22 czerwca 2015

Bieg po uśmiech

Naszło mnie by pobiegać w Myślęcinku. No, nie tak samemu z siebie. Poproszono mnie. Kto i po co? O tym napiszę za parę tygodni.
Pomysł był taki, że pojedziemy z Madzią i pobiegamy i wówczas coś mnie tknęło... Szybka wizyta na maratonypolskie.pl i sprawa się wyjaśniła. O 11 miał się odbyć Bieg po uśmiech. Przedziwna nazwa co? Dawno temu wystartowałem w biegu ku słońcu,  teraz miał być po uśmiech. Nie był to zwykły bieg. Miał być taki bez klasyfikacji, zapewne bez numerów startowych, ale z medalami na mecie. Bieg po uśmiech wychowanków Domu Małego Dziecka w Bydgoszczy, impreza bez opłaty startowej w formie pieniężnej, ale za to w formie materialnej. Dominika, dziewczyna, którą kojarzę z cyklu City Trail wymyśliła by wspomóc placówkę o najpotrzebniejsze rzeczy. Niby nic, ale jak się zerknie na z pozoru zwykłą listę sugerowanych sprawunków można się przerazić ogromem potrzeb. Pieluchy? OK. Gerberki? OK. Słodycze? Też. Ale jak dotarłem do rzeczy podstawowych - mąki, cukru, makaronu, a do tego przeczytałem, że potrzeba im leków przeciwgorączkowych, jałowych opatrunków to się przeraziłem. W naszych mniej czy bardziej ciepłych i zaopatrzonych mieszkaniach nie domyślamy się jak wielkie braki są w tego typu placówkach...


Decyzja zapadła. Jedziemy. W drodze z pracy wskoczyłem by zakupić wpisowe. Padło na słoiczki bobofrutowe i paczkę pieluch. Może bez szaleństw, ale to zawsze coś. Ruszyliśmy rano i nie zapowiadało się miło. Deszcz, mżawka, deszcz, ulewa - tak mijały kolejne kilometry. Myślęcinek przywitał nas mżawką. Ruszyliśmy w stronę biura zawodów (przynajmniej taką mieliśmy nadzieję) odziani w przeciwdeszczowe kurtki. Po paru minutach dotarliśmy na miejsce, widać już było sporo osób. Zwierząt również, bo było paru biegaczy z psiakami. Po dopełnieniu formalności niebo się zlitowało i deszcz poszedł precz. Nie wrócił do końca zawodów.
Wziąłem zatem kurtki i ruszyłem do samochodu by je zostawić. Po drodze mijałem truchtającą biegaczkę z dzieckiem. Uśmiechnęła się, przywitała, zapytała czy też biegnę. Owszem i zaraz je dogonię. Parafrazując klasykę polskiej komedii "Z twarzy podobna była zupełnie do nikogo." Jak się później okazało to czytelniczka mojego bloga. Niejedyna na tej imprezie.

Postanowiłem dorobić jeszcze parę metrów i pobiegłem. Z daleka widzę niemal typową matkę Polkę. Typową, bo dzierżyła w dłoniach dwie wielkie reklamówki i widać było, że są ciężkie. Niemal, bo bo odziana była w strój biegowy. Emilia szła na zawody niosąc niezłych gabarytów wpisowe, zapytana czy jej pomóc stwierdziła, że nie więc dorobiłem 2 minuty truchtu i wracając przechwyciłem jej siatki. Mąż, dziecko i pies już pognali w stronę biura zawodów, a jej przypadło przenoszenie ciężarów.
Trochę się naczekaliśmy na start, bo wciąż dochodziły kolejne osoby. Jako pierwsze miały ruszyć dzieciaki do 8 lat. Dystans 100 m, później starsi, ci do 18 lat na dystansie ok. 300 m. Na deser starszyzna.
fot. Robert Gąsiorowski


Jeszcze przed biegiem dzieciaków okazało się, że Madzia poznała nową koleżankę. Czteroletnią Laurę. Przykleiła się w najlepsze i ku przerażeniu rodziców postanowiła, że swój dystans przebiegnie z Madzią a nie z mamą. I pobiegły. Obyło się bez wywrotki, a jak się okazało na upadki był akurat dzień. Gdzieś po starcie padła Justynowa Natalia, bliżej mety inna dziewczynka, a później, tuż za startową bramą w biegu dorosłych jakaś kobieta.
fot. facebook.com/BydgoscyBiegacze

Wreszcie przyszła kolej na nas. Ponoć niemal 300 osób. Niezły tłum jak na imprezę wymyśloną trzy tygodnie wcześniej. Po sobotnim treningu nie miałem zamiaru się ścigać więc ruszyłem z Madzią.. Miało być spacerowo, a pierwsze 500 m zrobiliśmy ekspresowym tempem 5:40, więc trzeba było zwolnić. Po chwili od startu poczułem klepnięcie w plecy i wymieniliśmy parę zdań z biegowym kolegą, który pojawił się tu mając w nogach nocny maraton Kanału Bydgoskiego. Koniec końców zwolniliśmy, bo nie było za czym gonić. Miło, przyjemnie, Madzia trochę się zmęczyła, ja trochę poskipowałem. Wreszcie meta i tak minęło 4,5 km. Przyjemnie.
fot. Robert Gąsiorowski

Na deser transfer dwóch nadprogramowych biegaczek, trochę plotek, kawa, wizyta w Decathlonie (muszą tego zabronić) i ruszyliśmy do domu, nie wiedząc kiedy minęło 6 godzin na wyjeździe.

Lubię medale z biegów charytatywnych bo obojętnie jaką mają formę i kształt bije z nich życzliwość i zaangażowanie wielu ludzi. Ktoś je robi z dobrego serca, ktoś wykłada na nie prywatne pieniądze, ktoś, ktoś i jeszcze kilku ktosiów chce coś zrobić. I chwała im za to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...