12 października 2015

Maraton jest jak...

16 Poznań Maraton.
Minęły niemal 34 godziny od startu i 30,5 od zakończenia. I nadal mam pustkę w głowie. To pierwszy raz gdy nie wiem co napisać.
Siedzę i dumam. Jadąc dziś samochodem stwierdziłem, że maraton jest jak skrzynka z butelkami. Maratończyk jest jedną butelką, wokół której jest przynajmniej kilkanaście innych, będących z nią w korelacji - i wcale nie myślę o towarzyszach z trasy.

Człowiek biegnie sam. No fakt, biegną wokół niego inni. Szybsi, wolniejsi. Mniej lub bardziej uśmiechnięci, później zmęczeni. Biegną ludzie z przyczepionymi balonami. Inne osoby wyciągają ręce podając kubki z piciem albo tace z czekoladą lub cukrem. Kolejne stoją przy krawężnikach i krzyczą, klaszczą, trąbią, tłuką w garnki, albo - wreszcie - wyciągają drobne rączki by przybić im piątkę...



Maraton to milion emocji. Własnych. Współdzielonych z żoną. I jak się okazuje milion emocji doświadczanych przez osoby, które znamy, trochę lubimy, albo się przyjaźnimy. Emocji, o których nigdy bym nie pomyślał, że mogą być aż tak wielkie.

Na kilka tygodni przed startem zastanawiałem się co napiszę, jak będzie wyglądał bieg i jak go opiszę. Przez głowę przewinął mi się nawet pomysł na tytuł i zastanawiałem się czy będzie pasował do przeżyć, które nastąpią. "Maraton jest jak chemioterapia" pełen niepewności, dobrego samopoczucia, tzw. dołków (jak potocznie określa się mielosupresję i neutropenię), wzlotów, beznadziei, upadków... Czy maraton taki był?

11 października 2015 roku. Nasz debiut. Mój wymarzony, wyczekiwany, przez większość czasu odwlekany celowo, a w tym roku z przymusu. Maraton wyczekiwany przez cztero-, później pięcio- a w końcu sześciolatkę. Maraton niedoczekany i doczekany zarazem.
Maraton nieoczekiwany. Nagły, szalony, wariacki, ryzykowny. NIESAMOWITY I PRZYĆMIEWAJĄCY WSZYSTKO.

Gdy to piszę stwierdzam, że maraton jednak nie jest jak skrzynka z butelkami. Jest jak paleta zapełniona skrzynkami z butelkami. Z tak wielu elementów się składa.

I nadal nie wiem od czego zacząć pisać...

W sobotnie popołudnie ruszyliśmy do Poznania. Noc mieliśmy spędzić u mojej cioci i wujka. To osoby, które darzę szczególną sympatią, które znam (a przynajmniej kojarzę, że znam) od szóstego roku życia, gdy wraz z tatą, starszym bratem i młodszą siostrą pojechaliśmy do nich na wakacje. Mieszkali wówczas niedaleko poznańskiej areny. Z tego wyjazdu i fotografii w domowym archiwum pamiętam, że miałem manię salutowania gdy pozowałem do zdjęć (biegnąc przypomniałem sobie o tym widząc biało-czerwoną powiewającą na kopcu). Tekturowy kubek z nadrukowanymi wiśniami, z którego piłem oranżadę w starym zoo też pamiętam. I półokrągłą klatkę dla lwów albo tygrysów (wczoraj ją wypatrzyłem). Ciocia z wujkiem, tak jak ja, mają kilka lat więcej, ale nadal są niezwykle ciepli i serdeczni.

Sobota. Najpierw odbiór pakietów startowych. Dwóch, o czym nikt nie wiedział. Po półmaratonie w Pile Madzia wpadła na szaloną myśl. Postanowiła przebiec maraton. Zapytałem wówczas czy wie, że przy jej okazjonalnym bieganiu jest to szalone i nierozsądne (miesięczne przebiegi miała w okolicach 30 km, w rekordowym wrześniu ok. 72). Powiedziała, że wie, ale chce. W ostateczności przejdzie, albo zejdzie z trasy. Nie protestowałem. Nie odradzałem. Nie zabroniłem.

