27 października 2014

Grand Prix City Trail start.

26 października 2014 roku. City Trail w Bydgoszczy ruszył z kopyta. Jeszcze wiosną zawody zwały się zBiegiemNatury, ale organizujące ekipy postanowiły wziąć rozwód, z różnych, tajemnych jak receptura na złoto z ołowiu, powodów stara nazwa nie pozostała i stąd mamy obco brzmiące siti trail (jak próbuje to wymówić moja sześcioletnia Weronika).

Na cykl czekam i nie czekam. No dobra czekam, ale z nutą smutku, bo postanowiłem, że tylko dwa razy pobiegnę ostro. Będą to pierwsze i ostatnie zawody. Dlaczego? Od listopada ruszam z przygotowaniami do maratonu i nie będę grzeszył odstępując od planu treningowego. Niby to raz w miesiącu, ale zawsze.

No, ale do rzeczy - opowieści o pierwszym biegu. Zapowiadał się tłok. Zafundowałem żonie i sobie numer imienny, do tego sąsiadka też takowy zakupiła. Trzecią osobą, którą pewnie namówiłem (a przynajmniej szepnąłem jej o tych świetnych zawodach) jest wspominana parokrotnie czarodziejka od wszystkiego co boli (celowo nie napiszę "ręce, które leczą" bo zdaje się, że to termin zarezerwowany) - p. Justyna - znaczy fizjoterapeutka, czwartą Jola - z której jest kawał dobrej poetki (gdyby ktoś chciał jej tomik niech da znać - powiem jak go zdobyć). Szepnąłem też Piotrowi - koledze z Nakła. Zapowiadał się tłok (tak przynajmniej sugerowała lista startowa opiewająca na jakieś 620 osób. Koniec końców do mety dotarło 586 zawodników, co jest oczywiście rekordem (w ub. roku w Bydgoszczy startowało plus minus 400 osób).

Skoro start miał być ostry to też plan musiał do tego równać. Postanowiłem powalczyć o poprawę ubiegłorocznej życiówki, która wynosiła 22:42. Planowałem przycisnąć i zrobić 21:59, ale czy to możliwe? Tydzień wcześniej zrobiłem wytrzymałość tempową 10x400m/400 m w tempie 4:20 min/km. Niewiadomą pozostawało czy zdołam to wytrzymać siłowo i czy starczy mi tchu.


Jak zwykle w Myślęcinku wylądowaliśmy sporo przed czasem. Jakoś nie mogę przywyknąć, że w niedzielę do Bydgoszczy jedzie się dużo szybciej. Na początek odbiór numeru startowego Weroniki. W ubiegłym roku startowała i tak jej się to spodobało, że w tym roku również chciała. Nie zniechęciły jej nawet ostatnie miejsca, które namiętnie zajmuje. Jeszcze przed wyjazdem opowiadała, że śniło jej się, iż przybiega jako pierwsza. Ech... Może kiedyś??

Im bliżej startu City Trail Junior tym więcej ludzi. Spotkaliśmy się z p. Justyną, jej mężem i córką, która również dała się namówić. Dziewczynki jak zwykle w swym szalonym świecie. Numery przypięte i wreszcie doczekały się rozpoczęcia procedury przedstartowej. Pod bramką tłok. Tez z serii "tłok jak smok". Tak na oko dzieciaków było ze dwa razy tyle co rok temu. Odprawa, spacer na linię startu i tam rozgrzewka. Jako, że dzieciaków dużo postanowiono puścić je w dwóch turach. Panie przodem.  Zanim to nastąpiło padło sakramentalne pytanie i ma ulubiona odpowiedź:

