01 grudnia 2014

Bydgoskie City Trail nr 2

30 listopada 2014 r. Imieniny Andrzeja. Tradycyjnie w wigilię odbywały się andrzejki i dałem się namówić na muzyczne harce. W łóżku wylądowaliśmy ok. 1 w nocy, bo rano czekał nas wyjazd na drugi bieg z cyklu City Trail.
Mam nadzieję, że to będzie nasza rodzinna tradycja i będziemy startować całą trójką.

Ze względu na przygotowania maratońskie postanowiłem się nie ścigać. Miał to być spokojny bieg, zwłaszcza, że plan na niedziele przewidywał 18 km WB1. Wymyśliłem, że po starcie dzieciaków zrobię 15 km i do tego start 5 km.

Spotkaliśmy Justynę z Tomkiem i Natalką. Tomek jakoś nie daje się namówić na bieganie. Nati owszem. Startuje w kat. D0. Ledwo zdążyliśmy się przywitać a Justyna zerknęła w torbę na prezenty i stwierdziła, że to ta. Dostałem koszulkę techniczną. Po chwili okazało się, że koszulka jest różowa (a mówiła o czerwonej) i ma do tego damski krój. Ot się machnęła dziewczyna. Ja twierdzę, że tłumaczą to dwie ewentualności: zemsta za moje zającowanie w Pigży, albo uważa, że nie jestem wystarczająco męski. Koniec końców wymieniła, okazało się, że powinienem dostać torbę z koszulką damską (dla Magdy) i męską.


W czerwonym mi lepiej

Weronikę zapisałem do kat. D2. Nie wiem co mi się pochrzaniło, ale czujna małżonka to zauważyła i zdążyłem o tym poinformować w biurze zawodów. Oczywiście pobiegła ze swoją grupą wiekową.

A mój start? A jakże! Nie nie zdążyłem wybiegać 15 km. Dzieci pobiegły, przybiegły. Gadu, gadu, zrzucenie ciuchów i zrobiła się godz. 10.05. Podreptałem po ścieżkach i wyszło mi 8,4. Stanąłem w grupie z czasem poniżej 28 minut, ale jak ruszyłem to podkręcałem tempo.

Pierwsze 3 km zagadywałem, żartowałem, chwilami plotłem głupoty. Na początku biegł przede mną gość, który przegrał zakład i musiał wystartować. Zaiwaniał tempem 5:05, kolega z którym przegrał dopingował go w najlepsze podając, że ma za sobą już 200 metrów. Pomknąłem. Tu zagadałem, tam zagadałem. W okolicy 1,5 km dogoniłem Justynę, pomyślałem, że nieźle ciągnie i powinna zejść poniżej 30 minut. Kawałek dalej wypatrzyłem Piotra. Doskoczyłem, porozmawialiśmy chwilę i pogoniłem dalej. Bo okazało się, że w nogach włączyło mi się wyprzedzanie. Nie. Nie jest to kwestia nowych butów. Ot tak. Dopadła mnie głupawka po tak długiej rozgrzewce i niosła do mety coraz szybciej. Na trzecim kilometrze zauważyłem kolejną znaną koszulkę więc zza pleców zapytałem czy ten fizjoterapeuta dobry. Wyprzedziłem Kasię, grzecznościowo pytając na jaki czas biegnie i czy jej przypadkiem nie poholować. Nie chciała. Znaczy się coś musiało być do rzeczy z otrzymaną koszulką.

Buty przyjemne. Po pierwszym bieganiu bolały mnie rozcięgna podeszwowe. W niedzielę było komfortowo. Nic nie gniotło, stopy bez bólu. na asfalcie ładnie niosły. Leśne ścieżki były zamarznięte, więc nie musiałem się stresować, iż je wybrudzę albo poślizgnę się przez mały bieżnik. Robiegam je i będę miał niezły sprzęt na łódzki maraton.
fot. Grzegorz Perlik

A poza tym to witam się i witam i witam. Co kawałek znajomi. Jacek dostał ode mnie ClO2 i słoiki ze spasteryzowana brzeczką na startery do fermentacji piwa (ja z piwowarstwem się pożegnałem definitywnie).
Dotarł też Tomek z którym dzień wcześniej rozgrzewałem się na nakielskim stadionie, a następnie mijaliśmy się parokrotnie na krosowej trasie w pobliskim parku. Do tego drugi Tomek. Nie wspomnę o jednej dziewczynie, która powiedziała mi cześć, a ja ni czorta jej nie kojarzę.

A dziś? Grudzień, to znaczy, że trzeba porządnie popracować nad kondycją i nie odpuszczać tak, jak to miało miejsce w listopadzie, w którym wypadły mi 4 treningi, w sumie dobre 60 km.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...