10 września 2014

Czy bieganie to tani sport?

Ludziom się wydaje, że bieganie to tani sport. Wystarczy założyć budy, jakieś ciuchy i hej. Można szaleć. I teoretycznie tak jest. Sam zaczynałem w chińskich halówkach i bawełnianych ubraniach. Efektem zakładania takich butów (wbrew modnemu w niektórych kręgach bieganiu naturalnemu) były zapalenia przyczepu ścięgna Achillesa oraz rozcięgna podeszwowego. Zatem z pojęcia taniości wyłączamy buty (choć w sumie można je kupić już od ceny ok. 59 zł, o górną nie pytajcie bo strach się bać).

Ubrania, jakby się uprzeć, mogą być bawełniane, choć nie ukrywam, jak się spróbuje odzieży technicznej szybko doceni się jej zalety. A jak sobie wymyślić coś indywidualnego na ciuchach? Napis? Logo? Reklamę własnej firmy?


Człowiek stworzenie dziwne. Lubi wiedzieć co i jak, zwłaszcza ile przebiegł. Tu wystarczy spróbować ogłupiacza, czyli biegania na stadionie. Tylko proszę się nie pomylić w ilości przebiegniętych okrążeń. Z tego powodu ktoś wymyślił elektronikę. Obecnie królują dwie opcje: 1. aplikacje na smartfona (np. endomondo), 2. zegarek, najczęściej z gps. O ile endomondo w wersji podstawowej jest bezpłatne, to zegarki kosztują parę złotych, gdzieś od 350 w górę. Te dostępne w Polsce zamykają się w okolicach 1900 zł (choć jak znam życie znalazłoby się coś droższego).

To nie koniec wydatków. Jak już się człowiek nabiega zamarzy mu się start w zawodach. Pominę to, że część osób po kilku tygodniach myśli o maratonie (wczoraj jeden gość, na wieść o mym starcie w półmaratonie, pochwalił mi się, że biega od dwóch tygodni i pytał czy gdzieś jeszcze jakiś będzie, szczęśliwie zreflektował się, że chyba jeszcze za wcześnie na taki dystans). Starty w zawodach to niestety także wydatek. Tu bywa różnie. Trafiają się takie za 10 zł, trafiają się droższe.

Moi prapradziadkowie pochodzą z centrum Wielkopolski. Tam, jak wiadomo, oszczędność ponad wszystko (herbatę zalewa się z czubkiem, by nie zmieścił się cukier hihi) i coś z tego przeszło na mnie. Zanim podejmę decyzję o starcie patrzę na wysokość wpisowego. Za półmaraton mogę dać 50 zł, za 10 km 35, no 40 zł, maraton? Nie wiem, nie startowałem, ale 100 to za dużo. Za tę cenę mam przynajmniej dwa starty.

Dziś zerkałem na opłaty za jeden z kujawsko-pomorskich półmaratonów. Cennik jest absurdalny, ale cóż, jest popyt to mogą szaleć (chyba). Wysokość opłat poniżej.


Śmieszne jest to, że półmaraton w idei jest charytatywny, tyle, że organizator prosi zawodników by oprócz wpisowego przywieźli jakieś prezenty dla dzieciaków z domów dziecka. Wiem, wiem, nikt mi nie każe zapisywać się w ostatnim terminie, ale przyznacie, że 200 zł to potężne pieniądze, a w zamian fajerwerków nie ma.

Na co jeszcze "marnuje się" biegowe pieniądze? Znajdą się jakieś odżywki, żele energetyczne, okulary, dojazdy, wizyty u lekarzy. Literatura także nie zaszkodzi. Wcale nie jest tak tanio jak to wygląda w pierwszej chwili. (Chyba, że ja jestem jakimś gadżeciarzem i czort wie czym jeszcze.)

Bliżej jesieni naskrobię coś o doborze ubrań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...