hotel, a w niedzielę pojawiliśmy się na starcie City Trail w Gdyni. Trasa, o której słyszałem, że jest trudna i mocno pofałdowana.
Do startu mieliśmy około dwóch godzin, więc wyruszyliśmy na małe rozbieganie. Madzia z Justyną postanowiły się nawet zgubić, ja pomykałem po górkach i dołkach. Przebiegłem kawałek trasy robiąc po drodze dwa podbiegi. Oj górsko tam, górsko!
W dodatku na trasie jest punkt odżywczy.


W Bydgoszczy jest nudno. Dziewczyny ustrzeliły ok. 8 km, ja 13,5. Niemalże z biegu (mając minutę luzu) pojawiłem się na linii startu. Stanąłem pod koniec stawki zakładając, że będę w stanie nabiegać tempo w okolicach 6:00. Nawet jakoś nie przyszło mi do głowy by sprawdzić tempo porannego rozbiegania, które wyniosło 5:30.

Pierwszy kilometr w dół. Tłoczno (choć do bydgoskiego tłoku daleko). Z wolna wyprzedzam i żartuję, że fajna tu trasa bo z górki. Jakaś dziewczyna mówi, że zaraz zobaczę co tu się wyrabia. Odpowiadam, że jeśli będzie pod górę to się zemszczę, bo zapamiętałem jej numer.

Gdzieś szczeka pies, wkurzył się, bo jeden z biegaczy miał czworonożne towarzystwo. Pod stopami piach. Nie lubię. Prosto, ale wiem, że zaraz za zakrętem w prawo zacznie się zabawa. Trasa się wznosi, na sporym kawałku nie jest może jakoś stromo, ale wciąż idzie w górę.
fot. Justyna Grzywaczewska
fot. Justyna Grzywaczewska
fot. Justyna Grzywaczewska
Wyprzedzam jedna osobę, po chwili drugą, później trzecią, czwartą... Nie liczę. Spokojnie pnę się w górę. Krótki krok i tyle. Wyprzedzam parę osób walczących długim krokiem i mocnym wybiciem. Bez sensu tak się męczyć. Kilku mówię by się nie poddawali.
Gdzieś w okolicy 2,5 km przypomina mi się fragment piosenki do "Zmienników"

Coś być musi, coś być musi do cholery za zakrętem.

I doskonale wiem, że będzie to dalsza część podbiegu. Nie jest łatwo, ale walczę.

Ludzie słabną a ja? Również, ale to nie powód by odpuścić. Pierwszy km 4:13, drugi 5:08, trzeci 5:33. Średnie tempo spada, robi się 4:57. Myślę sobie, że trzeba powalczyć by to utrzymać, by nie spaść poniżej 5:00 min/km.

W okolicy 3,7 km zaczyna się zbieg więc nie ma co myśleć o bólu spowodowanym dopiero co zakończonym podbiegiem, trzeba się zebrać i przyspieszyć. Miejscami wąsko, ale wyprzedzam. Fajnie. W okolicy 4,3 km jest najgorszy fragment, stromy kawałek trasy. Zwalniam by się nie wywrócić. Robiąca zdjęcia Justyna Grzywaczewska mówi krótkie "Brawo Tomku" Odpowiadam, że się staram i mknę. Wiem, że zaraz zacznie się kolejny podbieg, a za nim kawałek w miarę płaskiego i meta.
fot. Justyna Grzywaczewska

Czwarty kilometr to 4:34. Na piątym się nie oszczędzam. Wyprzedzam kilka osób. Na wypłaszczeniu ze 2 metry ode mnie biegnie chłopak. Próbuję go gonić, on przyspiesza. Stwierdzam, że nie będę się szarpał, wystarczy utrzymać jego tempo. Wyprzedzamy kolejne dwie osoby. Wpadam na metę i zdziwienie. Żadne 4:57 min/km, żadne okolice 25 minut. 23:56. Świetny czas jak na tę trasę i wybiegane rano kilometry. Jestem bardziej niż zadowolony.

Gdzieś za metą jakaś kobieta mówi mi, że to nieładnie wyprzedzać ją na ostatnich metrach. Idę po herbatę, wciągam ciastka, biorę dolewkę. Czekam na dziewczyny. Obstawiam, że pobiegną przez 45 minut.

Zaglądam do strefy fizjo, przydałoby się przemasować nogi, bo odezwał się zapomniany mięsień półbłoniasty. Rezygnuję, bo jest kolejka. Wychodzę i zdziwienie. Dziewczyny są na mecie. Uwinęły się w okolicach 38 minut.

Kręcimy się trochę i idziemy do samochodu. Szybki prysznic w hoteli i ruszamy w miasto. Cel Centrum Nauki Experyment.

I tyle z City Trail w tym sezonie. Do Szczecina nie pojadę bo pracuję. A podobno tamtejsza trasa też jest ciekawa.

Pozostaje czekać na 21 marca i otrzymanie medali. I na wręczenie nagrody dla ostatniej dziewczynki w kategorii D1 również.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...