Jako, że opłaty były już spore postanowiłem poszukać pakietu z demobilu i skorzystać z możliwości przekazania dla innej osoby. Znalazłem ofertę pechowca z kontuzją i nabyliśmy pakiet za 80 zł. Sam za niego zapłaciłem, więc gdyby coś to byłaby też moja wina.

Ten start miał być kompletną tajemnicą i o nim będzie osobny wpis.

Gdy odebraliśmy pakiety zwiedziliśmy targi, ze stoiska maratonypolskie.pl wzięliśmy plansze do zaznaczenia czasu i ruszyliśmy pod ściankę zrobić zdjęcia. I okazało się, że spotkaliśmy ekipę z Run Bydgoszcz. Sprawa się walnęła, ale obiecali, że nie pisną słowa. Zdjęcia, pogaduchy, namowy byśmy zrezygnowali z noclegu u cioci i wybrali salę gimnastyczną. Po kilkunastu minutach rozstaliśmy się.


Wskoczyliśmy na makaron. Chwilę później wypatrzył nas Maciej. Ten, który dwa tygodnie wcześniej w warszawskim maratonie strzelił magiczne 3:28:15. Pogadaliśmy, gdy mieliśmy się rozstawać powiedziałem, że Madzia też biegnie. Stwierdził krótko i bez robienia sensacji "Widzę".

Wieczór minął sympatycznie, noc minęła całkiem szybko, niestety z godzinną przerwą bez snu. Wstaliśmy o 6, ogarnęliśmy się, założyliśmy przygotowane wieczorem ciuchy i ruszyliśmy w nieznane. Skrobiąc najpierw zamarznięte szyby samochodu. Od kilku dni zastanawiałem się nad ubiorem na niedzielny start, bo zapowiadano chłód (choć 2 tygodnie wcześniej wróżono 22 stopnie).

Po wielu rozterkach, wysłuchaniu porad Grzesia Perlika wybrałem krótkie spodenki, cienką i luźną bluzę, na nią koszulkę, na to wiatrówkę, a na rozgrzewkę dodatkowo bluzę narciarską (i opcjonalnie worek na śmieci).

O 8:20 pożegnałem Madzię, życzyłem powodzenia i ruszyłem na rozgrzewkę. Ta z wiatrem, ok, ale pod wiatr? Zimno jak skur... 2 km minęły szybko, godzina 9 zbliżała się wielkimi krokami. Poszedłem w okolice startu. Zdjąłem bluzę, ustawiłem się przed balonami na 3:30. Spiker nadawał, podnośnik strażacki wyniósł go hen wysoko. Wreszcie ruszyliśmy. Przekraczając start oprócz tradycyjnego włączenia zegarka powiedziałem jedno zdanie. To dla Ciebie córciu.

Na prawej ręce opaska z czasami na 3:30. W głowie zegarkowe tempa na 3:28:15 (czyli o 2 sekundy szybciej od wymaganych). W założeniu negative split. Zacząć na 5:00 by skończyć na 4:52. W sobotę przeliczyłem trzykrotnie i wszystko się zgadzało.

Zimno, ale bez dramatu. W tłumie cieplej i nie czuć wiatru. Niby tłok, ale za linią startu zero spowolnień. Pierwszy km 4:58, drugi 4:56. Cała piątka o 16 sekund szybciej niż zakładałem (tempo zegarkowe). Matę mijam w czasie 25:00 (międzyczasy z punktów kontrolnych podaję zgodnie z pomiarem sts-timing). Gęba niemal ciągle uśmiechnięta
fot. www.lepszypoznan.pl

W czasie rozgrzewki pomyślałem, że to chyba nie jest mój dzień, że coś za ciężko mi się biegnie. Po starcie ta myśl już się nie pojawiła.

Biegnę, gęba mi się śmieje. Co jakiś czas to samo co na starcie - w oczach pojawiają się łzy. No jakiś taki wrażliwy emocjonalnie jestem no. Kolejna piątka w okolicach 4:53, z wyjątkiem 8 km, gdy wyszło 4:30. Wyprzedzają mnie zające ciągnące na 3:30. Co kurde jest? Ale okej, przecież zaczynam wolniej, a później przyspieszę. Biegnę z nimi, jakieś 5-10 m .

