09 listopada 2015

... patrzy

Byliśmy turystami. Od długiego czasu planowaliśmy odwiedzić mieszkającego w Łodzi kuzyna Madzi. Było parę podejść, ale zawsze coś wyskakiwało. Wreszcie, ze 2 miesiące temu klamka zapadła. 6-8 listopada. Przy okazji wizyty postanowiliśmy (a może jej termin dopasowaliśmy?) wystartować w łódzkiej edycji City Trail.
U Ani i Michała zameldowaliśmy się w sobotę. Czas zszedł nam na rozrywkach - jedzeniu, jedzeniu, grze w Carcassonne, jedzeniu i gadaniu chyba do 1 w nocy. Z łóżka wyskoczyliśmy o 8:20, wciągnęliśmy szybkie śniadanie i tuż przed 10 ruszyliśmy (dziwnie wyjeżdżać tak późno).

Biuro zawodów zorganizowane jest na stadionie Łodzianki w Parku 3 Maja. 3 namioty (wydawanie numerów, strefa fizjo i punkt żywieniowy) oraz budynek (szatnie, wc, depozyt). Ciasno tam, ale zdążyliśmy przed tłokiem. Szybko odebraliśmy numery i czipy i z towarzyszącym nam Michałem ruszyliśmy na bieżnię.
 

Akurat trwały przygotowania do startu najstarszej młodzieży. Spiker tłumaczył co i jak, pętla wokół stadionu, wbiegnięcie na wał i w park. W sumie 2 km. Ruszacie na komendę 3,2,1 start. Przyznam, że Benek na bydgoskim (i poznańskim) biegu ma 100 razy większego gadanego.
Młodzież w gotowości, start. Ruszyli. Patrzę, a tu chłopak w czarnych spodniach z niebieskimi wstawkami rwie niemal jak Marcin Lewandowski na 800 m. Po 100 m ma 10 m przewagi, po 200 dołożył kolejne 10. Mówię do Madzi i Michała, że źle skończy. 300 m i przewaga stopniała do 5 metrów, pierwsze okrążenie skończył w okolicach 4-5 miejsca. Pobiegli w park, niemal zniknęli z oczu, po paru minutach pojawiają się pierwsi zawodnicy, a naszego "Lewandowskiego" brak. Sporo z nich ukończyło, a "Lewandowskiego" wciąż brak. Pytam gdzie chłopak w czarnych spodniach i po chwili Michał oznajmia, że właśnie zszedł na trybuny. Ktoś go jednak upomniał, że powinien ukończyć bieg i wkulał się jakoś na metę. Nie ma to jak zacząć zbyt ostro.

Ruszyłem do biura zawodów oddać bluzę. Po krótkich poszukiwaniach okazało się, że jest w budynku. Szybko dowiedziałem się, że jeśli nie mam swojego worka depozytu nie przyjmą i mogę, na własną odpowiedzialność, powiesić bluzę w niestrzeżonym pomieszczeniu obok. Pozostało mieć nadzieję, że Michał zostanie by pokibicować nam, a nie wróci do domu by kibicować Ani. Został.

Gdy zostawiałem mu bluzę dowiedziałem się, że Madzia zrobiła coś niebywałego. Poszła na rozgrzewkę! Faktycznie, biegła 200 m przede mną. Ruszyłem i ja. Truchtu, truchtu, wiatr w pysk. Mocny wiatr. Strzeliłem nieco ponad 4 okrążenia, rozciągnąłem się, zrobiłem 3 przebieżki po ok. 100 m i wiedziałem, że będzie ciężko.

Roztrenowanie. Po maratonie zrobiłem roztrenowanie. Przebiegłem się w pomaratońską środę i później przez 16 dni nic (za wyjątkiem 22,53 km rowerem). Od 12 października przebiegłem łącznie 28,68 km. Co to mogło wróżyć? Nic dobrego. City Trail w Łodzi miał być sprawdzianem formy po roztrenowaniu, ale ile wybiegać? Postanowiłem spróbować zejść poniżej 22 minut, zaryzykować tempo 4:20 min/km. Najwyżej nie uciągnę.

Z każdą chwilą na bieżni pojawiało się coraz więcej zawodników. Jak zwykle nie skorzystałem z dobrodziejstw oferowanej rozgrzewki. Wreszcie zaproszono nas na linię startu. Mimo silnego wiatru postanowiłem pobiec na krótko i zrezygnowałem z cienkiej długiej bluzy i nałożonej na nią koszulki na rzecz tej ostatniej. Godzina 10:57. Czekamy. 11:01. Czekamy. Kierownik startu nie wrócił z obchodu trasy. Wreszcie o 11:05 ruszyliśmy.

Lewa, prawa, lewa, prawa...  4:06 min/km. Za szybko. Tłoczno, wszyscy gnają. Fakt. Ustawiłem się w pierwszej części stawki. Okrążenie w 1:42, prosta i wbiegamy na wał okalający bieżnię, skręcamy w lewo i po chwili wybiegliśmy ze stadionu. Przed nami długa i szeroka parkowa alejka. Miejscami miękki grunt, miejscami kałuże, biegnę lewą, w miarę twardą stroną. Zegarek pokazuje 4:10. Myślę by zwolnić, ale nogi się nie buntują. Tętno jakieś 186. Pierwszy kilometr w 4:13. Bardzo szybko. Wbiegamy na kostkę albo asfalt, robi się lekko z górki, więc nieco przyspieszam. Na zegarku 4:06-08. Zakręt w lewo i lekko pod górkę. Zwalniam. Tętno powyżej 190. Bardzo mocno. Drugi km w 4:15. W okolicy 1,6 km czuję coś, co Weronika nazywała "wilgotny oddech". Płuca się buntują, ale biegnę.

