06 grudnia 2015

Dlaczego nie poszedłem na budownictwo?

5 grudnia to dzień tuż przed wybuchem mikołajowego szaleństwa. Niestety dożyliśmy czasów unifikacji i koszmarnego pomieszania. W 99% właściwego św. Mikołaja - biskupa - zastąpił krasnal z reklamy coca coli. Tenże krasnal pojawia się jeszcze na Boże Narodzenie (nie wiem czy to ten sam, ale spóźniony, czy inny, a może to ten sam, tyle że tak mu się spodobało prezentowanie, że chodzi z repetą).

W ramach mikołajowego szału w Bydgoszczy zorganizowano kolejną akcję zbierania funduszy na paczki dla podopiecznych Stowarzyszenia Piecza Zastępcza. W tym roku do tradycyjnego meczu piłki nożnej dorzucono sztafetę. Założenie proste. Drużyna trzyosobowa, czas trwania 60 minut. Drużynę Ortimed Runners Team zgłosiłem dawno temu.
fot. facebook.com/BydgoscyBiegacze


Do Bydgoszczy dotarłem dość późno, zaliczyłem jeszcze sklep by kupić mikołajkowy prezent dla Natalki. W centrum handlowym patrzono na mnie dość podejrzliwie. Facet w kurtce i leginsami na nogach nie może wyglądać normalnie. Do tego leginsy mięsiste więc... Zakupy załatwiłem szybko i podreptałem na pobliski stadion TKKF przy ul. Słowiańskiej (znany mi, bo dwa razy robiłem na nim nocny trening).

Do biura zawodów kolejka, ale dało się ją szybko obsłużyć. Zimno. Niby 8-9 stopni, ale parszywy wiatr. Winna wiatru szybko się znalazła, to jedna z zawodniczek, która startowała w czerwonej, tiulowej spódnicy. Jak sama stwierdziła wiatr miał być by podwiewać spódnicę i dekoncentrować rywali.
fot. facebook.com/BydgoscyBiegacze

Zasady wprowadzono proste. Na początku każdego okrążenia wolontariusze dają jeden klocek, który następnie trzeba zostawić w swoim boksie w strefie zmian. Zwycięzcą zostanie drużyna, która zbuduje najwyższą wieżę.

W międzyczasie zamieniłem parę zdań ze znajomymi, z Justyną i Kasią nawet nie omówiliśmy strategii, bo ich dzieciaki startowały w biegu dziecięcym. Tu miała miejsce zabawna sytuacja. Do pokonania było ok. 100 m, ale jak się dzieciarnia rozpędziła to przebiegła pełne kółko.
fot. facebook.com/BydgoscyBiegacze

Moja rozgrzewka była wybitnie krótka, musiało mi wystarczyć jedno okrążenie. Zrobiłem je z wielką przyjemnością, bo wiatr strasznie dawał się we znaki. Nawet nie zauważyłem kiedy musiałem pojawić się na linii startu. Niemal się spóźniłem.

Ruszyliśmy, ja na samym końcu. Pierwsze 20 metrów z Anią, później przyspieszyłem. A ludzie gnali jak wiatr. Ciężko było ich gonić. Okrążenie jakoś minęło, ale szału nie było. Za mną pobiegła Justyna, Kasia trzecia. W przerwach na plecy wrzucaliśmy kurtki, bo wizja złapania przeziębienia była realna.
fot. facebook.com/BydgoscyBiegacze

Wokół wesoło, żarty, drużyna nr 9 biegła po 2-3 okrążenia i dopiero robiła zmianę. Spieszyli się tak, że trzeba było uważać na rzucane przez nich klocki. Po trzecim okrążeniu zacząłem czuć się dogrzany i biegło mi się dość dobrze. Tętno nie szalało, ale oddech tak. Przełączyłem zegarek na ekran z tempem okrążenia i kadencją. Tempo zaczęło oscylować w okolicach 3:40, kadencja w pewnym momencie pokazała 202, więc zwolniłem, ale i tak przekraczała 190 kroków/minutę.

Czas płynął szybko. Kasia zaczęła narzekać na nogi, Justyna po każdym okrążeniu wyglądała jakby miała umrzeć. Dziewczyny przykładały się do rywalizacji. Dla Kasi 400 m interwału to nowość, nie biega takich historii. Justyna? No cóż... Pierwsze okrążenia tempem w okolicy 5:10. Narzekała, że za szybko i musi zwolnić. Zwolniła tak skutecznie, że tempo wynosiło 4:50, a na którymś z kolei okrążeniu 4:30. Tak szybko zazwyczaj nie biega. Trochę w tym szaleństwa, bo w niedzielę czekał ją Półmaraton św. Mikołajów.

fot. Robert Gąsiorowski

W okolicach 18 okrążenia Justyna przybiegła z dwoma klockami i powiedziała, że dzieciaki dają po dwa, niektórym po trzy klocki. Podobnie Kasia. Ja jakoś nie trafiłem na promocję. Wyruszyłem na kolejne okrążenie. Prowadzący zapowiedział, że zostało 11 minut. Gdy skończyłem Kasia stwierdziła, że następny raz biegnę dwa kółka, ale sprostowałem ją i oznajmiłem, że mogę wskoczyć po niej i po Justynie. Kasia pobiegła. Dotarła do strefy zmian bez klocka, okazało się, że ich zabrakło. Ogłoszono koniec zawodów i zaproszono nas w pobliże murawy by budować wieże.
fot. facebook.com/BydgoscyBiegacze
No to poszliśmy. Nie zastanawiałem się jak budować by nasza konstrukcja była najwyższa. Wiedziałem. Tak jak wie się jak trzeba oddychać. Łączyliśmy klocki w szeregu i postawiliśmy do pionu. Szybko trzeba było przemontować podstawę, przekonstruować elastyczne miejsca i spróbować osłonić to od wiatru. Gdy przyszło do pomiaru wieża nie chciała stać, ale pozwolono nam na poprawkę. Kolejny raz odjęliśmy parę klocków z góry, kilka zamieniliśmy miejscami, te odjęte dołożyliśmy do podstawy i wyszło, że wieża ustała w momencie mierzenia. 83 cm. Najlepszy wynik.

No to wygraliśmy. Trochę biegiem, trochę sprytem. Wyszły godziny spędzone z Wierką przy tworzeniu najróżniejszych budowli z identycznych klocków. Dlaczego nie poszedłem na budownictwo?
Statuetka (z podmianą, bo ktoś nieopatrznie dał nam za trzecie miejsce - czego nawet nie zauważyliśmy), zdjęcia, parę zdań i trzeba było wracać, bo zimno znów wchodziło pod kurtkę i przewiewało przez cienkie spodnie. I tyle. Kolejna sztafeta 6 stycznia. Tym razem 3x3000 m. To już będzie inna zabawa. Nie lubię takich dystansów. Lepiej biega mi się czterysetki w okolicach 1:30 każdą, ale cóż. Trzeba będzie się przemóc i pobiec tempem poniżej 4 min/km.
fot. Bogumiła Muller




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...