Dla tego TAAAAAAAAAAAAAK warto tam być :)
Wreszcie "Gotów. Start!" I poszły konie po asfalcie. Weronika sama. Wszak to przynajmniej ósmy start w jej życiu, więc wie co i jak. Próbowałem robić zdjęcia, ale z aparatem typu małpka nie mogę znaleźć wspólnego języka.
Po drodze wyprzedziła płaczącą dziewczynkę poganianą przez matkę czy ojca (nie zwróciłem uwagi). Niestety. Chore ambicje rodziców wyłażą czasem na pierwszy plan. Dziecko ma być naj, naj, naj. Byle nie najgorsze i nie "najdrugsze" Wyścig szczurzątek...
Wreszcie meta. Nawet nie wiedziałem, że na mecie aparatem polował Grzegorz Perlik. Grzesiu! Jeszcze raz ślicznie dziękuję.
fot. Grzegorz Perlik

Po biegu dziecięcym trochę czasu na plotki i pogaduchy, od Krzyśka dowiedziałem, się, że robi za słomianego wdowca, bo żona mu się wykruszyła (szkoda, bo miałem ochotę się z nią pościgać), a o przed 10.30 ruszyłem się przebrać i zabrać za rozgrzewkę. Muszę pamiętać, że 30 minut na obie czynności to ciut za mało. Następnym razem poświęcę na to przynajmniej 40 minut. Jeszcze Grześ mnie upolował, gdy biegłem z bluzą dla Weroniki i stwierdził, że wypatrzeć mnie w tłumie będzie ciężko.
fot. Grzegorz Perlik

Prawdę mówiąc miałem problem jaki zestaw ubrań wybrać. Rano było nieprzyzwoicie zimno i dało się wytrzymać mając na sobie cienki sweter, dwa polary i kurtkę. Na bieg zrezygnowałem jednak z długich spodni, wrzuciłem na grzbiet długi podkoszulek termo, bluzę i klubową koszulkę z krótkim rękawem. Na tyłku krótkie spodenki. Pod koniec rozgrzewki wiedziałem, że trzeba będzie zrezygnować z bluzy. Skłony, skręty, przebieżki i... O cholera. 10 minut do startu, a ja bez rozciągania. Szybka wizyta w depozycie, trzy rozciągnięcia, nie zdecydowałem się nawet by wysypać piach z buta. Minuta, lekki stres. Nigdy nie stałem w tak szybkiej strefie startowej.
Poszliśmy! Kontrola tempa po stu metrach. 26 sekund. Idealnie. Trzy zdania z człowiekiem obok, pytał na ile biegnę, stwierdził, że się dołączy, bo dziś jest bez zegarka. 200 metrów dalej pobiegł szybciej.
Skręciliśmy w lewo, asfalt za nami, a przed najgorsze 300 m trasy - wybitnie rozdeptane i miękkie. I tym razem grupa była szybka, nikt nie odpadał, w zasadzie nie trzeba było wyprzedzać. To dla mnie nowość.
Pierwszy kilometr idealny - 4:23, od drugiego tradycyjna różnica między oznaczeniem trasy a zegarkiem. Drugi wolniej - 4:32 (pod jego koniec dwie niespodzianki - leżące na trasie drzewo sprawiło, że pomyślałem, iż wreszcie jest przełajowo, ale zaraz za nim dziwnie przeciągnięta taśma wyznaczająca trasę), trzeci 4:37. Biegnę skupiony, nawet nie macham do aparatu. Dopiero w domu, na zdjęciach wypatrzyłem, że pod nogami miałem piękny dywan z liści.
fot. Grzegorz Perlik

