17 stycznia 2016

Góry? A z czym to się je?

Od jakiegoś czasu kuszą góry. Nie w kategoriach łażenia, a biegania. Terra incognita. Wymyśliło mi się i znalazłem. Górski Zimowy Maraton Ślężański. Bez szaleństw, bo dystans półmaratonu. Wg regulaminu 21 km, ale bliżej startu okazało się, że pętla wyniesie 24 km. Drobiazg jeśli się o tym wie, gorzej, gdy po 21 kilometrze szuka się mety.
Tośmy się wybrali. Noc w Sobótce minęła szybko. Po pakiet chciałem jechać o godzinie 7, ale jakoś tak wyszło, że zebraliśmy się o 7:30. Od rana byłem jakiś nerwowy, ale cóż... Ruszyliśmy. Parking, wędrówka pod górę, jakieś 400 m, linia startu, pytanie o biuro zawodów... Jest na stadionie. Przy drodze na Wrocław... Telefon mówi 5 km. Hop w samochód, szybki telefon do Tomka by przyszykował się na podwiezienie nas w okolice startu (wymyśliło mi się by odebrać pakiet w cywilkach, wrócić na kwaterę, przebrać się i pobiec na start).
Hop, siup, pakiet odebrany szybko (kilka ulotek, czapka, numer startowy), ciuchy na zmianę zostawione w depozycie. Odebranie worka z depozytu, bo w kurtce zostawiłem dokumenty... Zamotanie poziom 115%. Justyna ze mnie drwiła co 30 sekund.


Potruchtaliśmy na start. Już raz tam byliśmy. Tłoczno. Postanowiłem dorobić kilka metrów w lesie. Do startu zostały 3 minuty, zapisałem w zegarku rozgrzewkę. 2 minuty. Pstrykam w zegarku. Nic. Wisi. Zdejmuję, zaczynam pstrykać by go zresetować, ale którymi przyciskami? Jeden zestaw nie działa, drugi nie działa, chwytam telefon i szukam w sieci. Nie mogę znaleźć. Spiker zapowiada minutę do startu. Znów chwytam zegarek i uf. Reset. Łapie sygnał. Życzymy sobie powodzenia i ruszamy pod górę.

Profil zapowiadał interesujący bieg, pierwsze 10 km jakieś 400 m w górę.
Staram się biec wolno mając wizję wszystkiego co nieznane. Co chwila ktoś mnie wyprzedza, co jakiś czas ja wyprzedzam innych. Wokół śnieg, chwilami spada z drzew i trafia w oczy. Nie jest źle. Wolno. Pierwszy kilometr 7:45, przedziwne uczucie, drugi normalniej - 5:54, trzeci znów w okolicach siedmiu minut. Jak te kilometry się wloką... Ciągle w górę. Przed startem ustaliliśmy z Justyną, że podbiegi robimy marszobiegiem, ale póki co ciągle biegnę. Po 5 km trasa skręca w tył na prawo, wolontariusz mówi, że góry zaczną się za 2 km, a już teraz robi się bardziej stromo.

Nadal biegniemy szeroką dróżką, gdzieniegdzie widać ślady quada, który prowadzi czoło biegu. W okolicy siódmego kilometra mijamy wracającego przewodnika, trasa jest coraz węższa. Wbiłem się w grupkę biegaczy, co chwila jeden pokrzykuje do kogoś z przodu by zwolnił. Tak nam mija kilkaset metrów, co jakiś czas wymieniamy pojedyncze zdania. Są z Wrocławia, gdy dowiedzieli się, że jestem z okolic Bydgoszczy pytają czy chciało mi się jechać taki kawał.
Na trasie pierwsze powalone drzewo, przeskakujemy je w miarę sprawnie. Po chwili kilka kolejnych. Zaczynają się duże kamienie i lawirowanie pomiędzy nimi wąską ścieżką. Robi się stromo, zaczynają się zaśnieżone schody. Od końca ósmego kilometra idziemy. Dałbym radę szybciej, ale nie ma szans na wyprzedzenie. Za swoimi plecami słyszę jak dowódca wrocławian zarządza wciągnięcie żelu. Faktycznie! Planowałem zrobić to po ośmiu kilometrach! Punkt żywieniowy będzie dopiero na czternastym. Wciągam, opakowanie ukrywam w małej kieszonce plecaka. Biorę kilka łyków lodowatej wody.

