16 czerwca 2015

"Takie chwile jak te nie zdarzają się zbyt często..."

14 godzin, krótki sen i dwa starty. Przypuszczałem, że będzie to wyzwanie i faktycznie było. Dlaczego?
Miałem całkiem dobry tydzień. Wtorek 14 km, w tym 10x50 skipA + 50 wieloskok. W środę dałem się namówić Madzi i Ewie na bieganie obwodnicą Mroczy. No to zrobiłem sobie cztery powtórzenia biegu ze zmienną prędkością (standardowe 400/400+100/100+300/300+200/200), wyszło w sumie 11 km. W czwartek udaliśmy się z rewizytą do Macieja i Kasi. Dziewczyny gaworzyły a my ruszyliśmy na górki i dolinki. 13 km dało mi czadu na tyle, że cały piątek byłem obolały.

Wreszcie nadeszła sobota i start w Nocnej Dysze Kopernikańskiej. Jako, że trasa była bez atestu, do tego strasznie kręta nie zamierzałem walczyć o życiówkę. Prawdę mówiąc kompletnie nie miałem planu. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie zrobić WB2 tempem w okolicy 4:45, ale na zastanawianiu się skończyło i jak się później okazało po wystrzale startera ruszyłem bez biegowego celu.

Do Torunia ruszyliśmy stadnie, w samochodzie miałem niezły babiniec, który z każdym punktem się mnożył. Najpierw Madzia z Ewą, po 17 km dołączyła Ania, w Bydgoszczy zabraliśmy Justynę. Trasa mijała szybko, dziewczyny trajkotały tak, że w pewnej chwili pomyślałem, by włączyć radio. Niestety radio było włączone, ale postanowiło zastrajkować i milczeć.

W Toruniu szybko odebraliśmy pakiety startowe (całkiem na bogato - koszulka, latarka na głowę, opaska odblaskowa, dwa batony), dałem sobie otejpować prawego Achillesa i ruszyłem z Justyną na rozgrzewkę. Wyszły nam 4 km (Justyna jak na maniaczkę przystało rano zrobiła już 6 km).
A reszta dziewczyn? To cała historia. Dla Madzi była to czwarta dziesiątka. Ewa zrobiła rzutem na taśmę dychę w środę, Anka debiutowała i od kilku dni zastanawiała się czy da radę. Tym razem dziewczyny mnie posłuchały i trochę potruchtały przed startem.

Zbliżała się godzina 22:00, zdaje się, że parę razy mignął mi gdzieś admin maratonypolskie.pl. Nie zagadywałem, bo co ja maluczki będę. Po wszystkich oficjalnościach nastąpił pokaz sztucznych ogni i niemal 1100 biegaczy ruszyło na mniej i bardziej ciemne ulice. Moją latarkę oddałem Madzi, bo jej zastrajkowała. Cóż, stwierdziłem, że pobiegnę na Braille'a. Tłok i wąskie gardło na wyjeździe z parkingu, z którego startowaliśmy nie ułatwiały biegu. Ruszyłem wolno w okolicy 5:00, gdy stawka się nieco rozciągnęła zacząłem przyspieszać. Pierwszy kilometr w 4:44. No niby dobrze, ale jakoś podkręciłem nieco obroty. Drugi 4:33. No, szybko, rok temu niemożliwie szybko. Na trzecim kilometrze lekki zbieg pod wiadukt kolejowy więc postanowiłem nieco przyspieszyć przypuszczając, że w dalszej części znajdą się jakieś podbiegi. Ciemno tam było, droga w trakcie remontu, szczęśliwie wylali asfalt za wyjątkiem warstwy ścieralnej, więc w paru miejscach trzeba było uważać na wystające studzienki.

