03 sierpnia 2015

366 maratonów

To niemalże już. Mniej więcej rok temu pierwszy raz przeczytałem to hasło "366 maratonów w 366 dni" Zerknąłem czyj to pomysł i już wiedziałem, że realizacja projektu jest bardzo prawdopodobna.
Pomysłodawcą i realizatorem przedsięwzięcia jest Ryszard Kałaczyński, człowiek, o którym pisałem 15 sierpnia 2014 roku, czyli w dniu startu projektu.



Po wielu przymiarkach postanowiłem wreszcie pojechać do Wituni. Wcześniej jakoś nie mogłem się zebrać, a to przecież już ostatni dzwonek. 2 sierpnia Rysiu startował 353 raz. Za niespełna dwa tygodnie skończy to, co jeszcze rok temu wydawać się mogło szaleństwem.

Rano praca w gospodarstwie, popołudniu 42.195 m. I tak dzień za dniem. I owe wyjścia na dystans maratoński wyglądają jak wyjście do sklepu po bułki. Na drugą stronę ulicy. Wyglądają podwójnie, bo biuro zawodów mieści się w dawnym sklepie. Takim typowym relikcie PRLu jakim były sklepy GS SCh.

Pojechałem. Niemalże szybko i sprawnie. Mą podróż spowolniła tylko pielgrzymka z Kościerzyny. W biurze zawodów czekało już parę osób. Większość startowała tu kolejny raz. Sprawnie się zapisałem, odebrałem numer startowy, koszulkę i można było czekać na bohatera biegu.

Na dworzu ciepło. Ze 30 stopni, do tego słońce. Na szczęście z lekka powiewa wiatr. Planuję przebiec 3, może 4 kółka. Wszystko będzie zależało od samopoczucia. Plan treningowy przewiduje 20 km, ale na 27 też nie będę narzekał. Choć wiem, że na trasie będzie można się napić, a w biurze zawodów posilić, wziąłem ze sobą bidon i dwa żele.

Czekamy. Na ławce siedzi dwóch mężczyzn. Widać przyjechali do towarzystwa. Jeden z nich aż z południowego krańca województwa łódzkiego. Towarzyszy synowi.

Dochodzi godz. 16:40. Z domu na przeciw biura idzie mężczyzna. targa dwa wiadra wody. Podchodzi do ławki, stawia i mówi "woda i gąbki, żeby po drodze można sobie mordy wytrzeć." To Rysiu. Przywitaliśmy się, on wszedł do biura, ja z chłopakiem z okolic Aleksandrowa Kujawskiego ruszam na oddaloną o ok. 1,5 km linię startu.

Po drodze trochę rozmawiamy. To jego kolejna wizyta w Wituni. Podobnie jak pozostałych zawodników.
Dotarliśmy na linię startu. Czekamy.

Rysiu przyjeżdża samochodem. Chwilę rozmawiamy, ustawiamy się do zdjęcia, słuchamy instrukcji bezpieczeństwa. Podobno ruch tu niewielki, a miejscowi przywykli, że tu biega się lewą stroną, a biegacze powinni wiedzieć, że na hasło "prawa wolna"  trzeba zejść do lewej krawędzi.
fot. facebook.com/366maratonow

Ruszamy.
Biegniemy grupką. Po chwili dwoje zawodników wyrywa do przodu. My wolno. 6:20 min/km. Biegniemy, rozmawiamy. Trasa asfaltowa idzie z lekka w górę, później w dół, zakręt w prawo, przebiegamy pod wiaduktem kolejowym.  Rysiu pyta czy biegnę całość, gdy mówię, że nie, że debiut maratoński będzie w październiku wspomina, że niejeden przyjechał tu na jedno, dwa kółka, a robił całą trasę. Mówię, że nie ja, że Poznań będzie szczególny, ze szczególnym numerem startowym. Rysiu kontruje, opowiada historię trzech zawodników, którzy się do niego (chyba do niego) wybierali. W  dniu startu, w nocy, bo musieli dojechać niezły kawałek drogi, żona budziła jednego z nich. Już nie wstał. Rysiu mówi, że nie ma się co oglądać i planować. Pewnie ma rację, ale po mojej opowieści o Weronice i numerze startowym na poznański maraton takim jak data jej urodzin odpuszcza.

Biegniemy. Nowy Dwór. Skręcamy w lewo w drogę z białego tłucznia. Dołącza do nas drugi zawodnik, który biegł parę metrów za nami. Krakowianin. Rozmawiamy. Biegnie drugi raz. Startował w piątek, sobotę zrobił przerwę turystyczną. Pojawił się przy okazji urlopowego wyjazdu. W piątek pobiegł z synem, dziś sam.