Wdrapujemy się wąską stromizną pomiędzy kamieniami, chwilami zapieram dłonie na kolanach. Po 9 kilometrach trasa nagle schodzi ostro w dół. Zrobił się straszny zator, bo zejście zaczyna się dwoma wielkimi, oblodzonymi głazami. Tuż przed nimi na śniegu widać czerwoną plamę krwi. Gdy inni zjeżdżają na tyłkach ja staję z boku i wygrzebuję lidlowskie nakładki na buty, będzie bezpieczniej. Faktycznie, daje się zejść bez większych poślizgów.
Mija chwila tasiemcowego marszu i trasa znów wędruje ostro pod górę. Na 10 km ma być szczyt Ślęży, dalej będzie tylko w dół. Na dwa dni przed startem planowałem, że tam mocno przyspieszę, ale wówczas nie było jeszcze śniegu...

Wspinamy się, zegarek pokazuje 9,3 km, widzę wolontariusza, skręcamy w lewo, nagle przede mną wysoki mur kościoła. W prawo, zaczynają się schody. Ktoś idzie wolno, ja po zalegającym na nich śniegu niemalże zbiegam. Ślęża. Miga mi krzyż, gdzieś powinien być pogański niedźwiedź, ale nie ma czasu na rozglądanie się. Jak to jest, że chrześcijaństwo właziło ze swoimi buciorami w miejsca kultu uświęcone od kilku tysięcy lat?

Zakręt w prawo i zaczyna się zbieg. Puszczam nogi, tempo zaczyna gwałtownie rosnąć. 4:20-4:40, mam wrażenie, że lecę na złamanie karku. Wyprzedzam kilkanaście osób, które są zdecydowanie wolniejsze. Nakładki z lidla dają radę, tylko raz wpadam w poślizg. Jeszcze szybciej, wycieram łzy z oczu i próbuję się nie rozpędzić za bardzo. Po chwili trasa się wypłaszcza i ja zwalniam.

Dwunasty kilometr i niespodzianka - wolontariusze mają wielki termos z gorącą herbatą. Zatrzymuję się, wypijam ćwierć kubka, resztę zatapiam w śniegu i znów biegnę. Teraz już wolniej, ale nadal z myślą, że od kilku minut będzie tylko w dół. Nagle myśl! Zwolnij, to dopiero połowa biegu! Fakt, podbieg za tobą, ale trzeba jeszcze zrobić jakieś 12 kilometrów!

No to zwalniam. Trasa znów zaczyna falować, na szczęście podbiegi są o minimalnym nachyleniu. Co z tego, skoro nogi zaczynają boleć?

Zakręt w prawo, 14,3 km, punkt żywieniowy. Izotonik, herbata, barszcz, zupa pomidorowa, ciastka, banany... Full wypas! Wolontariusze uwijają się jak mogą. Biorę herbatę i ciastko ze śniegiem. Po chwili kolejne dwa i proszę o dolanie herbaty, bo szkoda brać kolejny kubek. No i parzę sobie podniebienie wrzątkiem. Spędzam tu trzy minuty i ruszam dalej. Co prawda to nie ultra, ale nie ma się co spieszyć. Nie ma szans by zmieścić się w 2,5 godziny.

Ruszam. Brzuch pełen, biegnie się dobrze. 16 km w 7 minut, 17 w 5:16,  18 w 5:42. Nieźle. Trasa lekko się wznosi, ja zaczynam się męczyć psychicznie. 18 km pod górę, nie odpuszczam, truchtam, podobnie jak jeszcze dwie inne osoby. Pozostali idą, doganiamy ich, wyprzedzamy. Tempo spada, 6:28, 5:58, 6:08, 6:21. Chrzanić tempo, wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy, a ja nie mam ochoty się ich uczepić. Biegnę i szybko pojawia się myśl, że przecież nie ma sensu się ścigać, że dotrę do mety, ale szarpać się? Na 21 km przypominam sobie, że przecież 1-2 km temu chciałem wziąć żel. Bez sensu. Jeść go na ostatnie 3  km? Bez sensu...

Nie chce mi się. Przekładam nogę za nogą, stawy skokowe bolą po kilku kawałkach z małymi kamieniami, które mocno wyginały mi stopy. Podeszwy też bolą. Może to przez nakładki? Biegnę, pora na doping, wygrzebuję słuchawki, rozplątuję, podłączam telefon i równo na 22 km uruchamiam Mam tę moc. Biegnę tak do mety. Znów pojawiają się podbiegi. Nie są może jakieś mocne, ale są, więc robię to co pozostali, włączam marszobieg. Kawałek szybkim marszem, kawałek truchtem. Do tego drzewa trucht i dalej marsz. Na zegarku 23 km, więc jeszcze jakieś 1,5. Dodaję 300-500 m, bo kto wie ile doda zegarek? Lepiej się zdziwić metą, która pojawi się szybciej niż myślałem niż oczekiwać jej przez kolejne metry.