Biegnę sobie, biegnę, nagle stwierdzam, że jakoś tak szybko to wygląda. Zegarek zawibrował, zapipał więc spojrzałem. 4:25. No, jak na zbieg mogłoby być lepiej, ale nie ma co narzekać. Majtam nogami i majtam. Z wolna zaczynam wyprzedzać kolejnych zawodników. Oddycham bez problemów. Na tętno nawet nie zerkam. Mijają kolejne trzy kilometry i okazuje się, że tempo mam 4:24-4:25. Kosmos. W Koronowie miałem dość, tutaj czuję pewien luz. Fakt, ciepło, bardzo ciepło jak na wieczór, szczęśliwie nie piekło słońce, ale i tak pol lał mi się po skroniach.
fot. maratonypolskie.pl

Biegniemy przez Starówkę. Kurcze, parszywie. Kręto jak diabli, do tego bruk. Miejscami w miarę równy, miejscami kocie łby. Ludzie zaczynają uciekać na chodniki. Do tego nagminnie tną zakręty i tylko pojedyncze osoby biegną ulicą. Ze trzy razy uciekłem na chodnik. Było równiej, ale zdecydowanie tłoczniej. Żeby było trudniej w pewnym miejscu wypatrzyłem schody wchodzące do połowy chodnika, więc stwierdziłem, że chrzanię to i biegnę tym diabelnym brukiem.

O! Już 5 km i woda. Czy ja zdążę ją chwycić przy takiej prędkości? Chwyciłem kubek i cały wylałem na plecy. Chcę następny a tu butelka więc najpierw się napiję, a następnie obleję. I tu niespodzianka. Izotonik. Skończyło się na trzech łykach i z bólem serca wyrzuciłem butelkę na bok. Dziewczynom, które biegły na końcu stawki nie poszło i próbowały stawiać irokezy na cukier z izotoników.

7 km zaczyna boleć, zwolniłem, zrobiło się 4:34, tak nie może być. Cały czas wyprzedzam, rzadko ktoś wyprzedza mnie. Gdzieś po drodze dogonił mnie jakiś chłopak, przyspieszam. Biegniemy razem. Widzę, że on przyciska, to ja też, gdy zwalniam on podkręca tempo. Ciągniemy tak dobry kilometr aż na jakimś przewężeniu i paru zakrętach mi odskakuje. Nie gonię go, ale nie ma zmiłuj. Weronika pomaga tacie i 8 km robię w 4:22. Cisnę. 9 km 4:19. Raju! Czy to ja? Nogi bolą, ale daję radę. Został ostatni kilometr. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia gdzie będzie meta. Na dziesiątym kilometrze jakiś wielki budynek z wyświetlanym napisem. Nawet nie próbuję czytać więcej niż dwa słowa. Chyba reklamują jakiś bieg. Skręt w prawo, obiegamy owego molocha. Miga mi furgon City Trail. Wiem, że już blisko. Dyszę jak lokomotywa. Znów w prawo. O! Wbiegamy na halę. O! Bieżnia! Więc to ta hala. Tartan. Jakiś taki strasznie elastyczny. Po kilkunastu krokach przypominam sobie, że to już niecałe 200 metrów więc biegnę na maksa. Ależ przedziwne uczucie na wyprofilowanym wirażu. Prosta, drugi wiraż. Ręce w górę. Meta. 44:52. Rany! 3 sekundy od życiówki! Tego się nie spodziewałem. 

Pobiegłem nieco wolniej, ale po drodze rzadko kontrolowałem czas. Tym razem biegłem na czucie, bez spiny. Wygląda na to, że forma rośnie. Patrząc na wyniki stwierdziłem, że na drugiej piątce wyprzedziłem ponad 60 osób. Pierwsza piątka przebiegnięta w 23:02, druga w 21:50.
Co będzie w Unisławiu?
Po wszystkim herbata, drożdżówka i pozostało mi czekać na dziewczyny, których zrobiło się 6, bo drugim samochodem dotarła Kasia i Justyna. Wreszcie zaczęły się meldować. Wszystkie dały radę, nawet te najbardziej zestresowane debiutantki.

Po wszystkim pogaduchy, stwierdziliśmy, że nie czekamy na dekorację i idziemy na autobus, a ten jak na złość nie chciał jechać, więc z Justyną i Kasią ruszyliśmy truchtem na miejsce startu. Najkrótszą drogą to tylko 3,5 km. Okazało się, że na resztę ekipy czekaliśmy jeszcze dobre 5 minut. A najciekawszy dowcip zrobił zegarek. Sygnał GPS poszedł w las i teleportował mnie na drugi brzeg Wisły.

Nocna dycha całkiem udana. Medal ceramiczny, taki piernikowy, z lukrem, znaczy szkliwem na rewersie. Atmosfera przyjemna. Z rzeczy, na które bym sobie ponarzekał to wspomniany brak atestu i bardzo kręta trasa w rejonie Starówki. Podbiegi? Były, ale jak na mój gust nieznaczne (za bardzo się chyba szykuję na podbieg w Unisławiu). Gdyby jeszcze ludzie tak nie ścinali trasy. No cóż. Nie ma co zbytnio narzekać.