Na czwartym zacząłem czuć nogi, czas 4:31. To oczywiście czasy z zegarka. Na piątym kilometrze zacząłem przyspieszać. Ostatni zakręt w prawo, zaczął się asfalt, wiem, że to jeszcze ok. 400 m. Kontroluję pierwszy raz czas całkowity. Było jakieś 20:40. Szybki kalkulacja i wiem, że mam szanse. Zatem mocniej i mocniej. Poganiam wyprzedzanych, kilku z nich się rewanżuje. Cisnę. 200 m do mety, 100, 50, 30. Patrzę na zegar przy mecie. O ile pamiętam coś ok. 21:50. Już wiem. Nawet brutto będzie poniżej 22 minut! Na koniec ręce w górę, zatrzymanie zegarka i znów ręce w górę. Zrobiłem! Jest! 21:51:90! Czas z grudnia ub. roku poprawiłem o 50 sekund!
Zdyszany oddałem chip, przechwyciłem Wierkę, która była pod opieką Tomka i stanęliśmy w okolicy mety by dopingować mamie Magdzie, sąsiadce Ewie i fizjo Justynie. A w ręku wielki transparent przygotowany w domu.
Moje bystre dziecko samo wpadło na pomysł by wpisać wszystkie imiona.
Wreszcie pojawiły się dziewczyny. Wcześniej - sądząc, że Magda do końca pobiegnie na luzie - zapytałem Wierkę czy chce wbiec na metę z mamą. Oczywiście. A tu niespodzianka. Cała trójka przyspieszyła i gnała w najlepsze. Wierka złapana za rękę upadła na 2 metry przed metą, a Magda się zatrzymała na 50 cm przed matą i po nią wróciła. I tak przeskoczyło na zegarze na 36 minut.
Za metą baby się zagubiły, nie znalazłem ich koło samochodu, ale stwierdziłem, że się przebiorę. Wróciłem w okolice startu, tam odczytałem smsa od Joli. Jakoś się znaleźliśmy by zrobić sobie zdjęcie pod bramą startową.
Wracając wypatrzyłem Olę i Błażeja Brzezińskich. Nie mogłem sobie odmówić i poprosiłem mistrzów o wspólne foto. Błażej to tegoroczny brązowy medalista Mistrzostw Polski w maratonie, a w Mistrzostwach Europy do końca walczył dla drużyny, mając nadzieję, że dołoży swą cegiełkę do drużynowego medalu, niestety, jak większość pamięta dwóch naszych zeszło z trasy.

Zawody udane. Jak zwykle sympatyczne, jak zwykle dobrze zorganizowane. Herbata pyszna, rogaliki jeszcze lepsze. Dla dzieciaków lizaki i herbata (Wierka prosiła o dolewkę, a po moim biegu ograbiła mnie z większej części). W toitoiach luksus - papier toaletowy (co prawda z tych stresujących - znaczy cienki, ale był). W skali dziesięciopunktowej daję 11.
A czytając wieczorem relację dowiedziałem się o co chodziło z taśmą i drzewem. Okazało się, że to działalność jakiś "życzliwych".

I zdaje się, że mogłem zaryzykować i pobiec nieco szybciej. Średnie tętno wyniosło 185, maksymalne 195, zatem w rezerwie zostało 8 uderzeń i całą trasę oddychało mi się całkiem swobodnie. Nie dyszałem tak jak w grudniu ub. roku. Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo zadowolony.

Teraz czekam na XVIII Bieg Niepodległości w Pigży. Tam będzie treningowo, tempem powyżej 6 min/km. I może jeszcze wystartuję w mej wsi, o ile nie będę w pracy.

2 bieg City Trail w Bydgoszczy już 30 listopada.

20 października 2014

Idzie wiosna. Jeszcze tylko jesień i zima.

Idzie wiosna. Jeszcze tylko jesień i zima. Dla tych, którzy niedawno zaczęli biegać to nie lada wyzwanie. Latem gacie, koszulka, skarpety, buty i można biec. No, jeszcze stanik, jeśli jest się kobietą (acz niekoniecznie, bo kto chłopu zabroni?). A co założyć, gdy robi się chłodniej?
Nie ma na to jednoznacznej recepty. Trzeba kombinować, sprawdzać, przyzwyczajać się. A bywa, że termometr pokazuje jedno (do czego przywykliśmy), a po wyjściu odczujemy drugie, bo wystarczy, że są chmury albo wiatr. Jakby tego było mało sporo będzie zależało od tego co akurat będziemy biegać (Jeśli np. WB3 zrobi się ciepło).

Dziś trochę o tym co znajduje się w mojej szafie i co z tego ląduje na mnie w chłodniejsze dni.

Obowiązuje podstawowa zasada. Nie przegrzewać się. Podobno idealny strój to taki, w którym po wyjściu z domu jest nam chłodno. Kwestią otwartą pozostanie to jak chłodno.