Mata na 10 km w 49:51. Świetnie.
Do 15 km powinienem mieć na zegarku 4:58, a znów jest o 3 sekundy szybciej. Zające ciągną za szybko - tak mi się wydaje, ale to nie mój problem. Nie korzystam z ich usług.
fot. www.imprezenty.pl

Gdzieś po piątym kilometrze zerknąłem na puls. 172. Cholera. Za wysoki. WB2 w tempie 4:45 robiłem przy 165 uderzeniach. Źle wróży, ale cóż. Biegnę. Nie ma wyjścia.

Kibice. Szał, żywioł. Garnki, krzyki, trąbki. Dzieciaki, dorośli. Młodzi i starzy. Dają kopa. Staram się nie przybijać piątek, ale jest wyjątek. Dzieciaki o wzroście Weroniki. Bo przecież ona też powinna być gdzieś na trasie. Ale nie będzie.

Żmijo Zygzakowata. Twój Robal biegnie dla Ciebie.

Przez te 42195 metrów wzruszam się wielokrotnie. Wielokrotnie lecą łzy. Miałem nadzieję, że taki będzie ten maraton. I wiem, że nie będzie to catharsis.

Mimo wysokiego tętna biegnie się dobrze. Uśmiech gości na mej twarzy. Jakieś drobne podbiegi, zbiegi. Jeden większy podbieg. Jest ok. 18 km. Po tym dystansie na pilskiej połówce nogi bolały jak diabli. Czy tak będzie dziś? Nie. Nie bolą.

Żel wciągnięty na 10 km działa. Na 18 miał być drugi, ale nie czuję potrzeby. Biorę go 2 km później. Po pierwszym punkcie nawadniania zrezygnowałem z izotonika. Raz, że mi nie smakował, a dwa, że w okolicy 8 km zacząłem czuć kamień w żołądku. Na szczęście przeszło. Od tej pory tylko woda, żele energetyczne i w planie dwa razy shot magnezu.

Gdzie jest Madzia? Może mijałem ją gdy byłem w okolicach 13,9 km, a pode mną  byli ci na 10,5? Szukam koszulki ze zdjęciem Weroniki na plecach, ale nie widzę.

15 km w 1:14:48. Nadal idealnie. Zgodnie z czasami na opasce wziętej ze stoiska maratonypolskie.pl.

20 km 1:39:35. Kompletnie nie mam pojęcia w której części Poznania jestem. Nie studiowałem mapy i nie próbowałem zapamiętać. Nie było sensu.

Połówka w 1:44:58.

Wbiegam na Maltę. Wiem, że będzie wąsko, a za chwilę pod górę. Z okolic 4:52/km przyspieszam do 4:45. Zaczyna się podbieg. Robię go tempem 5:05 więc nie straciłem.

25 km w 2:04:21. Biegnąc nie przypuszczam nawet, że ktoś może się tym interesować, że 100 km ode mnie są emocje, gorąca linia telefoniczna. Biegniemy. Weronika i ja. W nogach jest luźno, więc młoda ma wolne od wysłuchiwania moich próśb. Może pomagać mamie.

Kilometry zlewają mi się w jedną bryłę. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego, co szczególnie utkwiłoby mi w pamięci. Chyba od okolic 25 kilometra stwierdziłem, że będę wyszukiwał sześcioletnich rączek czekających na przybycie piątek. Co parę kilometrów dopada mnie wzruszenie. Ot tak. Bez powodu.

Czasem z powodem. Powinnaś tu być z mamą i kibicować. Trzymać własnoręcznie zrobiony transparent.

Jakieś dziecko ma TATA JEST WIELKI. Tak. Jestem.

Trzydziesty kilometr wolniej. Tempo 5:02. Czyżby kryzys? No! Córciu! Szykuj się! Będę potrzebował pomocy. Póki co czuwaj nad mamą. Przyspieszam do 4:59.

30 km w 2:29:03

30 km za mną. Zaczynam nowy rozdział w biegowej historii. Od tej chwili każdy krok będzie czymś nieznanym.
To dotychczas najmniej przyjemna część trasy. Z racji remontu drogi wrzucono nas na jakąś asfaltową rowerówkę. Chwilami boli, ale czy to coś dziwnego?
fot. www.imprezenty.pl

Na 32 km w parku dmuchana brama z motywacyjnym hasłem, że ból jest chwilowy, duma trwa wiecznie. Wiem. Wiem też, że za chwilę pojawi się odcinek, którym straszą. Ściana. Co to? Nie wiem. Przed biegiem nastawiałem się, że jej nie będzie i tyle.

