01 czerwca 2015

Być jak Klemens Biniakowski

O Klemensie Biniakowskim, wybitnym, acz zapomnianym sprinterem doby międzywojennej pisałem w ubiegłym roku. Wczorajszy bieg skojarzył mi się z początkami Biniakowskiego. Dlaczego? Bądźcie cierpliwi.

27 maja 2015 r. Popołudnie. Magda dostała smsa od Karoliny. Będziecie w Niemczu w sobotę na biegu i festynie? Zapraszamy. Madzia oddzwoniła. Podszepnąłem, by zapytała czy nie wybierają się na mszę prymicyjną. Podobno do 14 mieli zdążyć wrócić.
Nastąpiła szybka wymiana myśli. O której start, jaki dystans, jaki limit czasowy, ile wynosi wpisowe, co w pakiecie. Madzia próbowała podpuścić Sebastiana by też wystartował. Nie chciał.
Decyzja była ekspresowa. Startujemy. Ja to pikuś. 10 km to żaden dystans. Madzia? Cóż. Najwięcej przebiegła 7 km i było to latem ub. roku. Prawdę mówiąc to biega moje dziewczę raz w miesiącu. No, w maju poszalała i wyszła 3 razy biegnąc każdorazowo po ok. 4,2 km. Miała poważne obawy czy da radę (planowany debiut na 10 km miał być 13 czerwca w Toruniu), ale stwierdziła, że jak nie to przejdzie część trasy.



Zatem pstryk, pstryk, opłaciłem nasze startowe i pozostało czekać na sobotę. No, w międzyczasie podszepnąłem jeszcze Justynie, że się wybieramy, a ona zdołała znaleźć opiekę dla swej córki i stwierdziła, że też wystartuje.

Listy startowe nie zapowiadały ducha towarzyskiego. Nikogo znajomego. Nawet Grześ wybrał ziemie odzyskane, bo w Niemczu biegł dwa lata temu.

W sobotę rano lenistwo. Wreszcie była okazja pognić w łóżku, z którego wynurzyliśmy się ok. 9:40. Za oknem mocny wiatr i słońce.  Ja na śniadanie wybrałem chleb z miodem, Madzia poszła w nutellę. O 12 dołożyłem jeszcze sznytkę chleba z miodem i tyle.

Gdzieś w międzyczasie krótka wymiana zdań z Justyną. Oznajmiła, że zaraz rusza. Biegiem, a Natalka rowerem. Stwierdziłem dla żartu, że ma pierdolca, na co przeczytałem, że to tylko 10 km od niej.

Przyszła godz. 12:30 więc ruszyliśmy samochodem. 30 km przez zazwyczaj puste lasy tym razem nie było szybkie. Samochodów multum, ktoś ciągnął motorówkę, więc z lekka się stresowałem czy zdążymy dojechać i się rozgrzać.
Zdążyliśmy. Załatwiliśmy formalności w biurze zawodów, przebraliśmy się. Po rozgrzewce okazało się, że przed biegiem przyjdzie nam skorzystać z zielonych toi toi. Tych szumiących, z liśćmi. Te właściwe miały opóźnienie.

W ostatniej chwili stwierdziłem, że pobiegnę na pograniczu drugiego i trzeciego zakresu tempem 4:45 min/km. Madzia poprosiła asekuracyjnie o ustawienie zegarka na 8:15.

Z głośników dobiegł znajomy głos. Bartosz Kustra z Radia Pomorza i Kujaw. Redaktor od sportu. A to tak on wygląda - pomyślałem.

Start opóźnił się o 10 minut. Najpierw pobiegła młodzież, później biuro zawodów nie wyrobiło się z obsługą biegaczy. Ruszyliśmy o 14:10. Przed nami 3 okrążenia po ok. 3300 m, dużo zakrętów, jeden ciasny nawrót. Trasa znana mi sprzed dwóch lat. W stawce zawodników Aleksandra i Błażej Brzezińscy, zatem niewiadomą pozostawały drugie i trzecie miejsca.
W sumie to ciekawe doświadczenie zobaczyć jak jest się dublowanym przez zawodnika mknącego tempem 3:07 min/km.