Swego czasu internetowy sklep Decathlonu miał podział ciuchów na dwie czy trzy warstwy. Zacznijmy od najgłębszej.
Gacie (biegam w bawełnianych, jakoś szkoda mi kasy na termocuda), skarpety i... Właśnie. Zaczyna się temperaturowa roszada. Przy ok. 10 stopniach zakładam zwykłą biegową koszulkę, na nią bluzę z długim rękawem. Jeśli nie wieje robię inną kombinację. Koszulka idzie na wierzch, a pod nią długi rękaw termoaktywny - ten bieliźniany, obcisły.
Najważniejsze by mieć suchą skórę bo zawieje. Obcisła koszulka termo w tym pomaga.

Jeśli jest ciemno (a ostatnio jest) zakładam jeszcze kamizelkę odblaskową (wersja dziecięca na ok. 140 cm wzrostu). Na tyłku krótkie spodenki, w których biegam nawet w okolicach 4-6 stopni, choć ostatnio zaczynam myśleć o kupnie cienkich leginsów, może 3/4.
VII Bieg Piastowski. ok. 13 stopni, silny wiatr. Pod koniec i tak było za ciepło.
Temperatury 6-10 stopni. Dół krótkie spodnie, góra koszulka termo długi rękaw plus bluza (jeśli wieje kombinuję inaczej - koszulka termo plus krótki rękaw plus wiatrówka).

Wiatrówka jest bardzo cienka. Jakiś ortalionik, który nie chroni przed deszczem, ale ogranicza nieco jego wchłanianie. Prawda jest taka, że gdyby założyć coś deszczoodpornego i tak będzie się mokrym, bo nie wypuści potu na zewnątrz.

Poniżej 5 stopni, a już na 100% w okolicy 0 koszulka termo z długim plus bluza plus wiatrówka. Jeśli jest mi za gorąco rozpinam zamek. Zakładam też długie leginsy, ocieplane, choć bywa, że przy mocnych treningach jest w nich ciut ciepło.
fot. Z. Kubisz, www.kurier-nakielski.pl

Ważne rzeczy. Głowa i dłonie. Na głowę czapka. Albo z daszkiem (jeśli nie jest zbyt zimno) albo z membraną chroniącą czoło i skronie. Na dłonie rękawiczki (tych używam w zasadzie poniżej 8-10 stopni). W okolicach 3 zakładam też na szyję komin (vel buff).
Czarna część czapki jest z windstoperem, szara cienka, nieocieplana.

Przy temperaturach ujemnych oddycham paszczowo. Nie zakrywam niczym ust bo tylko to przeszkadza. Po kilkuset metrach gardło się przyzwyczaja (niektórzy zawijają język i dotykają podniebienia w ten sposób podgrzewając nieco powietrze).

A na deser jeszcze jeden przydatny bajer. Zima, ubity śnieg albo jeszcze lepiej - lód. By nie zrobić sobie krzywdy polecam nakładki antypoślizgowe. Ubiegłej zimy przebiegałem  w nich ładnych parę godzin. Leżą dobrze, nie spadają, kolce nie wypadły, wywrotek nie zaliczyłem. Próbowałem ich na lodzie stopniowo zwiększając prędkość. Jest bezpiecznie i bez poślizgów. Pewnie pojawią się w Lidlu (tam swoje kupiłem) i prawdopodobnie nie zejdą od razu więc jak zachowacie zimne nerwy doczekacie obniżki cen. Mnie kosztowały chyba 19 zł.

Wiem, że moje porady niewiele dadzą. Musicie sami pokombinować i wypróbować co Wam najlepiej leży i nie grzeje (ani ziębi).
A po bieganiu wskoczcie w świeże ciuchy, a przynajmniej załóżcie coś ciepłego, by nie złapać kataru (zwłaszcza gdy startujecie w zawodach - po przebiegnięciu mety zmiana przepoconych ciuchów jest wielce wskazana).

