27 grudnia 2015

W pogoni za

Listopad przebomblowałem. Parę biegań, najmniejszy dystans  w tym roku, raptem 75,32 km. Od drugiego tygodnia grudnia wziąłem się ostro do roboty. Co prawda mam kłopot, bo plan Danielsa przewiduje 26 tygodni treningu przed maratonem, a mi zostało 21, ale coś się skombinuje. Robię teraz maksimum 78 km w tygodniu, ale w tym trochę dodam.


Plan na niedzielę 21 km, wtorek-czwartek po 15. Wszystko po to by dogonić coś, co jest w zasięgu ręki. 2200 km w 2015 roku.

Za mną 4 dni biegania. W środę 14 km, w czwartek sesja jakościowa z biegiem w tempie progowym 4x1,6 km i rytmami 400 m (przyznam, że rytmy biegłem na maksa i daleko mi do tempa z września).
Piątek i sobota to wycieczki w las. 15 i 10 km na wolny bieg i pogaduchy.
Tak, tym razem nie biegnę sam. Parę tygodni temu Justyna oznajmiła, że wyprawia hurtową wigilię, zaprasza rodziców, teściów, ciotki. Załatwi wszystko w czwartek, a w piątek przyjeżdżają do nas i pobiegamy.

Ruszyliśmy tuż przed południem. Bez zaplanowanej szczegółowo trasy. Prosto, obok kamienia upamiętniającego radzieckiego żołnierza, który zginął w 1944 roku (co on tu robił na kilka miesięcy przed wyzwoleniem tych ziem?), przeskok przez asfalt, prosto, w lewo, znów w lewo, z krótką przerwą na zrobienie zdjęć leśnego paśnika. Dalej bez planu.


A może w prawo? A teraz prosto. O! Tu jest fajny podbieg - dawaj.

Gdzie jesteśmy? Nie wiem. W lesie. Tam z tyłu, na lewo jest dom. Trzeba będzie skręcić w lewo, jak dotrzemy do drogi, którą jeżdżą samochody znów w lewo, a później się trafi. Las jest logiczny. Tak sądzę.

Rozstaj dróg. W którą? Hmmm. Pod górkę. Właściwie dopiero drugi raz mam okazję przekonać się jak pofałdowana jest zachodnia strona lasu. Znam ją pobieżnie, z kilku wybiegań i przejazdów rowerem, które przebiegły po głównej drodze. Zabudowania w lesie. O! Szału nie ma mieszkać na takim odludziu. Już wiem gdzie jestem. Trafiłem tu raz czy dwa. Tak jak teraz - zupełnym przypadkiem. No to przed nami droga do domu. Wkrótce pod górkę, zbieg, zakręt w prawo, podbieg, na krzyżówce w lewo i prosto. Patrzę na zegarek. Pewnie zbraknie nam nieco do zakładanych 15 km.

Zbliżamy się do asfaltu, mijamy spacerującą parę, kobieta niesie kijki do NW. Dlaczego niesie?

Na asfalcie w prawo, jakieś 100 m i skręcamy w las. Gdy dobiegliśmy stwierdziłem, że biegniemy prosto i przemkniemy drogą, którą jeżdżą czasem leśnicy. W okolicy przystanku (jak w dwóch innych miejscach) ślady bytności samochodziarzy bez mieszkań. Albo bywalców dyskotek. Papiery po kebabach, kubki, flaszki. Gdzieś miga pudełko po gumkach. Gdzie obiecane mieszkania dla młodych? Wystarczyło tylko na samochody?

Gdy tylko pojawia się błoto wbiegam w nie z lubością. Sprawdzam jak zachowują się buty, a te nieźle trzymają trakcję. Nic to, że będą brudne. Jak skręcimy w lewo i z prawej strony pojawi się pole do domu zostaną 2 km. Tak, trzeba będzie dorobić gdzieś ze 300 metrów. Niewiele jak na wybieganie bez zaplanowanej trasy.

