19 stycznia 2015

Więcej szczęścia niż pecha

Właśnie zerkam, że zrobiłem sobie 2 tygodnie przerwy w pisaniu bloga. Powinienem napisać "Wstyd i przepraszam," ale nie mam się czego wstydzić. Pisać pisałem, tyle, że coś służbowego. Oby efekt był dla mnie dobry.

Dziś o mej ostatniej niemiłej przygodzie. Wg terminologii Jerzego Skarżyńskiego wszedłem w etap siewu. Zawiera on dwa elementy, których nie było w orce: siła biegowa (skip i wieloskok) oraz bieg ciągły w drugim zakresie (od 8 do 14 km). Do tego w soboty wybiegania z przebieżkami i w niedziele wycieczki biegowe 20 i 25 km.


Na sobotę zaplanowałem sobie 5 km WB1 a następnie przebieżki 10x400/400 m. Rozgrzewka przyjemna, zrobiłem parę zdjęć powalonych przez ostatnie wichury drzew. Po tradycyjnym rozciąganiu i wszelkiej maści skrętach tułowia ruszyłem na szybkie 400 m. Biegło się świetnie, z rezerwą, stosunkowo długi krok. Super. Tempo też dobre 4:08 min./km, a to znaczyło, że o 12 sekund szybsze niż na tydzień przed październikowym City Trail.
To co różniło minioną sobotę od tej październikowej to dwie rzeczy. W sobotę wybrałem pętlę przez las zamiast asfaltu przez środek wsi. Trasa przez las jest zróżnicowana sporo podbiegów i zbiegów, asfalt jest lekko z górki, stąd sobota zapowiadała się na trudniejszą. Poszło zdecydowanie lepiej, luźniej, na 9 i 10 powtórzeniu były rezerwy więc widać, że forma wzrasta.

W czasie tego biegania trafiła się jedna bardzo nieprzyjemna rzecz. Na szczęście skończyła się (oby) szczęśliwie. Droga przez pola, 300 m ode mnie widzę człowieka, idzie w mą stronę. Po chwili stwierdzam, że towarzyszą mu dwa psy. Małego kojarzę z gospodarstwa w lesie - lubi poszczekać, pobiec koło nogi i tyle, nie próbuje złapać. Drugi pies to jakiś skundlony wilczur prowadzony na długim łańcuchu. Gość zaczął go skracać. Gdy byliśmy się mijaliśmy zacząłem oglądać się na małego psa, czy aby nie zechce chwycić mnie za nogę i w tym momencie poczułem szarpnięcie prawego przedramienia.

Wilczur ugryzł mnie w rękę i przez chwilę szarpał. Gość oczywiście próbował go odciągnąć, ale trwało to pewnie kilka, może kilkanaście sekund. Puścił. Facet wyraźnie się zdziwił i przestraszył. Podobnie ja. Podwinąłem rękawy, ręka wyglądała na całą. Kurtka już nie.

Z całej akcji nawet nie zapamiętałem czy pies był szczepiony czy nie, a zapytałem o to. Zacząłem truchtać, ale postanowiłem zadzwonić do straży miejskiej. Nagrałem się na pocztę głosową i dokończyłem trening.
Adrenalina działała, następne dwa powtórzenia 400 m po incydencie pobiegłem tempem 4:04 i  3:57.

W domu okazało się, że mam widoczne dwie malutkie kropki krwi, w trzech miejscach zaczerwienioną skórę i tyle. Gdyby nie kurtka i bluza, które przesunęły się po śliskim podkoszulku pewnie byłoby źle. Szczęśliwie ręka ocalała, zegarek również.

Wieczorem Justyna (jak kto woli fizjoterapeutka) stwierdziła, że powinienem ruszyć z tym do lekarza. Wizyta była ciekawa. Opieka świąteczna, młoda lekarka. Pytanie czy pies znany - prawie, bo wiem, gdzie stacjonuje. "To co ja mam z panem zrobić?" Stwierdziłem, że nie wiem, może zaszczepić przeciw tężcowi? I na tym się skończyło.

Dziś, w poniedziałek zajrzała do mnie straż miejska, właściciel psa nie może znaleźć zaświadczenia o szczepieniu przeciw wściekliźnie, dali mu czas do jutra. Panowie powiedzieli, że procedura jest taka, że obserwację psa zleca sanepid. Stwierdziłem, że do nich zadzwonię. Na szczęście. Pani doktor była wybitnie niedoświadczona w temacie i chyba pielęgniarki pokierowały procedurą zgłoszenia do sanepidu. Tak czy owak nie dostarczono wszystkich danych, bo mnie o nie nie zapytano. Podałem dziś co trzeba, jutro mam jeszcze dać imię właściciela psa i sanepid zleci weterynarzowi obserwację psa przez dwa tygodnie. Jak nie wykaże oznak wścieklizny będzie git, a jak się pojawią... Cóż. Trzeba będzie się zaszczepić.

Wiecie co jest najśmieszniejsze? Od dwóch lat zbieram się do kupna gazu pieprzowego w celu obrony przed psami. Teraz mam 110%motywacji. Do tego kupię kaburę, którą da się założyć na ramię, by dało się go szybko użyć.

3 komentarze:

  1. Proszę, przestań używać zaimków dzierżawczych w swoich postach. Okropnie to razi w oczy. Nie MEJ, tylko MOJEJ. Nie MYM, tylko MOIM. Nie MA, tylko MOJA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę się postarać. Zastanawiam się tylko na ile można traktować je jako gwarowe.

      Usuń
  2. no tak... to, że żona mówi aby jechać na pogotowie to się nie liczy... po co słuchać... (skoro podaje przykłady przykrych doświadczeń z psami i to o wiele gorszych skutkach niż tu opisywane...)
    ... ale stwierdzenie Justyny i już mąż gotowy do drogi..

    OdpowiedzUsuń

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...