18 października 2014

"Idzie jesień dary niesie"

Jesień w zasadzie nie idzie. Już przyszła i zagościła się na dobre. Jeszcze chwila, a z pięknej, złocistej, czerwonej, bordowej, brązowej, takiej kolorowej zrobi się szara, bura i ponura. Póki co cieszę się tym co za oknem. Choć robi się chłodniej, choć jest wilgotno, a ostatnie trzy dni były deszczowe dary wędrują pięknie. Och jak dobrze, że nie mieszkam w mieście! To nic, że błoto! To nic!

Dziś zrobiłem dużą pętlę. Właśnie. Moje trasy biegowe to zasadniczo trzy pętle i trasa nocna od lasu do lasu.
Pętla mała 4,2 km, średnia 4,8 km i duża 7,5 km (czasem - tak jak dziś lekko zmodyfikowana 8,15). Początek przez pola, starą drogą do Mroczy, później hop w las drogą, którą jeździ niewiele osób i robi to raczej czymś większym niż auto osobowe. W lesie miło. Drzewa kolorowe, dęby, olchy. Liście dębów na drzewach będą mi towarzyszyć do wczesnej wiosny. Mieszkając w mieście nie miałem pojęcia, że po uschnięciu nie opadają na ziemię.
Zanim wbiegłem do lasu strzeliłem sobie focię z rąsi. Panorama mi się wymyśliła :D Pomysł na nią nie był przypadkowy - wysyłałem ją na konkurs foto-biegowy.

Po 2,6 km trzeba na chwilę wyskoczyć z lasu i pobiec wzdłuż jego granicy, a tam było drugie miejsce z wyciętymi drzewami. Opał i papier. I znów liściasto i iglasto. Takie tu mam lasy.
Hmmm. Ja tu się zachwycam okolicznościami przyrody a co z bieganiem? Właśnie. Dziś po trudach tygodnia i późnych powrotów postawiłem na relaks. Wolniej, tempo w ok. 6:10 i z niskim tętnem. Jeszcze niedawno psioczyłem, że mam za wysokie. Chyba zaczęło wracać do normy odkąd wróciłem do bardziej regularnego biegania. Dzisiejsze średnie 146.
Prawdę mówiąc nadal nie szaleję biegowo. Potrafię odpuścić 3 kolejne dni, ale jakoś tak się poskładał październik, że mam nieco więcej zajęć i z wieczora nie miewam ochoty na bieganie. Nic to. Od listopada ruszę ostro, bo w mej głowie urodził się plan, który definiuje liczba 42195, ale o tym w innym wpisie.
Błoto... Najgorzej będzie zmoczyć buty i zastanawiać się czy zdążą wyschnąć. Z drugiej strony poprzednie dwie zimy jakoś przeżyły i dało się biegać, więc nie będę się martwił na zapas.

26 października startujemy całą rodziną w cyklu City Trail. Madzia pozazdrościła Wierce i mi i też pobiegnie. Do tego sąsiadka. Hmmm Muszę pomyśleć ile osób już namówiłem na ten cykl. Myślęcinek ma to dobrego, że jest płasko i można się postarać o w miarę dobry czas (pod warunkiem, że nie ma błota i śniegu).
Zastanawiałem się co wybiegać za tydzień. Czy ruszyć towarzysko z dziewczynami czy powalczyć z czasem. Chyba wybiorę drugą opcję. Wiosną będę miał z czym porównywać. A jaki plan czasowy? Nie pochwalę się, bo nie wiem czy mam na niego szanse.
Jutro trening pod superkompensację. Będzie ostro i mocno. Przebieżki 10x400/400 tempem szybszym o ok. 5 sekund od startowego. Jak da radę to o 10 sekund.

A takie bieganie miałem dziś . Normalnie bym nie pomyślał o zdjęciach. 