Biegniemy przez pola. Starą drogą, którą 120 temu można było wydostać się ze wsi. Aż dziw, że konie dawały radę ciągnąć tam wozy.


W domu nagroda. Staję w kuchni i kończę obiad, który zacząłem szykować rano. Szare kluchy. To danie, które pozbawia mnie wszelkich hamulców w kwestii ilości przyjmowanego pokarmu. Potrafię zjeść 150% normalnej porcji, a może więcej?

Sobota. Kto kawa i banan, ten kawa i banan, kto herbata i chleb z miodem ten wciąga to. Zbieramy się późno. 15? 10? hmmm Zróbmy 10 km, wszak na niedzielę w planie 21. Znów bez większego planu. Obok cmentarza, rzeczka, pod górkę (fajne miejsce na postawienie domu, trzeba by tylko wygrać parę milionów w totka).

Z prawej zaczyna się las. No to hop. Od tej strony jeszcze go nie atakowałem. Drogę nieco znam, raz tam zbłądziłem gdy zachciało mi się uciec z przetartego szlaku. Wówczas skończyła mi się droga. Dziś będzie to samo, ale w przeciwnym kierunku. Osobówką tam nie wjedziesz, zbyt nierówno. Co jakiś czas powalone wiatrem drzewa. Głównie brzozy. Skręcamy w lewo, po chwili biegniemy wzdłuż urwiska, na dnie którego płynie kolejna rzeczka. Bardzo malownicza okolica. Nagle droga się urywa. Zaczynamy maszerować przez leśne chaszcze i w końcu docieramy do rzeczki. Tym razem w innym miejscu, ale znów z wiatrołomem leżącym nad korytem. Wchodzę, krok za krokiem i jestem na drugim brzegu. Wyciągnąłem telefon by zrobić zdjęcia przechodzącej Justynie. Przymierza się, kombinuje, koniec końców schodzi w dół na kamień i przeskakuje.



Wspinamy się na skarpę i wracamy do biegu. Pod stopami dywan z liści dębu i buku. Gdzieniegdzie kałuża i błoto. Wracamy na główną drogę by po kilkuset metrach uciec w prawo. Za nami 5,5 km, gdy zarządzam skręt w prawo. Drogi niemal nie widać, sam przez chwilę muszę się zastanowić gdzie powinna być. Przed nami bardzo pofałdowana droga wiodąca przez miejsce, które jeszcze rok temu było lasem. Teraz po bokach mijamy ogrodzone fragmenty z młodnikiem. Gdzieś obok kawałek z kilkunastoletnimi dębami dzielnie trzymającymi wyschnięte liście. Przez głowę przeskakuje mi Weronika, której zdążyłem to pokazać i bez problemu poznawała dęby w zimowej szacie.


Zarządzam szpulę. Biegniemy szybko, każdy swoim tempem. Wchodzi w nogi i płuca. Gdy dobiegłem do końca czekam na Justynę, po krótkim odpoczynku wracamy. To w sumie świetne miejsce na zrobienie biegowych zdjęć, muszę tylko wykombinować fotografa, który ogarnie kadry siedzące w mojej głowie. Marku, nie wybieracie się do nas w okolicy przedwiośnia?

Po kilometrze dobiegamy do drogi, którą przemierzyliśmy wczoraj, skręcamy w prawo by dorobić jakieś 500 metrów, których zbraknie nam do dychy. Znów uciekamy w zapomnianą leśną dróżkę. Z lewej, w dole, jakieś zarośnięte oczko wodne. Pod stopami mokra trawa i połacie ziemi zrytej przez dziki.

Tuż przed domem zegarki oznajmiają 10 km. Rzucam pytanie czy dorabiamy jeszcze pięć. Justyna jest chętna, ale szybko wybijam jej to z głowy. Wracamy, śniadanie, siadamy z naszymi małżonkami do gier planszowych.


Ot leniwe dwa dni.

A dziś zacznę pogoń za brakującymi kilometrami. Jeszcze trochę i ruszę w poszukiwaniu oczka. Czy ja mam ochotę na 21 km wokół domu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...