07 września 2014

Na Bohaterów Stalingradu z pustego i Salomon nie naleje

7 września 2014 r. Po wakacjach, więc już jesień (tak się kiedyś myślało). Wyruszyłem do leżącej nad Gwdą miejscowości, która niegdyś nazywała się Schneidemühl, a obecnie Piła. Nie bez powodu podaję niemiecką nazwę, jednak o tym pod koniec.
Cel? Start w 24 Półmaratonie Philipsa. Cel drugi? Spokojny bieg na czas 2:00.
Dwa miesiące temu planowałem zaatakować 1:40, zwłaszcza, że zapowiadała się niezła gratka - start z kolegą Jackiem Sikorskim, z którym wieki temu spędziłem kawałek żeglarskiego czasu. Wówczas na bieganie patrzyłem z odrazą, acz do dziś pamiętam ponad dwadzieścia okrążeń stadionu, które Jacek przebiegł ot tak (w tym roku kilkakrotnie zdarzyło mi się zaliczyć tę ogłupiającą zabawę biegową).

W biurze zawodów zameldowałem się kilkanaście minut po godzinie ósmej. Odebrałem pakiet startowy, koszulkę i wróciłem do samochodu. Po jakimś czasie zawędrowałem ponownie do biura i tam spotkałem Jacka. Trochę pogadaliśmy, wspomnieliśmy starych znajomych i hej. Każdy pognał w swoją stronę. Jako, że 1:40 z Jackiem nie było możliwe stwierdziłem, że trza go jakoś zaakcentować. A co, kto wie kiedy zdarzy nam się znów wystartować w tych samych zawodach.
No to hop.

Tak mi się jakoś zaparkowało na stosownej ulicy.

Pokręciłem się trochę w okolicy mety, strzeliłem sobie przedstartowe foto i trza było się przygotować do startu. Startu, który miał być rekreacyjny do tego stopnia, iż planowałem pobiec z aparatem i porobić trochę zdjęć. Niestety bateria postanowiła się szybciej rozładować i sprzęt został w samochodzie.


Postanowiłem pobiec z dwoma zegarkami. Pewnie wyglądałem jak idiota, ale cóż. Taka okazja pewnie się nie trafi. Soleus dał radę. Na dystansie półmaratonu Garmin pokazał 21,31 km a Soleus 21,36. To niezły wynik, zwłaszcza jak się porówna do dystansów o połowę krótszych.

Plan biegu zakładał tempo 5:41 do połowy, a później przyspieszenie nawet do 5:20. Wszystko szło super, z lekką rezerwą. Pierwszy 5:35, drugi 5:37, trzeci: a co się będę męczył. Dam obrazek.


Na ósmym kilometrze wziąłem pierwszy żel, a na dwunastym się zaczęło. Odcięcie. Kompletny brak sił, złe samopoczucie, zerknąłem na pulsometr a tu tętno, z jakim mógłbym startować na dystansie 5 km, ale nie półmaratonu. 189. Zwolniłem, tętno spadło tylko o 4 uderzenia. Dwunasty km w 6:06. Ponoć faceci walczą do końca i nie odpuszczają, ale nie ja. Wyszedłem z założenia, że Piła wyczerpała limit zgonów na zawodach (Tour de Tri i śmierć triathlonisty) i nie ma sensu tego zmieniać. Uznałem, że trzynastka jest dobra by przestać biec i zacząłem iść z krótką przerwą na próbę truchtu, niestety było za wcześnie i w sumie przedreptałem 800 m wlewając w siebie i na siebie wodę.

Koniec trzynastego kilometra to kurtyna wodna. Było to zbawienie, schłodziła mnie na tyle, że ruszyłem, ale z biegiem nie miało to wiele wspólnego.



Żeby nie było. W bidonie miałem pół litra wody, a na 5 i 10 km skorzystałem z kubeczka izotoniku. Pogoda była dziś fatalna. 24 stopnie w cieniu, a na słońcu przynajmniej kilka więcej. Do tej pory nie zdarzyło mi się wypić całego zapasu wody. Dziś nawet mi zbrakło.

Na mecie zameldowałem się z obłędnym czasem 2:09:42 więc w zasadzie porażka. Na deser dostałem medal, reklamówkę z izotonikiem, wodą, batonem i poszedłem w kolejkę po spagetti. Smaczne.

Meta była na ulicy:

Bohaterem Stalingradu nie zostałem. Pobiegłem o 10 minut wolniej niż chciałem.
Tak na marginesie. Według obecnej ideologii i zapatrzeniu w Zachód bohaterami Stalingradu byli chyba Niemcy.


Wypada podsumować.
Cóż. Jak w tytule. Z pustego i Salomon nie naleje. Bite półtora miesiąca bez porządnego biegania zrobiło swoje. Wydawało mi się, że jeżeli każdy kilometr pobiegnę o 40 sekund wolniej niż wyszła mi średnia w Unisławiu będzie ok. Jak widać wydawało mi się. Pogoda zrobiła swoje, brak długich wybiegań też. W ostatnich dniach 10 km w takim tempie robiłem bez problemu, dziś też, tyle, że zabrakło sił na kolejne 11.

Start miał być ostrożny ze względu na przeciążenie mięśni uda i łydki. Tak się pięknie złożyło, że Pani Justyna ma chyba cudowne ręce, bo otejpowanie zadziałało chyba w 110%, taśmy wytrzymały od środy. Ból pojawił się ze dwa razy i to w wyższej partii uda. Poza tym nic. Nawet w czasie przedwczesnego finiszu, gdy przydusiłem do tempa 3:47.  Teraz trzeba będzie umówić się na porządny masaż.

Właśnie. Finisz. Ustawili bramę z reklamą Asicsa, a 100 m za nią bramę z metą. Do której pognałem pełną parą? Właśnie! Oj zdziwiłem się.

Dzisiejszym półmaratonem przekroczyłem wreszcie 1000 km w 2014 roku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...