Pojawia się wolontariusz, mówi, że jeszcze kawałek. Zakręt w lewo i widać bramę mety, przyspieszam i wbiegam zadowolony. "Połówka czy maraton?" Połówka. "To na lewo" Dostaję medal, dzwoni, wygląda jak ceramiczny dzwonek. Idę, nalewam barszcz, biorę zupę gulaszową, wchodzę do wielkiego namiotu i moje nozdrza uderzają opary przyprawionego wina. Siadam, zjadam większą część porcji, ale zupa jakoś mi nie wchodzi.
Czas 2:41:29. Zerkając później garmin obliczył, że czas ruchu to 2:31:40

Odbieram ciuchy z depozytu, wracam do namiotu. Cholera, nie wziąłem podkoszulka, nic to, zdejmuję to co mam na sobie, zakładam ciepłą bluzę, kamizelkę, kurtkę, na nogi ortaliony. Buty i skarpety mam mokre. Ruszam po barszcz, ale wybieram herbatę miętową, biorę dolewkę. I jeszcze barszcz. Słyszę, że zapraszają na pomidorówkę, ale nie korzystam. Wracam do namiotu i czekam na Justynę. Będzie 30 minut po mnie? Może później? Kto wie?

Ktoś opowiada, że strasznie zdziwił go dystans. Jak to w połówce nastawił się na 21 km, wyszły 24. Podobnie jakaś dziewczyna. Faktycznie, w regulaminie pisano o 21 km, na facebooku o 24. Czekam. Zimno w nogi. Biorę kolejną herbatę i wymyślam, że przytnę dwa kawałki folii nrc i owinę nimi stopy. Zdejmuję skarpety, nakładam folię, naciągam skarpety. Nie zauważam różnicy. Stopy rozgrzeją się dopiero w marszu. W międzyczasie biorę kubek grzanego wina, to specjał z lokalnej winnicy, niestety czekają na banderole akcyzowe. Szkoda, bo myślałem, że kupię butelczynę. Jest całkiem niezłe.

Wychodzę przed namiot i widzę na mecie Justynę. Zamieniamy parę słów, wręczam jej kubek z winem. Na jedzenie nie ma ochoty. Widać, że jest zmęczona, ale uśmiechnięta. Gadamy, odbiera depozyt i po chwili ruszamy na kwaterę.

Dwoje wariatów. Targać się przez pół Polski by pobiec pod górę. Justyna wspomina o starszym panu, który na trasie mówił, że startował w górskim maratonie w Gruzji. Tam było lajtowo, o wiele lżej niż tu na półmaratonie. Idziemy, gadamy, śmiejemy się. A może by tak wejść dziś na Ślężę i zobaczyć niedźwiedzia? Plan jest dobry, nogi nie bolą jakoś szczególnie.

Gdy już się ogarnęliśmy zabraliśmy nasze rodziny i ruszyliśmy. Co prawda był plan ataku na Ślężę, ale z racji późnej godziny wybraliśmy wizytę w biedronce. Kupiliśmy jakieś jadło, popitkę i wróciliśmy na kwaterę. Ślężę przenieśliśmy na niedzielny poranek.

Szlak czerwony, najkrótszy. Nieopatrznie wziąłem wysokie buty trekingowe, które kompletnie nie radzą sobie na ubitym śniegu i jeżdżą gdzie chcą i jak chcą. Po pierwszych 300 metrach podejścia dotarliśmy do trasy maratonu. To druga pętla, wchodzimy na jej spory fragment, z długim, mocnym podbiegiem. Oj tu musiało wczoraj boleć. Fragmenty drugiej pętli przemierzamy jeszcze w innym miejscu, znów są ze sporą stromizną. A może by tak za rok, albo dwa zrobić całość?

Na Ślęży udaje się zlokalizować niedźwiedzia. Ba! Okazuje się, że oprócz kościoła są tam jeszcze dwa budynki i wieża nadawcza! Coś, czego 24 godziny wcześniej nie widzieliśmy! Zejście to makabra. Buty co chwila uciekają. Czworogłowe ud bolą, ale po chwili zostają zastąpione przez mięśnie podudzi oraz rozcięgna podeszwowe. Oj jak ciężko nam się schodzi. Na co nam to było? Dla dobrej zabawy!

Nadal nie wiem z czym zjeść góry, ale kiedyś się dowiem. Póki co chcę je pałaszować tak jak mi wyjdzie.

2 komentarze:

  1. Ładna relacja :) Polecam w 2017 maraton. Wedle moich danych to najłatwiejszy górski maraton w Polsce, w sam raz by się zapoznać z dystansem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyślę, póki co z górskich na przyszły rok kusi Rzeźnik i Chojnik.

      Usuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...