Oby.
fot. www.imprezenty.pl

fot. www.imprezenty.pl

W Poznaniu zrobiono promocję. Do ściany podbieg gratis. Ul. św. Wawrzyńca. Biegnę. 34. km w 5:09. Podbieg, wiec niby okej, ale nie mogę zwolnić. A jednak. Niektórzy już idą. Klepię ich w plecy mówiąc by nie odpuszczali. Niektórzy odpowiadają, że właśnie to robią.

Kilkadziesiąt metrów przed sobą widzę zawodników zbiegających na chodnik. Ale po co? Patrzę, a tam ktoś postawił coś w rodzaju muru. Malowane w cegłę, z wielką dziurą na człowieka. Napis POKONAJ ŚCIANĘ.
fot. facebook.com/biegajacamatka

Przebiec? Córciu, pomóż...  Przebiec przez ścianę? Tempo niskie. Za niskie. Patrzę na asfalt. Nie szukam końca podbiegu. Nie chcę wiedzieć ile przede mną. Patrzę na asfalt. Ktoś napisał kredą MASZ TĘ MOC. Napis zobaczyłem jakieś 5 sekund po tym jak poprosiłem Wierkę o pomoc.
fot. facebook.combiegajacamatka

Ryczę. Biegnę i ryczę. Zbieram siły i 35 km (w tym końcówka podbiegu) w 5:16.

Przyspieszam. Po chwili obok pojawia chłopak, mówi, że ciągnę dobrym tempem i, że się przyłączy. Czyżby sprawka Wierki? Biegniemy 36 km w 5:04. Kompan zwalnia. Krzyczę by nie odpuszczał, mówi, że nie może. Ja mu na to, że bez niego nie dam rady. Przyspiesza.
ul. Bułgarska fot. www.szaszner.com

37 km w 4:50. Stadion. Czekałem na niego, bo miało być to coś świetnego. Wbiegamy. Fajnie. Duży. Trybuny. Pusto. Telebim pokazujący nas. Macham. Gdzieś przy końcu murawy garstka kibiców. Pod nogami plastikowa "bieżnia". Cholernie miękka i elastyczna. Psioczę w duchu, że to wymyślili. Spowalnia i przeszkadza.

Wybiegamy ze stadionu. Gdzie mój kompan? Chyba za mną. Wyciągam czwarty żel (drugi był na 20 zamiast 18, a trzeci na 30 zamiast 26 km). Popijam wodą. W twarz wali mi wiatr. Zaczynam walczyć i zwalniać. Słyszę za plecami "Nie zwalniaj!" To mój kompan! Przyciskam. Wybiegam z terenu stadionu. Skrzyżowanie, przed nim słyszę od kibiców, że zaraz ostatnia prosta. Skręcamy w lewo. Wiatr w pysk. Wali, że aż niemiło.

Po wybiegnięciu ze stadionu zauważyłem, że zgubiłem opaskę z międzyczasami. Myślę sobie "I dobrze! Nie będę się stresował!" Biegnę pod wiatr. Doganiam dwie dziewczyny w różowych strojach. Jedna przyspiesza. Super. Będzie pomoc. Po chwili zwalnia. Okazuje się, że jest zającem dla koleżanki. Krzyczy do niej Basia dawaj. Dołączam się do krzyku. Basia! Dawaj! Bez Ciebie nie dam rady! Dziewczyny szarpią. Przyspieszają, zwalniają.

40 km w 3:20:32
Wieje w pysk. Nie ma się za kim schować. Jestem wyprzedzany, chwilami wyprzedzam biegnących. Sporo osób idzie. Każdy chce dotrzeć tam, gdzie będzie mógł powiedzieć "Jestem maratończykiem". Tak samo chcę i ja.

Na upragniony czas 3:28:15 od dawna nie ma szans. Na 3:30 też. I wcale nie czuję rozczarowania. Tylko wkurza mnie ten cholerny wiatr!