W domu wylądowaliśmy ok. 2 w nocy. Szybkie mycie, wciągnąłem resztkę makaronu i już przed 3 byłem w łóżku. Przebudziłem się ok. 7. Za oknem wichura, jakieś gałązki leciały na okno. Chyba deszcz. No to nie pobiegam dziś. Do tego potworny ból nóg i rąk. Oj jednak dałem czadu. Zasnąłem.

9:00 budzik. Wstałem po 10 minutach, zacząłem się szykować do XXVI Biegu im. Klemensa Biniakowskiego. Start przewidziany był na 12:30, a ja sobie ubzdurałem, że do Nakła pobiegnę. W końcu to tylko 20 km.

Zjadłem 3 sznytki chleba z miodem i po godzinie ruszyłem spokojnym tempem w okolicy 5:40-5:28. Z każdą minutą słońce grzało coraz bardziej. Co 2 km brałem 2-3 łyki wody, na 10 km żel. Na 11 km Madzia, która wyruszyła do Nakła samochodem chciała mnie zabrać. Nie dałem się. Kilometr dalej czekała na mnie na przystanku. Znów nie skorzystałem. W Nakle zawitałem mając 19,5 km za sobą. Zapisałem się na bieg, odebrałem koszulkę, zjadłem drożdżówkę, znalazłem Madzię. W międzyczasie wlałem w siebie kolejne pół litra wody. Po krótkich pogaduchach ze znajomymi ruszyłem dokręcić jeszcze 2 km. Wreszcie przyszła pora na start. Magda spytała czy się ścigam. Powiedziałem, że nie, więc zapytała czy pobiegnę z nią. A owszem. Jeszcze zamieniłem parę zdań z
Bartkiem i Mariuszem Kryske, żartując, że wiadomo kto dziś wygra.
Wreszcie start. Ruszyliśmy. Bieg Biniakowskiego to kameralna impreza, było nas ok. 25. Wszyscy pognali, a my zostaliśmy na końcu. Nie zerowałem zegarka, więc z początku nie byłem pewien tempa. Pokazywało mi 5:40. Szybko, ale pomyślałem, że pewnie to pozostałość z niedokończonego kilometra. Później się okazało, że nie. Magda była twarda albo szybka. 5:40. Jej najszybszy kilometr w życiu. Jak się łatwo domyślić im dłużej tym wolniej. W połowie dystansu stwierdziła, że gdyby wiedziała, że będzie tak gorąco to by nie startowała. No, ale biegliśmy nie przejmując się tym, że kierowców trafia szlag, bo jakimś biegaczom zachciało się biegać. Wbiegliśmy na stadion, ostatnie okrążenie. Meta. Koniec.
fot. Sz. Niemczyński, UMiG Nakło

Nie powiem. Po sobotnich wyczynach nogi mnie bolały. W sumie cały tydzień był bardzo mocny, bo zrobiłem rekordowe 81 km. Poszliśmy po drożdżówki i wodę i okazało się, że Magda, mimo przedostatniego miejsca była trzecia wśród kobiet spoza gminy Nakło. Pudło!

Medal, puchar, dyplom, suszarka. Ot wielka niespodzianka.
fot. Sz. Niemczyński, UMiG Nakło

Już mieliśmy jechać na cmentarz do dziewczyn, a tu znów wyczytali Magdę. Okazało się, że nagradzali też najstarszych zawodników i zawodniczki. I co? I wyszło na to, że w Nakle wystartowały same dziewczynki i moja żona odskoczyła od nich nieco wiekiem. No to znów hop na pudło. MP3 i karp maskotka do kompletu.

Gdyby wiedziała, że będzie tak gorąco to by nie pobiegła. I figę by z tego miała.
Czy "Takie chwile jak te nie zdarzają się zbyt często..."? Oby się zdarzały :)

Dwa dni, dwa starty. Nie było lekko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kolejne City Trail za nami

Od 2015 r. na tę chwilę czekamy od jesieni - startu kolejnych edycji City Trail. A krótko przed jest stres i radość jednocześnie. Podsumow...