07 września 2015

Rewanż

To moje drugie podejście do Półmaratonu Philips'a w Pile. O poprzednim pisałem w relacji
Na Bohaterów Stalingradu z pustego i Salomon nie naleje
Wówczas poległem. Zamiast zakładanego 2:00 wyszło 2:09:42. Odcięło mnie na 13 km z jednej strony z powodu upału, z drugiej z braku poprzedzającego start nawodnienia.

Dziś był test przed zbliżającym się maratonem w Poznaniu. Nie ukrywam, że miałem ochotę na życiówkę i z takim zamierzeniem jechałem. Ile? 1:37:xx Taki był plan, a żeby go zrobić trzeba było trzymać na zegarku tempo w okolicach 4:37 min/km i założyć, że nie nadłożę zbyt wielu metrów.



Miniony tydzień odpuściłem treningowo. W niedzielę pobiegłem tzw. 10 km o długości 8,74 km (znaczy Zadyszka Bydgoska), wtorkowe 14 km odpuściłem, a w czwartek zamiast 12 zrobiłem 8. Czułem się zatem wybitnie niewybiegany.

Prognozy pogody na sobotę nie przedstawiały się optymistycznie. Na tydzień przed zapowiadali 18 stopni, lekki wiatr i deszcz, a im bliżej niedzieli niezmienny pozostawał deszcz. Temperatura spadała, wiatr się wzmagał. I tak przywitała nas Piła. Temperatura 11 stopni, wiatr jakieś 23 km/h, oczywiście z porywami. Szczęśliwie bez deszczu.

Pierwotnie mieliśmy jechać jednym samochodem z Justyną i Piotrem, ale postanowili się na nas wypiąć, więc jechałem tylko z Madzią. Przed nami fiat fiorino. Wyprzedził kogoś, my też. Aż tu mruga awaryjnymi. Zapaliła mi się lampka z pytaniem co jest nie tak. A tu telefon. Dzwoni Maciej i wszystko stało się jasne. Justyna, Maciej, Krzysiek i jeszcze dwie osoby gnały przed nami. Gdybyśmy mieli się umówić na trasie nie byłoby na to szans.

W Pile szybko załatwiliśmy odbiór pakietów startowych. Tam oprócz numeru była koszulka techniczna i dwie żarówki ledowe.


Madzia... Madzia to osobny temat... W czasie lipcowego urlopu przebiegła 16 km i pomyślała wówczas, że może wyskoczyłaby na półmaraton. Stwierdziłem, że jak wybiega trochę kilometrów, potrenuje ze 3 razy w tygodniu to spokojnie dźwignie 21.097 m

Przez niemal dwa miesiące trułem jej by poszła pobiegać. Byłem jej jak wyrzut sumienia, jak wrzód na dupie. Tyle, że ona do tego wrzodu przywykła i na krześle siadała na jednym półdupku. Wyszła z założenia, że jeśli nie da rady przebiec to przejdzie, byle zmieścić się w limicie czasu. Oj można wróżyć wówczas wynik, można. Obstawiałem okolice 2:40.

Na 40 minut przed startem postanowiłem się wyalienować i zrobiłem samotną rozgrzewkę. Odziany byłem (dodatkowo) w worek na śmieci. Po drodze mignął mi Jacek, który w tym roku nie startował. Rozgrzewka, siku na 3 minuty przed startem i ustawiłem się w połowie drogi między balonami na 1:30 i 1:40. Tłoczno było, całkiem ciepło. Nie było co narzekać. Wreszcie usłyszeliśmy wystrzał. Niemal równo z nim zaczęło kropić. Oho, pomyślałem, sprawdza się prognoza, która wróżyła deszcz od 11.

Mżawka szybko przeszła w większe krople i padało w najlepsze. Pierwszy kilometr zrobiłem w 4:39, czyli nie mogłem narzekać. Kolejne 4:40-4:35, z przewagą 4:37. Na 9 km wskoczyłem na 4:29, na 14 (z agrafką) podczepiłem się pod chłopaków w czarnych koszulkach i zrobiło się 4:27. 15 km pod wiatr, chwilę się chowałem za nimi, później dałem im zmianę. 4:33. Mknęliśmy poniżej 4:35.

