02 listopada 2014

Zadusznie

Żadne helołiny. Szczęśliwie nikt nie przyszedł z pytaniem "Cukierek albo psikus" bo odpowiedziałbym "Psikus" i pochlapał wodą.

Dziś refleksyjnie, krótko, w zasadzie niebiegowo.
Każdego roku ucieka nam paru bliskich lub znajomych. To chyba jeden z nielicznych wyścigów, w których nie chcemy być pierwsi.

Od ubiegłego roku przełom października i listopada to swoisty maraton. Ten ubiegłoroczny huśtawkowy. Zaczynał z wysokiego C - wybitnie krótko, a kończył metr pod ziemią.
Nieco ponad dwie doby w kołowrocie beznadziejnej niepewności, kilkanaście kursów trasą Ujejskiego - Bernardyńska - Jurasza (To jakieś 4,5 km) jakbym w swym życiu nie przejadł się jednym z tych szpitali i świadomością istnienia magicznych rąk doktora Gałązki. Kołowrót taki, że już po, odruchowo zjechałem z ronda Jagiellonów w 3 maja.

I poszalała Karolcia na tym świecie. Oj poszalała.

Napisałem wówczas na blogu:
Normalny facet będący w mojej sytuacji wziąłby lustro, flaszkę, szklankę i chlał do upadłego. Lał w siebie kolejne porcje czterdziestu procent. Gadał, majaczył, mędrkował.
A z moją łepetyną jest coś nie tak. Alkohol kompletnie mnie nie ciągnie. Najchętniej założyłbym buty, koszulkę, spodenki, zegarek i ruszył w trasę. Nie patrząc dokąd, którędy. Skatować się tętnem sto osiemdziesiąt parę trzymanym non stop. Przy dobrym skatowaniu też pewnie bym puścił pawia.

I tak wiem, że niczego by to nie dało...


I komentarz pod blogiem wyjaśnia wszystko co się dzieje w naszych spaczonych bieganiem głowach:
Jedyne  40, które nas rusza to kilometry.

No nic aniołku. Dawaj ojcu siły, gdy na trasie znów zacznie mu jej brakować. Obojętnie, czy będzie to pierwszy czy ostatni kilometr. Tak jak to robisz od roku. W końcu Ty więcej zniosłaś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kolejne City Trail za nami

Od 2015 r. na tę chwilę czekamy od jesieni - startu kolejnych edycji City Trail. A krótko przed jest stres i radość jednocześnie. Podsumow...