Trzy okrążenia. Lewo, lewo, prawo, lewo, prawo, nawrót, prawo, lewo, lewo, prawo, lewo i jeszcze dwukrotna powtórka z rozrywki. Słońce świeci, wiatr nieźle dmucha. Biegnę. W planie 4:45/km. Jest szybciej. Tętna nie pilnuję. Chrzanić. Dokładnie tym tempem pobiegłem połówkę w Inowrocławiu. Tam okazuje się było lżej, a dystans dłuższy. Nic to. Robię swoje, po nawrocie mijam Justynę, po chwili Madzię. Mijamy się jeszcze parę razy. Madzia walczy dzielnie, biegnie z jeszcze jedną dziewczyną.

Trzecie kółko. Gdy do mety zostało jakieś 1500 m z przeciwka biegnie Madzia. Pyta Ty już tutaj? Przed nią dobre 4 km. Już wiem, że jak skończę to pogonię za nią by ją wesprzeć.

Na ostatnich dwóch kilometrach z lekka przyspieszam na 4:30 i 4:25. Kurcze, rok temu byłyby to dla mnie zabójcze czasy, a teraz daję sobie z nimi radę. Aż strach pomyśleć co by było gdybym solidnie przepracował luty, marzec i kwiecień.


Wreszcie meta, biorę wodę, medal, zdejmuję czip i ruszam w pogoni za Madzią, która biegła równo z jeszcze jedną dziewczyną. Pobiegłem na skróty i szybko je wypatrzyłem. Dopadłem na 2 km przed metą. Madzia narzeka na kolkę, która męczyła ją wysoko pod żebrami. Ni czorta nie dało się tam wepchnąć paluchów. Zwalnia, robi się 7:50 min/km, koniec końców odpuszcza i maszeruje przez niecałe 100 metrów. Jej towarzyszka odskakuje, ale widać, że jest zmęczona, kilka razy przechodzi do krótkiego marszu. Madzia wróciła do wolnego biegu. W sumie nie ma co narzekać. Przed startem zakładała bardzo wolne tempo, a tu się okazuje, że biegnie o 30 sekund szybciej. Psioczy na kolkę i psioczy, ale nogi dają radę. Przestaje się bać o czekający ją nocny bieg w Toruniu.

Na ostatnim kilometrze robię jej trzy zdjęcia, chcę zrobić czwarte, gdy wbiega na metę, ale zanim się obejrzałem ta pognała co sił i nie było sensu jej gonić.


Za Magdą przybiegły jeszcze cztery osoby. Troje z nich holowało dziewczynę, która dzielnie walczyła z dystansem. Podobno na pierwszych kilometrach wyrwali ostro do przodu, ale 10 km to nie 100 m. Tu się nie da utrzymać tempa ponad możliwości wytrzymałości, a zaczęli na 6:15.

Być jak Klemens Binikowski?
Ano być. Madzia była. Nieświadomie. Podobnie jak on wycierpiała trudy kolki. Biniakowski na jednych z pierwszych (o ile nie pierwszych) zawodach wystartował po obfitym posiłku. Efektu łatwo się domyślić. Madzia nie debiutowała, wszak ma za sobą parę startów w City Trail, ale po śniadaniu ok. godz. 10 poczuła głód i coś jej strzeliło do głowy. Pół godziny przed startem zjadła małego rogalika. Kolka była karą za grzech nieświadomości. Bolesną, ale mam nadzieję uczącą. Oby zapamiętała, że jeść można najpóźniej 1,5 godziny przed startem i żadne rogaliki, ciastka tylko co najwyżej banana.

A zawody w Niemczu pobiegliśmy we troje, wszak

MAMY TĘ MOC


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...