Po 8 kilometrach wciągnąłem pierwszy żel. Tak z półmaratońskiego przyzwyczajenia, bo nie odczuwałem potrzeby (widać długie wybiegania bez żeli przynoszą efekty). Drugi żel po 16 km.
fot. facebook.com/miastopila

Zastanawiałem się kiedy półmaraton zacznie mnie boleć. Obstawiałem okolice 16-17 km, a tu się okazało, że 18 przebiegłem bez problemów, dopiero od początku 19 pojawił się ból tylnych części ud. Zaczęła się walka, 19 km 4:40. Zwolniłem i to mnie wkurzyło. Stwierdziłem, że nie ma się co chrzanić, trzeba spróbować przycisnąć. Efekt był taki, że 20 km zrobiłem w 4:36, 21 w 4:32. Ostatnie 420 metrów tempem 3:57. Szybciej nie dałem rady.

Tuż przed metą zerknąłem na zegarek. Do 1:38 zostało 10 sekund, więc resztkami sił nieco przyspieszyłem. Podniosłem ręce, zatrzymałem zegarek. Czas 1:38:00'98. Fajno, ale mogło być lepiej o te 2 sekundy. Pozostało czekać na oficjalny czas, który obstawiałem, że będzie nieco gorszy.

Tak czy owak byłem zadowolony. Medal na szyję, reklamówka z wodą i izotonikiem w rękę i ruszyłem na makaron. Udało trafić mi się do krótkiej kolejki, szybko wciągnąłem swoją porcję, wypatrzyłem Macieja, który oznajmił, że zrobił 1:38 i pognałem do samochodu by się przebrać.

Przyszedł sms. Mój wynik to 1:37:57! Miejsce 815, w kategorii wiekowej 290. Super! Życiówkę poprawiłem o 1:35.

Zrobiło się zimno. Suchy miałem tylko telefon, reszta... Szkoda gadać. Deszcz dał się ostro we znaki, wiatr również, a po biegu szczególnie. Szybko przeskoczyłem w suche ciuchy i poszedłem czekać na Madzię. Pierwotnie chciałem ruszyć jej na przeciw, ale nie po takim deszczu. Stałem, czekałem, przeszedłem się, ale bydgoskiej ekipy nie znalazłem. Gdy zmieniłem stronę, w okolicach godziny 13:30 wypatrzyłem żonkę. Nieźle mnie zdziwiła! Tak szybko? Zdążyłem zrobić 2 zdjęcia i z suchymi ciuchami w reklamówce potruchtałem w  stronę mety. Czas? coś ok. 2:30, więc 10 minut szybciej niż wróżyłem. A moja gapa jak zwykle zatrzymała zegarek kilkadziesiąt sekund po przekroczeniu mety.


Co istotne całą trasę przebiegła. Do tego szczęśliwa zameldowała, że pobiegła najszybsze 10 km, a 16 km zrobiła szybciej niż na urlopie. Oficjalny wynik był jeszcze ciekawszy. 2:26:20! Jak na debiut i brak treningu super czas.
 Na koniec wygrawerowaliśmy na medalach uzyskane czasy i ruszyliśmy do domu.

Wiele osób narzekało na warunki. Fakt, deszcz był upierdliwy, ale gorsze były kałuże. Wiatr? Przeszkadzał trochę, ale nie walczyłem z nim tak jak to miało miejsce na Biegu Piastowskim w 2014 roku.

A jak pozostali? Justyna i Maciej z życiówkami. Justyna 2:06, zatem lepiej o 7 minut. Maciej 1:39. Wreszcie złamał 1:40.
Teraz pozostaje wrócić do treningów i nabić nieco kilometrów. Zostało niecałe 5 tygodni. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kolejne City Trail za nami

Od 2015 r. na tę chwilę czekamy od jesieni - startu kolejnych edycji City Trail. A krótko przed jest stres i radość jednocześnie. Podsumow...