05 października 2014

Marszałek sejmu w okrążeniu

W sobotę po pracy zamierzałem pobiegać. Pierwotnie plan oscylował w okolicach nakielskiego stadionu, może parku (choć na kros dla mej nogi jest jeszcze za wcześnie). Aż nagle mnie tknęło. Jesień. Złote liście. Słońce. Wybiorę się w najpiękniejsze miejsce w okolicy. Mały wąwóz za chobielińskim dworem. Sprawdziłem szybko mapę, zapowiadało się ok. 15 km, w tym mocny podbieg w Chobielinie.


Postanowiłem dołożyć do tego wisienkę na sam koniec. Jeden z największych (o ile nie największy) podbieg w Nakle - ul. Gimnazjalna - Szkolna - Kazimierza Wielkiego.

Polecam www.geocontext.org
Start na Gimnazjalnej. Chodnik, trochę remontowanego asfaltu, później nudna ul. Długa z wybitnie nierównymi chodnikami, droga do Występu pod wiatr, ale bez dramatu. Niestety. Tempo przeciętne (5:52), tętno wysokie (168). I tak właściwie cały bieg.

Nie wiem co się dzieje z tętnem. Od półmaratonu w Pile mam jakieś wysokie. Obstawiam, że to wina przerwy od połowy lipca do niemal połowy września.

Przebiegłem Występ i wreszcie Chobielin. A tam...

Jaz i młyn - standardowy temat zdjęć
Za młynem słynna posiadłość marszałka sejmu, do niedawna ministra, Radosława Sikorskiego.
Temat trudny do sfotografowania
I wreszcie jesień.

Od tyłu jest go łatwiej złapać.
I wreszcie dwa spojrzenia na wąwóz.

Jako, że nie zamierzałem urządzać jakiejś poważnej sesji fotograficznej walczyłem telefonem niemal w biegu. Na deser został sławetny chobieliński bruk. Jakieś 400-500 m w dół.


W ten sposób obiegłem "Strefę zdekomunizowaną" (taki napis widnieje na tablicy przy bramie) - posiadłość marszałka sejmu.
Wracając do Nakła planowałem pierwotnie zajrzeć do jakiegoś sklepu w Występie by kupić wodę i coś do przegryzienia. Koniec końców odpuściłem.
Zdobywanie ul. Gimnazjalnej wyszło, gorzej było ze Szkolną i Kazimierza Wielkiego. Zamknęli mi przejazd kolejowy i musiałem poczekać dwie minuty. Nic to. Pod górę, im dalej tym bardziej stromo. Runda przez osiedle i finał. Łącznie 16,4 km.
A dziś dołożyłem nocne 13,4 i w ten oto sposób tygodniowy przebieg wyniósł 46,44 km. Poprzedni taki wynik był w górach 7-13 lipca, gdy zrobiłem 50 km.

Na deser noga. Ból łydki, który sponiewierał mnie w połowie lipca ustąpił. Chwilami pojawia się ból uda, ale jest do zniesienia. Prawdę mówiąc nie jest jakiś szczególny i pojawia się na krótko. Da się biegać.
Jaki z tego wniosek? Potwierdza się to, co pisałem na początku września. Następnym razem nie pomyślę o ortopedzie, a ruszę do Ortimedu.

01 października 2014

Sport ekstremalny

Półtora roku temu koleżanka opowiadała mi o swym starcie na dystansie jednej mili. Wniosek miała jeden. Że to paskudny dystans. W miniony weekend miałem okazję się o tym przekonać.
27 września 2014 r. XI Wrześniowe Biegi Feniksa w Mroczy. Dystans dla mężczyzn ok. 1750 m. Tak widniało na plakacie.
O starcie w tych zawodach myślałem już w 2012 roku, ale wówczas i rok temu nie zgrałem terminów. Tym razem niewiele brakowało bym nie pobiegł.