41 km dramat. 5:28. 42 km dramat. 5:27. Próbuję przyspieszyć, ale nie mogę. Dyszę w najgorsze. Patrzę na odwrócone tablice. Minąłem 3, później 2, wreszcie 1. Do mety kilometr.

Zegarek dzwoni i wibruje. Za mną 42 km. GPS wymierzył mi na górkę ok. 400 metrów, zatem do mety jeszcze 600. Przyspieszam. Po chwili zostaje 400 m. Przecież na City Trail ostatnie 400 metrów mocno podkręcam tempo. Dlaczego nie miałbym zrobić tego teraz? I faktycznie. Szybciej, szybciej. Mijam bramę pod którą zaczynałem przygodę z maratonem. Po jakiś 100 m skręcam w prawo. Teren targów. Ostatnia prosta. Cisnę coraz mocniej. To nic, że nie mam wymarzonego czasu. To nic, że nie mam czasu minimum. Widzę niebieski dywan. Biegnę na maksa. Ręce w górę! Łzy! Meta! Zegarek stop! 3:32:01! Mam tę moc!

Podchodzi do mnie mój kompan, dziękuje za pomoc. Ja mu też.

Gdzie medal? Człapię się i ryczę. Pić. Wypijam resztkę wody z bidonu. Idę po kubek. Wypijam duszkiem. Biorę banana. Wreszcie coś innego niż żel. Wokół ludzie w złotych foliach NRC. Gdzie dają? A! Tutaj! Biorę. A medale? Gdzie medale? Do cholery przegapiłem? A nie, są przy wyjściu ze strefy mety. Podchodzę dostaję, dziękuję za otrzymane gratulacje. W oczach mokro. Całuję medal. Zrobiliśmy to!

Nogi bolą jak cholera. Ledwo idę. Chyba jeszcze coś wypijam. Zagryzam banana. Wychodzę ze strefy mety, a tam mierzą we mnie aparatem. Zatrzymuję się, odchylam folię i pokazuję palcem napis na koszulce. MAM TĘ MOC. Mam!
Fotograf daje mi wizytówkę. Chowam ją skrzętnie.
fot. www.t-run.pl

Człapię się do strefy bufetowej, ale nie mam ochoty jeść. Depozyt? Jeszcze nie.

Telefon wibruje. Wiadomość od Justyny. Gratulacje. Pytanie co i jak. Odpowiadam półzdaniami. Idę. Nie wiem gdzie. Idę. Usiąść! Muszę usiąść! Wszystkie miejsca zajęte. Podchodzę do ściany. Usiądę na podłodze. I myśl, że nie mogę, bo nie wstanę.

Znów telefon. Znów wiadomość. "Tylko się nie kładź". Znów jakieś pytania. Znajduję ławkę. Siadam. Odpisuję by dała mi się wyryczeć. Opieram głowę na ławce i ryczę. Jak długo? Nie wiem. Koniec końców odpisuję. Wymieniamy parę zdań. Justyna pyta o Magdę. Jest zszokowana, że biegnie. Wszyscy są w szoku. Sprawdzam gdzie Madzia. 20 km za nią. A może 25? Nie pamiętam.

Biorę medal i idę go wygrawerować. Dzwoni Justyna. Nie wytrzymała. Jest tak naładowana emocjami. Stwierdza, że oglądanie sportu w telewizji to nic. Dziś miała tyle nerwów, niepewności, pytań. Zwłaszcza gdy po 30 km zacząłem biec wolniej. Wszyscy mają. Ona, jej mąż Tomek, Kasia, druga Justyna, druga Kasia... Ciocia z wujkiem przeżywają. Wujek nagrywa transmisję telewizyjną. Szok. Nie wiedziałem, że nasz start może być dla kogoś czymś tak emocjonującym. Później okazało się, że także dla Grzesia.

Sms od siostry. Gratulacje. Później nawet nie wiem kto pisze i co. Nie kontroluję tego.

Na pytanie co czuję odpowiadam, że nie wiem. W głowie pustka. Wyprało mi mózg! I tak już zostaje do końca dnia. Pierwszy raz nie wiem co napiszę na blogu. Po wcześniejszych startach miewałem jakiś zarys. Tym razem nic.

A co z Madzią? Co chwila sprawdzam w telefonie międzyczasy i prognozowany czas biegu.  I też nerwy. Jakie i dlaczego? O tym w następnym wpisie.

