07 sierpnia 2015

Uff jak gorąco, puff jak gorąco...

Gorąco prawie tak jak we Francji. Tylko tutaj  powietrze chyba bardziej stoi.
We wtorek na trening wyruszyłem o 20:30. W planie było 11 km pierwszego zakresu i 10 powtórzeń kombinacji 50 m skip A plus 50 m wieloskok w przerwie 100 m, a na deser 1 km truchtu. No to pobiegłem w stronę lasu, zawróciłem by nie naciąć się na końskie muchy, które w lesie tylko czekają na świeżą porcję krwi (i o ile OFF teoretycznie nie pozwala im usiąść to w praktyce wygląda to jakby dziesiątki elektronów latały wokół jądra atomu, którym jest głowa). Pobiegłem w stronę działek i po drodze wiedziałem, że pierwszy zakres będzie krótszy o 3 km. Wracając stwierdziłem, że odejmę mu jeszcze jeden kilometr. Zatrzymałem się, porozciągałem i doszedłem do wniosku, że odpuszczę siłę biegową.  Wyłączyłem zegarek i poszedłem do domu. W taki upał i duchotę trzeba umieć odpuścić trening.

Czwartek. W planie 2 km pierwszego zakresu plus 12 km drugiego zakresu tempem 4:45-4:50 plus 3 minuty marszu plus 3 minuty truchtu plus trzy serie minutówek (1 minuta na maka i 3 minuty truchtu). Na koniec 600 m truchtu.
Pojechałem do Mroczy na przedziwną bieżnię.


Gorąco, bo 27,5 stopnia, więc na wszelki wypadek dołożyłem rezerwowe 5 sekund do minimalnego tempa.

Trucht dramatycznie wolny, w okolicach 7 min/km. Rozciąganie, zdjąłem koszulkę i ruszyłem. 4:55. Jedno, drugie okrążenie, trochę przyspieszyłem. 4:51. Jest ok. Jak zacząłem zwalniać to przypilnowałem tempa i sunąłem owym 4:51. Kilka łyków wody co 2 km.

Gdzieś na trawie, na zewnętrznej stronie trybun, przy zachodzącym słońcu jakaś samotna panienka samotnie opróżniała kieliszek szampana (jeden? a może więcej? nie wiem, nie było czasu patrzeć). Ciekawe z kim się łączyła w świetle czerwonego słońca.

Z niepokojem zerknąłem na tętno a tu niespodzianka. 4:51 min/km i 159 ud/min. Niemożliwe. Przyspieszyłem, tętno wzrosło do 161 uderzeń. No to postanowiłem się trzymać tempa na 4:50. Mijają kolejne okrążenia. Na krzesełkach pojawia się trzech chłopaków, pewnie jakieś liceum. Zdaje się, że mają flaszkę, ale za bardzo nie widać. Nie pyszczą to co się będę interesował.

W czterech miejscach boiska pracują zraszacze, ale tylko raz oberwałem odrobiną wody. Duszno, gorąco, ale wytrzymuję. Słońce dawno zaszło, robi się ciemno. Okrążenia mijają jak z bicza strzelił. Nawet nie ma co patrzeć pod nogi. Na żużlowej bieżni niczego się nie wypatrzy, dość wiedzieć, że nie ma dziur. Na ostatnich 3 km po ciemku tempo spada, robi się średnia 4:53. Próbuję przyspieszyć, ale boję się o tętno. W sumie nie ma się co szarpać, nadchodzące minutówki zrobią to za mnie. WB2 wyszło mi ze ślicznym tętnem średnim 163 uderzenia.

Wreszcie minutówki robione tempem 3:40-3:20 min/km. Jak na egipskie ciemności nieźle. Gdyby było jasno pewnie urżnąłbym parę sekund.
Wreszcie o 22 ruszam do domu. Termometr w samochodzie pokazuje 26 stopni, ale po 2 km jest już mniej, bo 23. Nie ma to jak lato.

W sumie nie wiem co gorsze. Zimą trzeba się dłużej ubierać i idzie się spocić jeszcze przed wyjściem z domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...