Dziś w pobliskim Więcborku był towarzyski triathlon. Na jakimś krótkim dystansie, pewnie dlatego, mimo niedzieli jest tak kameralnie. Stwierdzam, że tri marzył mi się ze 23 lata temu. Wówczas dużo jeździłem rowerem, ale ni czorta było u mnie z pływaniem. Pobiec pewnie bym dał radę. Wówczas odpuściłem, teraz nie mam na to czasu. Pieniędzy też szkoda, bo potrzeba tu trochę sprzętu. I tak sobie gdybamy ile to ludzie wydają tylko po to by zrobić triathlon dla zabawy.  Rysiu wspomina o ironmanie. Czyżby kiełkował mu nowy pomysł?

Na polach żniwa. Rolnicy wreszcie koszą rzepak. W tym roku wybitnie późno. Niektórzy już zabrali się za zboże.

Skręcamy w lewo, zaczyna się niewielki podbieg. Rysiu zarządza marsz. Ok. Nikt mnie nie goni. Za mostem panowie robią krótki postój. W krzakach pod drzewem ukryte są butelki z wodą. Ruszamy. Teraz droga jest piaszczysta. Docieramy do biura zawodów. Rysiu z kompanem z Krakowa schodzą się napić. Biegnę dalej. Za mną jakieś 7 km, a w brzuchu pusto. Oj jakbym coś sobie zjadł. Ot tak. Zjadł. Nie po to by nabrać sił, ale by zapchać żołądek.
Asfalt. Z górki, zakręt w lewo, w dół, zakręt w prawo, pod górkę, ostro w lewo i dalej pod górkę... Klepię nogami samotnie. Jest czas by pomyśleć. Tempo 6:20-6:30
300 m przede mną dwóch biegaczy. Nie gonię. Dziś wycieczka biegowa. Przekroczyłem linię startu. No to jestem na znanej już trasie. W sumie ciężko się zgubić. Wystarczy patrzeć na asfalt i w newralgicznych miejscach szukać żółtej strzałki.

Znów Nowy Dwór. Skręcam w lewo. Po 200 m widzę, że dwójka biegaczy stoi w pobliżu domu i z kimś rozmawia. Mijając ich widzę małego chłopca. Stary wyga z niego, wie że trzeba przybić piątkę. Wyciąga rękę, ja również i nie trafiamy.

Biegnę dalej. Dziś jest ciężko. Nogi bolą, tętno wysokie, powyżej 150. Chyba czwartkowy City Trail onTour i sobotnie przebieżki 10x400/400 zrobiły swoje. Wiem, że zrobię trzy kółka i zatrzymam się na 20 km. Zakręt w lewo, zaraz będzie wiadukt. Od kilkudziesięciu metrów słyszę za sobą Rysia. Przyspieszył. Gdy mnie wyprzedza pyta jak. Mówię, że ok.
Dobiegam do biura zawodów, wchodzę, biorę drożdżówkę i ciastko. Siadam na zewnątrz, zjadam i po chwili ruszam. Wyprzedzam kolegę z Krakowa, ale ten po 200 metrów mnie dogania. Biegniemy razem, bez pośpiechu. Tętno zaczyna szaleć i mimo bardzo wolnego tempa przekracza 160 uderzeń. Tak, to zdecydowanie nie jest mój dzień.
Biegniemy, rozmawiamy. Na wodopoju za wiaduktem doganiamy chłopaka. Nie wie czy zrobi dziś cały maraton, bo wątpi by wyrobił się w 5 godzin. Pocieszamy, że ów limit wpisano na wyrost. Tu się czeka na ostatniego zawodnika, nawet jeśli  miałby skończyć o 22:40. Chłopacy pija, ja wracam do truchtu. Tętno dalej szaleje. Zrobię dziś tylko 20 km.
Wbiegamy do Wituni. Ostatni raz zaglądam do biura, biorę kawałek ciasta, melduję, że dziś kończę i wracam do domu. Siadam przed budynkiem i rozmawiam z panem z łódzkiego.
Mówi, że jest po siedemdziesiątce, a dziś biegnie jego syn. Podziwia nas, że nam się chce. Gdy szedł na start to nieźle się zdyszał. A syn go namawia by pobiegał, by 3 czy 4 km na działkę chodził a nie jeździł samochodem. I tak się ów pan zastanawia. Podpowiadam mu, żeby zrobił EKG i może zacząć od marszu, później wpleść krótkie odcinki truchtu. Podobno syn mówi mu, że biegając będzie się lepiej czuł. Potwierdzam. Oj zastanawia się, zastanawia. A co na to powie wieś? Stwierdzam, że pogada, pogada i przywyknie.

Pora wracać. Wsiadam w samochód i ruszam. W domu Magda dopytuje co i jak. Wypatrzyła w sieci, że 15 sierpnia będzie ostatni bieg, że są zapisy. Pyta czy trzeba przebiec całość czy można kawałek. Gdy mówię, że można nawet jedno okrążenie pyta czy się zapisujemy. Ok. Zapisujemy.

Wieczorem jesteśmy na liście. Madzia oczywiście w pakiecie z koszulką.

366 maratonów to ciekawa impreza. Bez spinania, z ludźmi, refleksyjna nawet. Nie uświadczysz tu tłumu, a miejscowi nie będą patrzeć na ciebie krzywo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...