Idę na makaron. Stoję w kolejce. Znów rozmawiam z Justyną, bo przerwaliśmy na czas grawerowania. Pić. Nie ma wody. Jak to? Dziwi się Justyna. No nie ma i tyle. Ktoś staje za mną z butelką. Okazuje się, ze stały obok. Biorę i wypijam pół.
Makaron. Dla zawodników za darmo. Ale widzę, że odcinają fragmenty numerów startowych więc płacę 5 zł i oszczędzam swój. Makaron i dużo sosu bolońskiego. Ostry. Później, z Madzią kupuję drugą porcję. Z sosem pieczarkowym.

Zjadam, ale bez szału. Żołądek musi sobie przypomnieć po co jest w brzuchu. Te ponad 42 km nieźle go wytrzęsły.

Czekam. Co z Madzią? Spotykam Macieja. Gratuluje mi, ja go pytam jak on. Planowo. 3:40. Świetny wynik w 2 tygodnie po maratonie.

Jakiś czas później spotykam Agnieszkę, Asię, Tomka i jeszcze kogoś. Nie pamiętam imion. Wybaczcie. Zadowoleni maratończycy. Świetny widok!

Madzia. Czekam na nią. Co było gdy dobiegła? W jakim czasie? I ile nerwów mnie to kosztowało? Bądźcie cierpliwi. Po wszystkim zrobiliśmy sobie parę zdjęć. Ot co. Wsiedliśmy do samochodu i dumni ruszyliśmy do domu.




Maraton jest jak paleta zapełniona skrzynkami z butelkami. W każdej butelce inna myśl, inne wspomnienie, inna emocja... Plątanina, której nadal nie potrafię wydobyć z chaosu i logicznie ułożyć... 

Na trasie wiele ciekawych momentów. Pierwsze przebiegnięcie tunelem i krzyk ludzi. Echo dudni. Gdy wbiegam dołączam do nich. Gdy wbiegamy w kolejny nie krzyczę już zwykłego AAAA. Krzyczę co sił WERONIKAAAA. Nawet gdy robię to jako jedyny.

Czytając opisy maratonów wielokrotnie trafiałem, że tuż po przekroczeniu mety ludzie mówią, że nigdy tego nie powtórzą, a po kilku dniach już szukają kolejnego. Po przekroczeniu mety wiedziałem jedno. Kolejny maraton to warszawski Orlen. Pierwotny plan zakładał na wiosnę Orlen i Cracovię. Później stwierdziłem, że ten pierwszy odpuszczę. Jednak zrobię oba. Taki mam plan.

Z kolejnej skrzynki wyjmuję właśnie kolejną butelkę. Coś co uświadomiłem sobie krótko po rozpoczęciu pisania tekstu o maratońskim debiucie. Pokochałem maraton na długo przed jego przebiegnięciem. Pokochałem go zanim go poznałem. Nie jest tak straszny jak często mówią.

Jak dobrze, że mam tak wyrozumiałą żonę, która pozwoliła mi przygotować się do królewskiego dystansu!

Grzesiu! Miałeś rację! Tego nie da się zapomnieć! I to nic, że nadal nie potrafię wszystkiego poukładać na miejsce. Butelki z napisem MARATON będę wyciągał ze sterty skrzynek losowo.

MAM TĘ MOC Nie tylko ja. My!
Weronisiu. To dla Ciebie.
I z Tobą.

Wielkie podziękowania dla organizatorów  za to, że zechcieli przydzielić mi numer 2708. Numer jak data urodzin Weroniki. 27 sierpnia.

A Madzia swym szaleństwem i determinacją, zwłaszcza na ostatnich 2,195 km przyćmiła wszystko!

I wiecie co? Na koniec powiem Wam jeszcze tylko jedną rzecz:

2 komentarze:

  1. Gratuluję Tomku!! Świetna robota. Weronika z Aniołkami jest Ciebie dumna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Rafale. Mam jeszcze parę rzeczy do poprawienia, ale na debiut nie narzekam :)

      Usuń

Kolejne City Trail za nami

Od 2015 r. na tę chwilę czekamy od jesieni - startu kolejnych edycji City Trail. A krótko przed jest stres i radość jednocześnie. Podsumow...