28 lutego 2016

5:00? Nie dam rady

Wiosenne maratony się zbliżają. Niektórzy patrzą na mnie jak na wariata, bo biec dwa w odstępie trzech tygodni nie jest normalne. Pocieszam się, że taki Rysiu Kałaczyński dał radę biegać je przez rok i jeden dzień codziennie (fakt, że to nadczłowiek chyba), inni dają radę w dwumaratonach (znów kłania się Rysiu i jego projekt weekendowych maratonów w Wituni), to ja uciągnę dwa w trzy tygodnie.
Dziś pierwszy raz robiłem ponad 22 km tempem maratońskim. Miało być 4:51, wyszło 4:52, więc nie jest źle, choć przyznam, że ostatnie 5 km była walka. Początek to 20 minut biegu spokojnego, po nim ruszyłem do 22,4 maratońskiego. Pierwsza piątka po 4:56, po niej przyspieszyłem i po kolejnej piątce średnie tempo 10 km wyszło 4:52. Tak dociągnąłem do 17 km, droga lekko pofałdowana, z tendencją minimalnie wznoszącą. Po 18 km zegarek pokazał średnie tempo 4:53 i tak trzymał aż do końca 21 km. Owe 4 km to pilnowanie by nie zwolnić jeszcze bardziej, bo pokazanie się 4:54 byłoby skuchą. Nadzieją był ostatni kilometr prawie cały w dół. Nogi poszły luźniej i faktycznie pojawiło się 4:51 by na ostatnich 20 metrach, tuż po zakręcie o 90 stopni wrócić na 4:52.
Jakie wnioski? Trzeba ćwiczyć nogi. Przysiady, planki, wyskoki. Brakuje im wytrzymałości. Tętno było obiecujące, średnio 163 (BS biegam w okolicach 155).

12 lutego 2016

Góry oddają

Start na połówce w ramach Górskiego Zimowego Maratonu Ślężańskiego był przy okazji wyjazdu na narty. Biegacze są zboczeni. Jadą na urlop i szukają biegów w okolicy. Tak było w styczniu.

Wyskoczyliśmy na tydzień do Zieleńca by pojeździć na nartach. Temat karkołomny, bo nigdy nie jeździłem, więc z jednej strony obawy czy mi się spodoba, z drugiej strach czy nie zepsuję sobie jakiś wiązań w kolanach. Narty to zupełnie inna historia. Iza z Krzyśkiem zaoferowali się, że pożyczą własne byśmy nie musieli płacić grubych pieniędzy za wypożyczenie. Chwała im za to! Pierwszy dzień to jakaś masakra. Stwierdziłem, że spróbuję ogarnąć temat bez instruktora. Zerknąłem na youtube (Iza wspomniała o znajomym, który zrobił taki kurs i nieźle mu szło) i tyle. Nie będę wnikał w szczegóły, powiem tylko, że na kwaterę wróciłem wkurzony. Ale jak? Odpuścić? A skądże! Efekt był taki, że zacząłem dawać radę i bardzo mi się spodobała ta zabawa.

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...