11 listopada 2015

Uśmiech sześciolatki

19 Bieg Niepodległości Pigża. To taki bieg, na który chciałbym wracać co roku. Niestety w przyszłym nie zdołam. W tym udało mi się jakoś wyrwać od obowiązków służbowych dzięki łaskawości szefa, ale w przyszłym nie ma zmiłuj - 9 Nakielski Rowerowy Rajd Niepodległości.

Rano wstawało się ciężko. Wyjechaliśmy ciut później niż chciałem, ale mieliśmy jeszcze rezerwę czasu. Krótko przed wyjazdem Justyna pytała, o której są biegi dzieci bo Natalka była chętna. W regulaminie widniało enigmatyczne "Zapisy do biegów dziecięcych i młodzieżowych od godz. 08.00 do 09.45 w Szkole Podstawowej w Pigży, - Początek rywalizacji o godz. 9:00" więc wkleiłem jej nr telefonu osoby odpowiedzialnej za organizację zawodów.

Mżawka, w sumie lekki deszcz. Wycieraczki zamiatają szybę, więc można jechać. Po drodze prośba od Justyny o to byśmy zapisali Nati na start jeśli będziemy przed nimi, ale szybko się okazało, że są przed nami o dobre parę kilometrów. Zerkając na zegar kiepsko widziałem szanse na start Natalki.

Pigża. Znów multum samochodów, wjeżdżamy na okazjonalny parking. Inwazja biegaczy, pewnie jest ich więcej niż mieszkańców wsi. W biurze zawodów szybko załatwiamy co trzeba, spotykamy się z Justyną i jej rodziną oraz z Kasią. W międzyczasie trafia się też paru znajomych. 

Zerknąłem w komórkę, a tam krótki wpis, że nie zdążyli na biegi dzieci. Krótka wymiana zdań z Justyną, szukamy miejsca gdzie zapisują dzieci. Zwinięte. Zdaje się, że oznajmiłem, że idziemy na start sprawdzić co się da załatwić, może puszczą ją na jedno kółko ze starszą grupą. Kicha. Już po wszystkich dziecięcych i młodzieżowych biegach. Dziewczyny czekają, ja rozmawiam z prowadzącym zawody i wyjaśniam co i jak. Ustalamy, że Nati przebiegnie jedno kółko i dostanie medal. Justyna wybitnie zdziwiona. "Ale już? Teraz?" Zdejmuje kurtkę Nati, zostawia torebkę. Biegną. 

Gdy zbliżają się do mety organizatorzy są już w gotowości. Jak na prawdziwym wyścigu. Pokrzykują, biją brawo, zakładają medal i przybijają piątkę. 

Uśmiech sześciolatki. 

Jak niewiele zachodu trzeba by sprawić dziecku tyle radości. 

Wracamy pod dach. Trochę rozmawiamy, mamy głupawkę. Na bieg miałem plan, ale weryfikuję go widząc Madzię gdy staliśmy w kolejce po pakiet. Rok temu było nas tam więcej, choć tylko dwójka z nas biegła. Odpuszczam ściganie, dziś będzie wolno, gdzieś na końcu stawki. Justyna postanowiła się dołączyć.

Rozgrzewka dowodzi, że mimo wiatru jest bardzo ciepło, więc rezygnujemy z cienkich kurtek. Ustawiliśmy się na końcu stawki i po chwili ruszyliśmy. Ledwo przekroczyliśmy matę Madzia zaczęła gimnastykę by zawiązać but. Dale jest spokojniej, żałuję, że nie mam flagi. Miałem nawet plan, że jeśli będzie jakaś na przydrożnym słupie to pożyczę i oddam po biegu. Nie było.

Gdzieś w okolicy 1 km obsługa karetki pyta czy nas podwieźć. Zamieniamy parę zdań, w końcu dobiegamy do wąwozu. W tym roku trasa biegnie w odwrotnym kierunku. Zaczynamy wąwozem, kończymy ścieżką rowerową. 

Wąwóz przeuroczy! Przyspieszam, wyciągam telefon i robię dziewczynom parę zdjęć. Z górki, pod górkę. 

