11 maja 2015

Uciekając przed myszami, które zjadły króla Popiela

9 maja 2015 roku. Jeszcze niedawno, ze 26 lat temu świętowano go jako dzień zwycięstwa. Czasy się zmieniły, wykładnia rocznic również (wbrew systemowi mój dziadek Stanisław świętował 8 maja, bo tego dnia wypuścili go z robót w Niemczech, z tej okazji przeniósł nawet imieniny z września na maj). W okolicy 9 maja w Inowrocławiu i Kruszwicy odbywa się półmaraton zwany Biegiem Piastowskim.

Na Kruszwicę - Inowrocław skusiłem się z dwóch powodów. 1. niska opłata startowa - w pierwszym okresie raptem 25 zł. 2. miałem z nim porachunki - rok temu, w debiucie planowałem złamać 1:45, wyszło 1:45:41.

Przed biegiem zerknąłem w kalkulator. Z ostatniej życiówki na 10 km wychodziło, że w połówce powinienem zrobić 1:39:12. Kalkulator kalkulatorem a życie życiem. Z kalkulatora maniacką dziesiątkę powinienem zrobić o 2 minuty szybciej niż dałem radę. Plan był ostrożniejszy, zrobić 1:42:00.


Na tydzień przed startem zrobiłem mocne dziesięć km, przy okazji zwiedziłem kawałek Berlina. Czas 47:08. Pozostało czekać na superkompensację (z doświadczeń w ub. roku taka mocna dycha dobrze na mnie działała). W tygodniu dwa luźne treningi i nawadnianie od czwartku.

Początkowo mieliśmy pojechać stadnie, ale Madzia i Ania z Olafem odpuścili. Ruszyłem tylko z Justyną. Odebrałem ją spod bloku i zastanawiałem się jak bardzo będzie się stresować jazdą z obcym kierowcą. Nie, żebym miał być gwałcicielem i mordercą - wywieźć ją do lasu i zakopać. O nie! Ale z obcymi kierowcami bywa różnie. Wyprzedzają na wariata, jeżdżą na żółtych światłach, cisną na maksa i hamują. No. Podobno nie było źle.

W samochodzie miłe pogaduchy i nie wiem kiedy dotarliśmy do Inowrocławia. Zostawiliśmy samochód pod Urzędem Stanu Cywilnego, poszliśmy na stadion, nawiedziliśmy zielone przybytki pachnące środkiem dezynfekującym i ruszyliśmy by zjeść po ostatnim bananie, założyć pasy pulsometrów. Na zawody założyłem nową koszulkę. Występuje raptem w dwóch egzemplarzach (drugi jest Madzi). W tej koszulce będę biegał i mam zamiar robić dobre wyniki.


Na koniec spacer do autobusu, który miał nas wywieźć do Kruszwicy pod samą mysią wieżę.

Jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy. Wesołe Ooooooooo na tyłach autobusu gdy przejeżdżał przez most na Noteci i wreszcie meta. To znaczy start.

Numery startowe i chipy odebraliśmy bez problemów, zostawiliśmy bluzy w depozycie, przypięliśmy numery, zrobiliśmy krótką rozgrzewkę (jak dla mnie za krótką bo nieco ponad 1 km, ale co zrobić). Wizyta w wc (ach to nawadnianie - zawsze zastanawiam się co będzie na trasie). Na niecałe 4 minuty zakładam słuchawki, włączam "Mam tę moc", robię trzy przebieżki. Słuchawki chowam i wreszcie wskoczyłem w tłok przed startem.
fot. Justyna Kosecka


Justyna gdzieś zginęła.

Huk z armatki i ruszyliśmy. Stałem zdecydowanie za daleko, ale cóż. Będę wyprzedzał przez pierwsze 500 metrów. Na początek lekki podbieg, wyprzedzam panią Marię Pańczak znaną jako Pani Parasolka. Podziwiam, bo jest z rocznika mojego taty. Ona biega w najlepsze, tato zmarł na zawał 19 lat temu.

Biegnę, tempo wzrosło i to za bardzo więc zwolniłem. Wreszcie osiągnąłem planowe 4:45. Minął pierwszy km. Idealny 4:44. Stawka się rozciągnęła. Z prawej i lewej zarejestrowałem przez chwilę mur cmentarza. Jak się później okazało z całego biegu zapamiętałem niewiele okoliczności przyrody.

W pierwszej części brzęczał nad nami samolot, Pewnie robił relację na żywo - miała być w internecie. Ciekawe czy ktoś mnie wypatrywał.

Na drugim kilometrze zadziało się to, co dopadło mnie w czwartek - ból mięśni piszczelowych lewej nogi, ale nie ma zmiłuj. Przejdzie. Musi. Przecież nie będę się zatrzymywał by go rozciągnąć. Drugi kilometr w 4:51 więc wolniej niż powinienem. Mięsień pobolał jeszcze trochę i przeszedł. Wierka wysłuchała mej prośby.

