03 stycznia 2016

Towarzyski Bieg Powstania Wielkopolskiego

Od dawna chodzi mi po głowie organizacja biegu. Przedsięwzięcie wielkie, odpowiedzialność duża, zwłaszcza w kwestii bezpieczeństwa. Póki co stwierdziłem, że można zorganizować małą imprezę dla grona znajomych. Hasło na fejsie rzuciłem 23 listopada. W założeniu miało nas być sześcioro. Szybko okazało się, że jest nas więcej, lista dobiła do 12 osób.

Pod koniec grudnia ogłosiłem szczegóły. Start w Nakle na Rynku po zapaleniu znicza pod tablicą upamiętniającą Powstanie Wielkopolskie. Następnie ze 2 km na cmentarz i tam kolejne znicze - jeden u powstańców, drugi u Antoniego Nadskakuły - rzemieślnika, który został zamordowany w trakcie wizytacji Nakła przez alianckich dziennikarzy (w czerwcu 1919 r.). Z cmentarza trasa miała pobiec do Mroczy przez Chrząstowo, Karnowo, Karnówko, Drążno (tu znów znicz, tym razem przy tablicy upamiętniającej pierwszego zabitego powstańca z Nakła - Józefa Balcerzaka), na koniec Mrocza i obelisk upamiętniający zryw.

Jak zacząłem rysować w aplikacji Garmina szybko okazało się, że będzie to ok. 20 km. Im bliżej terminu tym większy mróz, więc ostatecznie skróciłem nieco trasę i ominęliśmy Chrząstowo (które pojawiło się tylko z racji przebiegnięcia pod drogą krajową nr 10).

Jeśli bieg to i medale. Siadłem do kompa i rozrysowałem. Głównym motywem miał być trefl - dystynkcja mocowana do powstańczej rogatywki. Wybór padł na stopień podporucznika dla upamiętnienia Edmunda Bartkowskiego komendanta z Nakła, który dowodził całą zawieruchą na północ od Noteci, w rejonie powiatu wyrzyskiego. Kombinowałem by na drewniany (a może gipsowy) medal nakleić sznurek, ale roboty z tym byłoby sporo, a efekt mógł być różny. Koniec końców wybór padł na sklejkę wypaloną laserem. Szybkie poprawki i wyszło bardzo ładnie.


Jeśli bieg to też punkty odżywcze i posiłek po. Tu  prym wiodła Madzia. Punkt odżywczy wymyśliłem w połowie trasy, na Madzię spadło podjechanie tam samochodem i rozpakowanie dobrodziejstw. Wszak "ciepła herbata w trakcie biegu to by było coś". W sylwestra sprawdziłem dojazd (3 km brukiem), a przy okazji objechałem polny odcinek trasy. Znalazłem dobre miejsce przy skrzyżowaniu. Osłonięte żywopłotem, pomiędzy dwoma domostwami. Nawet jeśli by wiało powinno być w miarę spokojnie.

Posiłek po biegu... Ekipa miała zjechać do nas do domu. Było trochę kombinacji z samochodami przynajmniej na etapie planowania, bo w boju okazało się, że było ich aż nadto. Kuchnia pracowała pełną parą od soboty. A przecież powiedziałem, że wystarczy gar makaronu i sos do tego. Ale nie. Nie u Madzi...
Drożdżówka i babka na trasę, do tego herbata i banany. A po biegu... Makaron i sos boloński. Ok.
"A co pieczarek z serkiem mascarpone to chyba lepszy ryż, bo coś mi się kojarz, że makaron niezbyt?" W sobotę pojechaliśmy na zakupy. Nadal byłem przekonany co do makaronu. Przysłowiowy koszyk się zapełniał. W menu pojawił się rosół, zapiekane bakłażany, makaron, ryż, dwa sosy do nich, na deser sernik. Czy ja o wszystkim pamiętam? No full wypas, jak to określił Tomek - Orlen przy tym to pikuś.

Zebraliśmy się rano na wsi w cztery sztuki: Kasia, Justyna, Grześ i ja, wskoczyliśmy do Mroczy by zabrać Piotra, który zostawił samochód i pognaliśmy limuzyną do Nakła. A tam czekali Iza z Krzyśkiem, Dawid, Mirek, po chwili dobiegł jeden, a później drugi Tomek. Flaga powstańcza w dłoń, znicz w pogotowiu. Kilka zdjęć w wykonaniu niezawodnego Zbyszka z kuriera-nakielskiego i ruszyliśmy. Jak się okazało Zbyszek gonił za nami i robił zdjęcia w kilkunastu miejscach.





Cmentarz, znicze zapalone zgodnie z planem. Pobiegliśmy jeszcze pod górę, bo Justyna i Grześ zgłosili zapotrzebowanie na odwiedzenie Weroniki. Była chwila zadumy, Wierka potrzebującym udostępniła pobliski toi toi i ruszyliśmy dalej.

Kawałek ulicą Bohaterów i Mickiewicza pod wiatr, ale znośnie. -13 stopni nie dokuczało zbytnio. Jakiś facet pytał kto my. Biegacze. Ale jacy? Zwykli. A samochodów nie mają? Mają.