W początkach miesiąca umówiłem, się, że na godz. 14 pojawię się w Kcyni na ślubie koleżanki by zrobić kilka zdjęć dokumentujących to wydarzenie. W międzyczasie dowiedziałem się o mroteckich zawodach. Szczęśliwie okazało się, że start biegu mężczyzn zaplanowano na godz. 16:50, więc stwierdziłem, że da się załatwić obie imprezy.
Postanowiłem urwać się z Kcyni o godz. 15.40 by na okolice 16.20 być w Mroczy. Miałbym parę chwil na przebranie się, rozgrzewkę i start. W Mroczy zameldowałem się o 16.15, gdy się przebierałem usłyszałem komunikat, że na start zapraszane są kobiety (miały startować o 16.35). Nic to, przebrałem się, wskoczyłem za potrzebą i hej na bieżnię. Rozgrzewka - jedno okrążenie na bieżni i okazało się, że wzywają na start mężczyzn. Co u licha? Zrobiłem dwie krótkie przebieżki i zdyszany zameldowałem się na linii.
Komunikat: "Biegniecie panowie 4 okrążenia, to ok. 1500 m na naszym stadionie." Powiedziałem, że wolałbym 10 km. 
Start.
Fot. www.powiat24.pl

Poszły konie po żużlu. Planu na bieg w zasadzie nie miałem. Wcześniej stwierdziłem, że szybciej niż 4:20 min/km będzie najszybciej i raczej nie zdołam z tego niczego uszczknąć.
Konie po żużlu niczym mustangi przez prerię. Gnają, że hoho. W połowie łuku patrzę na zegarek. Tempo 3:50. Postanawiam zwolnić. Obok mnie biegnie Jarek. Spotkaliśmy się w ub. roku na biegu w Drzewianowie. Gonimy, gonimy, kilka rwanych zdań.

Drugi łuk bieżni. Przedziwny, bo prosta się nagle urywa i od niej krawężnik idzie pod jakimś dziwnym kątem.  Siła odśrodkowa chce w tym miejscu wyrzucić.

Gonimy. Wyprzedzam dwóch zawodników. Jeden leci w jeansach.

Fot. UMiG Mrocza
Drugie okrążenie, Jarek kawałek za mną. Połowa trzeciego. Zegarek krzyczy 1 km. Patrzę, zza pleców słyszę Jarka "Jaki czas?" Odkrzykuję "4:00. Ja tak szybko nie biegam." Zostało półtora okrążenia. Wytrzymać.

Gonię. Nie myślę. Dyszę w najlepsze. Boli. Od dawna. Gonię. Czwarte okrążenie, przeciwległa prosta. Postanawiam przyspieszyć, wydłużam krok, ale chyba niewiele z tego wychodzi. Boli.
Wreszcie meta. Karteczka z nazwiskiem do koszyka. Poczeka na losowanie nagród.
Fot. UMiG Mrocza

1,57 km, czas 6:21. Średnie tempo 4:02 min/km. Piecze. W piersiach. W gardle. "Tak szybko nie biegam." Miejsce? Nie wiem. Biegi Feniksa są z kategorii tych bez zapisów, oświadczeń o stanie zdrowia (przynajmniej w przypadku dorosłych). Bez klasyfikacji - za wyjątkiem pierwszej trójki. Bez pomiaru czasu.

Wyszedł mi najszybszy kilometr w życiu. Endomondo wyłapało 3:59. Wygląda ładniej niż 4:00:60 z garmina. Tego będę się trzymał.  Nie lubię takich dystansów. 11 listopada w Sadkach będzie tradycyjny bieg niepodległości. Tam jest ciut dłużej. Ok. 2,6 km. Ale coś mi się zdaje, że nie wystartuję. O ile żona wcieli w życie prezent na me 38 urodziny.


Nie cierpię krótkich dystansów. Jestem na nie za stary, a przez to za wolny. Grzesiek vel Kasjer stwierdził swego czasu, że od tego roku nie startuje na dystansach krótszych niż 10 km. Mówi, że jest na to za stary i tak szybko nie da rady. Ma chłop ze 20 lat więcej ode mnie i ma rację. Niech się tam goni młodzież, a my... jak w sypialni. Lepiej rzadziej, a dłużej niż częściej, a krócej ;)

XI Wrześniowe Biegi Feniksa. Rekordowe pod dwoma względami: najszybszego kilometra i najkrótszej rozgrzewki. I pomyśleć, że niemal spóźniłem się na start.

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...