Gdy wybiegliśmy na drogę gruntową trafiliśmy na kibiców. To znamienne dla Pigży. Gdzieś na końcu osiedla domków trafiają się chętni by stać i wspierać biegnących. Tych na końcu stawki również. Obok kibiców dwa leżaki. Ja nie skorzystam? Ja? Daję telefon by zrobiono mi zdjęcie, Madzia się po niego wyrywa, ale Justyna stwierdza, że ma biec, a my ją zaraz dogonimy. Tyram na tym biegu tak, że aż muszę poleżeć.

Biegniemy, gadamy, pierdołkujemy. Madzia skupiona, rzadko się odzywa. Widać  nie jest jej lekko, ale staramy się pilnować i dostosowujemy nasze tempo do tego co nam dyktuje. Wreszcie jest. Zamek Bierzgłowski. To kolejne magiczne miejsce na trasie. Wąski most, furta i już jesteśmy na dziedzińcu. Pięknie tu. 



Przed nami kilka kilometrów asfaltu. Za nami jeden wyprzedzony biegacz. Do dwóch osób przed tracimy ok. 50 metrów. Nie gonimy. Czuję, że to kwestia czasu. Im dalej bym bardziej jestem tego pewien. Kobieta walczy marszobiegiem, co jakiś czas idzie. Gdy niemal czuje nasz oddech na plecach wraca do truchtu i lekko od nas odchodzi. Nam jest nadal wesoło.

Madzia twardo i konsekwentnie, choć jak na jej możliwości tempo jest wolne. Potrafi biegać ok. minuty szybciej. 

Głodny... Oj jakbym coś zjadł. Podobnie Justyna. Madzia? Chyba żywi się endorfinami. Justyna zaprasza nas po zawodach do domu na kawę. Pod warunkiem, że nie będzie musiała sprzątać. Po kilkuset metrach z kawy robi się pizza. Głodni! 

Wreszcie docieramy do zakrętu w prawo. Opuszczamy drogę, wbiegamy na ścieżkę rowerową. Tu wyprzedzamy zawodniczkę walczącą marszobiegiem. Kilkadziesiąt metrów przed  nami widzimy kolejnych. Czy ich dogonimy? Pewnie tak. Jesteśmy trochę jak lokomotywa wąskotorówki. Wolni, ale konsekwentni. Jak się rozpędziliśmy to utrzymujemy prędkość. Zdaje się, że ścieżka rowerowa biegnie dawną trasą wąskotorówki. Po prawej co chwila miga nam piękny wąwóz. 

Wyprzedzona próbuje walczyć, widzę ją jakieś 20 m za nami. Przebiegamy pod jakimś wiaduktem. Po chwili wyprzedzamy kolejną trójkę zawodników. Madzia daje radę. My na luzie. No, Justynie trochę ciężko się rozmawia. Koniec ścieżki, wracamy na drogę do Pigży. Jakieś 1,5 km przed nami. Znów ktoś przed nami walczy marszobiegiem. Zdążymy wyprzedzić?
Na drodze tłok, pojawiają się pojedyncze samochody z zawodnikami, którzy już dotarli na metę. Paru kibiców nas dopinguje, ktoś macha z samochodu, Kasia nas na nas trąbi. Fajno. Wesoło. Tempo wzrosło o dobrą minutę. 

Siadamy na plecach kobiety, jesteśmy 5 metrów za nią, gdy zaczyna iść doskakuję do niej. Zrywa się do biegu, więc ja przewrotnie zwalniam. Bardzo zwalniam. Niech myśli, że nie musi się ze mną ścigać. Madzia z Justyną nas doganiają. Rywalka odskakuje na parę metrów. Jeszcze 400 metrów do mety. Mamy czas. Rozpędzonej wąskotorówki nie da się zatrzymać. Skręcamy w prawo na gruntową drogę. Justyna opowiada nam, że w tym miejscu, rok temu, miała agonię biegacza. Nasza rywalka znów przechodzi do marszu, a w lokomotywie ktoś dorzuca do kotła. Tartan. Para buch. Przyspieszamy. Mocniej i mocniej. Poganiam nieco Madzię i rozpędzona wpada na metę. 

Koniec. Pigża za nami. Jeszcze tylko błogosławieństwo zegarka
zdjęcie z Piotrem, 
grochówka (smaczna), zamienione parę zdań przy stole i powrót do Bydgoszczy. Tam nagroda w postaci największej pizzy jaką widziałem. Ledwo zmieściliśmy się do windy.
A w domu okazało się, że zwinęliśmy Justynie medal :D
Tyle. 

I uśmiech sześciolatki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...