Gdzieś koło 3-4 km dołączył do mnie (a może ja do niego) pan w niebieskiej koszulce. Kto? Pojęcia nie miałem. Na numer nie zerkałem, wiem, że miał czapkę z daszkiem i okulary korekcyjne. Biegliśmy równo. 4:46-4:44. Pewnie po kilometrze czy dwóch zamieniliśmy pierwsze zdanie (poza pytaniem o planowany czas i tempo). Gdzieś dalej dołączył do nas jeszcze jeden chłopaki tak mknęliśmy, chwilami nawet 4:41.
Cały czas kontrolowałem tempo. Im dalej tym częściej wyprzedzaliśmy. W pewnym momencie poczułem się jak elity z czołówek biegów. Biegniemy trójką, obok siebie, równo i dość szybko jak na codzienne bieganie. Świetne uczucie.
Dobiegliśmy razem do 13,5 km, gdy zaczął się podbieg na wiadukt nad torami. Długi, ale niezbyt stromy. Logika mówiła by nieco zwolnić. Serce i nogi, że nie ma się co litować. Posłuchałem serca. Nie ma bata. MAM TĘ MOC. Wierka biegnie ze mną.
Koniec 14 km, zegarek oznajmia 4:46. Hmmm to za mną połowa podbiegu?? Nie zauważyłem. Koledzy zostali nieco z tyłu. Walczę sam i wyprzedzam. Nie zwalniam. Na wypłaszczeniu dochodzą mnie, ale na chwilę, bo zaczyna się druga część podbiegu, nieco bardziej stroma, ale bez dramatu. Nogi zaczynają go czuć, płuca również. Tempo spada do 4:50. Luz. Raptem 5 sekund, jeszcze 50 metrów. Koniec. Teraz z górki. Odrabiam stratę. 15 km w 4:44

Gorąco. Duszno. Od samego początku co 2,5 km biorę łyk wody z bidonu. Na punktach nawadniania biorę po dwa kubki, z jednego 2 łyki, reszta wody na koszulkę i głowę. Po 7,5 km wciągnąłem pierwszy żel. Tego smaku nie znałem. Dziwny, ale do przeżycia. Grunt, że da kopa. Drugi miałem wziąć na 14 km, wziąłem na 16.  Sprawdzam czas, do mety zostało 5 km. Nawet jeśli osłabnę i pobiegnę na 5:00 zmieszczę się w 1:42. Nic więcej nie kalkuluję.

Im bliżej mety tym goręcej. Mięśnie pobolewają od 5 km, ale dają radę. 18 km w 4:39, nawet nie zauważyłem, że tak szybko. Prawdę mówiąc bieg mi się nie dłuży, kilometry mijają tak, że nie zauważam.  20 km chyba kryzys. 4:51. Przyciskam. 21 km przed stadionem lekko w górkę, nie jest lekko. W bidonie zostało ze 200 ml. Łyk, reszta na koszulkę. Brama stadionu, trochę przyspieszam, lekko w dół kostką. Ostry zakręt wbiegam na murawę, nie mam ochoty przyspieszyć. Nagle myśl - przecież na końcach treningów biegałeś trzyminutówki. 200 m do mety ktoś mi robi zdjęcie. To chyba Jacek.
fot. Jacek Sudoł

Patrzę na zegarek. Kurcze, 1:40:xx. Są szanse zejść poniżej 1:41! Cisnę na łuku, coraz bardziej, coraz szybciej. Wchodzę na prostą i słyszę, że ktoś krzyczy bym przyspieszył. Dostaję kopa. Kogoś wyprzedzam, ktoś przede mną, blisko, bliżej, zaczynają go dopingować, przyspiesza, ale ja już na pełnej prędkości. Ręce w górę, meta. Jest. Na zegarku 1:40:51, sprawdzam później wyniki i doliczam 3 sekundy. Tego się nie spodziewałem. MAM TĘ MOC! Oczywiście włączam piosenkę po tym jak łapię oddech.

Poszedłem w kolejkę po pakiet startowy, pochodziłem po boisku czekając na Justynę. Czy zbliży się w okolice 2 godzin? Pewnie będzie ciężko, choć muszę przyznać, że robi postępy w bieganiu. Tak jak w pracy jest ambitna i zdeterminowana. Do tego ma warunki do biegania. Myślę, że będzie z niej rasowa biegaczka. W oczekiwaniu zaglądam w okolice linii mety. Proszę kogoś o zrobienie zdjęcia. Dziękuje mi za nadawanie tempa. Okazało się, że to drugi z kompanów, który dołączył do nas na trasie. Biegłem tak skoncentrowany, że nawet nie rozglądałem się kto jest obok mnie.

Poszedłem skorzystać z bezpłatnej analizy składu ciała i wówczas znalazła się Justyna. 2:13:37, więc do upragnionych 2 godzin daleko, ale i tak była wielce zadowolona, zwłaszcza, że ostatni raz 20 km przekroczyła w lutym.
Po odebraniu pakietu startowego dreptaliśmy w stronę samochodu. Nagle myśl. A może jakieś wspólne zdjęcie? Proponuję okolice mety. Jak na zamówienie znalazł się Jacek i proszę. Pstryk, pstryk. Mamy pamiątkę. Ja z życiówki, Justyna z debiutu.
fot. Jacek Sudoł

Odpuściliśmy posiłek serwowany przez organizatorów (to chyba moja świecka tradycja w Inowrocławiu). Wracając wskoczyliśmy na zasłużone hot dogi na Orlenie. Parówki nie wyglądały na ciepłe, ale pani zapewniła, że takie są. Cóż. Nie były, ale jakoś nie zepsuło nam to humorów.

Tyle z biegu. Już czekam na ostatnią sobotę czerwca. Zapisałem się do Unisławia na tamtejszy półmaraton z jego masakrycznym podbiegiem. I cóż... Moja kompanka też, bo 21097 m przypadło jej do gustu.

Teraz pozostaje jedno. Solidnie przepracować najbliższe tygodnie i może powalczę o 1:39? A co! W końcu
MAM TĘ MOC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...