Nogi dają radę. Nadal szeroko. Na środku wysypany kamyk, więc wybieram lewą stronę. Przez chwilę zastanawiam się czy dobrze zrobiłem,  po prawej biegnie parę osób, więc łatwiej byłoby wyprzedzać. Zostaję po lewej. Długa ta prosta, zdaje się, że z kawałkiem asfaltu, z czego korzystam. Zawsze to inne wybicie.

Sprawdzam tętno (193) i rytm (180). Idealna kadencja! Nogi ciągną, płuca się buntują. Lekko zwalniam, ale szybko zmuszam się do przyspieszenia. Trzeci kilometr w 4:12. Tego się nie spodziewałem. Z lewej strony widzę podbieg, który pokonują szybsi ode mnie. Po chwili luźnym łukiem skręcam w lewo i zaczynam. Staram się zwiększyć rytm, przyspieszyć. Wyprzedzam 4 osoby. W międzyczasie ktoś krzyczy, że nawrót za słupkiem. Wiatr zerwał taśmę i ta wskazówka bardzo nam pomogła. Na górze płuca szaleją. Z trudem łapię oddech. Zbieg. Wydłużam krok, odbijam się mocno, zmniejszam kadencję. Jest chwila by odpocząć. Biegniemy po trawie, widzę pojedyncze drzewa. W sumie nie mam weny by podziwiać okoliczności przyrody. 4 km 4:22. Jest rezerwa czasu by zmieścić się poniżej 22 minut. Nogi ciągną, płuca mówią bym zajął się marszem.
Zbiegamy małym uskokiem, ok. 0,5 m w dół na odcinku 1 m. Przed sobą widzę nawrót o 180 stopni. Wokół drzewa. Nie lubię takich zmian kierunku gdy biegnę tak szybko. Zawodnik z przodu chwyta gruby konar i tak zawraca. Robię to samo i dzięki temu nie obciążam stawów.

Kryzys.
Większy niż ten gospodarczy w 2008 roku, gdy frank szwajcarski poszybował z 2,20 na 3:40. Tempo spadło mi do okolic 4:50-5:05. Ewidentnie mam dość. Nagle czuję, że ktoś obejmuje mnie za prawy bok, z lewej słyszę męski głos "Dawaj. Weronika patrzy". Odpowiadam "Wiem. Dzięki!"
I przyspieszam. Momentalnie robi się 4:22. Po chwili nieco zwalniam, ale im bliżej stadionu tym bardziej cisnę. Nie ma zmiłuj. Wbiegam przez bramę, w lewo, wzdłuż płotu, wałem na bieżnię. Jeszcze tylko uważać zbiegając z wału. Są na nim trzy stopnie o szerokości ok. 1 m. Udało się. 200 m do mety. Przyspieszam. 4:18 min/km. Nie dam rady dogonić tych przede mną. Na ostatnich 5 m ktoś próbuje mnie wyprzedzić więc cisnę bardziej niż mogę. Wyprzedzam go o ćwierć kroku. A może to była kobieta? Nie wiem.
Czas świetny. Mój czwarty rezultat na 5 km. 21:32.
Nie mam siły. Ledwo oddycham. Marzę by uklęknąć i schować głowę między kolanami, ale jest za mokro by to zrobić. Kładę się na ławce, nogi wrzucam na ławkę powyżej. Dyszę jak stara lokomotywa. Koszmar. Nigdy nie kończyłem biegu w takim stanie.

Michał przynosi mi polar i mówi bym się ubrał. Idzie kibicować Madzi.

Leżę. Po minucie, może dwóch wstaję, zdejmuję czip. Próbuję znaleźć chłopaka, który pomógł mi na początku 5 km. Nie znajduję go. Jestem w biurze zawodów i oddaję czip. Chcą ode nie numer startowy. Przecież nie będę już startował w Łodzi. Mam oddać. Tłumaczenia nic nie pomagają. Nie oddaję, nie biorę wafli i wody. Chrzanić.

Staję w okolicy bramy i kibicuję, poganiam krzycząc, że mają przyspieszyć, bo to wyścig a nie wyjazd do teściowej na imieniny. Wreszcie jest Madzia. Dopinguję ją, gdy ona obiega bieżnię ja idę na skróty i towarzyszę jej na ostatnich 100 metrach.

Po wszystkim Michał robi nam dwa zdjęcia (raz ucina fragment stóp, drugim razem napis City Trail na bramie) i wracamy na zasłużone śniadanie.

Niezły sprawdzian. Analizuję międzyczasy, tętno i kadencję. Międzyczasom do rekordu daleko, ale tętno... Średnie 189 (od 3-5 km ok. 193), maksymalne było na podbiegu i wyniosło 199, na mecie było 198. Ostro. Bardzo ostro. Kadencja średnia 176. To ewidentnie mój najmocniejszy bieg. Nogi nie bolały, tylko te płuca... Aż zacząłem się zastanawiać jaki czas zrobiłbym we wrześniu w bydgoskim City Trail, w którym wystartowałem w niespełna 24 godziny po treningu 10x1000/4'. Tam nogi czułem po 600 metrach, a im dalej tym było gorzej. No! Chyba będą ze mnie ludzie. W najgorszym wypadku się śmiali.

Pora wznowić treningi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...