Podbieg na Mroteckiej, później ul. Karnowska też bez przeszkód.



Dziewczyny na przedzie. Śmichy, chichy. Grześ co chwila biega z kamerką i filmuje. Powiem szczerze. Nawet nie wiem kiedy minęła droga do Karnówka. Na 300 m przed skrzyżowaniem krzyknąłem, że za chwilę punkt odżywczy i gonimy, ale szybko mnie zastopowano. Gdy dobiegaliśmy usłyszałem pomruk zdziwienia. Nie wiem czego spodziewało się towarzystwo, ale zdaje się, że było na bogato. Na stoliku dwa termosy, dwie wytłoczki z drożdżówką, babka, banany. Nic szałowego, ale chyba zdziwił ich ten stolik.
fot. Grzegorz Perlik

Przerwa też minęła szybko. Wciągnęliśmy parę kolejek gorącej herbaty (po minucie była już letnia), pyszne ciasto i po jakiś sześciu minutach ruszyliśmy dalej.

Pola. Pusto. Gdzieniegdzie drzewa. Wiatr. Pusto. Wiatr. W twarz. Flaga powiewa. Wiatr. Sarny z prawej. Stado całe. Widać uciekają przed nami. Wiatr. "O nie, podbieg..." Wspólnie ustaliliśmy, że to nie podbieg, a lekkie wzniesienie. Zimno jak diabli. Robię kilka zdjęć, odświeżam termometr - internet podał, że jest -13. Faktycznie mrozi jak diabli. Już po drodze zastanawialiśmy się jaka temperatura była 97 lat temu. Grupa lekko się podzieliła, ale odległości nie były zbyt duże. Zaczęliśmy zbliżać się do zabudowań, wreszcie dotarliśmy do Drążna. Tu krótki postój, kolejny znicz, pamiątkowe zdjęcie pod obeliskiem i pobiegliśmy do Mroczy.

fot. Grzegorz Perlik
fot. Grzegorz Perlik
fot. Grzegorz Perlik


Wczoraj postanowiłem skrócić nieco trasę i pobiec polną drogą. Przy takim mrozie nie trzeba było obawiać się, że nie da się tam przebrnąć (wieki temu rowerem się nie dało).

Od Drążna przyjemnie, bo wiatr wiał w plecy. Zaraz zrobiło się ciepło. Większość pognała, tempo zamiast umówionego 6:30 oscylowało u mnie w okolicach 6:10. Przodownicy szybciej, ja z Krzyśkiem po środku, z tyłu Justyna z Dawidem gadali w najlepsze. Na polnej drodze poczekaliśmy na nich, a przed obwodnicą przody poczekały na nas. Do Mroczy wbiegliśmy stadnie budząc spore zdziwienie. Faktycznie spotkać takie stado biegaczy, w taką pogodę... Wariaci. Kto normalny biega w taki mróz? My.
 
 
 
 

Do Mroczy samochodem goni Madzia. Ma dostarczyć herbatę i jeden znicz, a następnie zabrać część z nas. Na miejscu okazało się, że samochodów mamy w nadmiarze, więc zawróciłem małżonkę. Nic to, że wiozła medale (kompletnie o tym zapomniałem).
 Zrobiliśmy wspólne zdjęcie pod obeliskiem, wsiedliśmy do samochodów, a Tomek, Mirek i Dawid stwierdzili, że pobiegną. Cóż. Czymże jest dodatkowe 8 km? Niczym, zwłaszcza dla takiego ultrasa jak Mirek. Za nami miała pojechać dziewczyna Dawida, ale gdzieś nam się zagubiła po drodze, grunt, że koniec końców dotarła razem z chłopakami.

W domu medale, Justyna wpadła z odsieczą do kuchni. Prysznicowanie, przebieranie. Norma jak to na zawodach. Madzia się narobiła, ale na głód nie dało się narzekać. Na koniec dotarła Iza z Krzyśkiem, którzy przebrali się u rodziny w Mroczy.


Oj miło spędziliśmy czas. Podsumowanie biegu: 17,43 km, czas 2:04. Uczestników 11. Nie wiem kiedy to wszystko minęło. Pozostaje mieć nadzieję, że wszyscy są zadowoleni. Ja jestem bardzo. Szkoda, że Jola z Damianem i Maciej nie zdołali dotrzeć.


I tylko zapomnieliśmy rozdać Mega Grześki, które przywiózł Grzesiu, a dla odmiany ktoś przez przypadek wcisnął mu do plecaka swoje spodnie czy kalesony. Pewnie do wyprania ;) Muszę kiedyś tego spróbować.

I jeszcze film produkcji Grzesia Perlika

Dzięki za ten dzień.

2 komentarze:

  1. Super relacja, widać bieg bardzo udany, stanąłeś Tomek na wysokości zadania jako organizator, takiego punktu odżywczego na półmetku to ja na żadnym biegu nie spotkałam :-) a Madzia... cóż, umiliłam wam ten bieg w trakcie i jeszcze dogodziła podniebieniom już po :-) Da znać jak będziesz organizował jakiś większy bieg :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko, coś się zmajstruje. Będę pamiętał :)

      Usuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...