22 sierpnia 2014

Podbieg, którym straszą (archiwum maratonypolskie.pl 26.06.2014)

XI Półmaraton Unisławski za mną. To był mój drugi start na tym dystansie. Pierwszy - Bieg Piastowski, w którym wystartowałem półtora miesiąca temu wiódł z Kruszwicy do Inowrocławia. Plan miałem jasny przebiec poniżej 1:45. Wyszło 1:45:41, więc nic dziwnego, że pozostał po nim lekki niedosyt.

fot. fotowasyl.pl
Do Unisławia jechałem nasłuchawszy się strasznych historii o podbiegu rozpoczynającym się w połowie 19 kilometra. Znajomi straszyli nim tak, jak straszy się małe dzieci złą czarownicą, albo niewiernych mężów zemstą teściowej. Byłem ciekaw czy faktycznie jest tak ciężko, miałem wielką ochotę stawić mu czoła, pokazać a może sprawdzić, że nie dam się złamać. Oprócz tego pozostawał inowrocławski niedosyt. 1:45. Czy to w ogóle możliwe?


Czerwcowe treningi zdominowała siła biegowa. W zasadzie w ogóle nie robiłem przebieżek. Skip A, skip A, skip A... Na domiar złego pierwszy tydzień w ogóle odpuściłem, bo ból pachwin, który objawił się ze trzy tygodnie wcześniej nie chciał przejść. Skip A, skip A...
Na 9 dni przed Unisławiem zrealizowałem marzenie, choć prawdę mówiąc był to raczej nieokreślony terminowo plan a nie marzenie. Pobiegłem z mej rodzinnej miejscowości do domu, w sumie 20 km. Zastanawiałem się czy ryzykować czy nie, ale skoro trafiła się okazja to dlaczego nie? Sobota mocne 10 km. Na tyle mocne, że przebiegłem o 4 sekundy szybciej od życiówki. W ostatnim tygodniu było już spokojnie. Dwa wybiegnięcia, w sumie jakieś 13 km.

W trosce o kręgosłup - przeprosty fot. (chyba) Jan Chmielewski
W niedzielny poranek wyruszyłem z nastawieniem rozprawienia się z z czasem i górką. W biurze zawodów wszystko załatwiłem tak szybko, że wręcz niezauważalnie. Poszedłem do samochodu się przebrać, a tu obok mnie ktoś koniecznie chciał zaparkować. Ot pierwszy traf, gdybyśmy sie umawiali pewnie dłużej byśmy się szukali. To przyjechał Kasjer, któremu marzyło się by wreszcie się rozprawić z 2 godzinami w Unisławiu. Rozgrzewka, start honorowy. Nuda. Start ostry i poszło planowo. Pierwszy kilometr 4:57, drugi 4:59. Gdzieś na trzecim dogoniło mnie śliczne towarzystwo i tak wespół z Milką, jej koleżanką i jednym panem biegliśmy szybciej lub wolniej (choć dziewczyny były zdania, że trzeba szybciej, bo na drugiej dziesiątce zapłacimy za ociąganie się). 4:51-4:55. Gdzieś koło 8 kilometra dziewczyny zostały z tyłu. Szkoda, bo biegło się całkiem miło, były chęci by trochę pożartować. 10-11 km to zbieg. Stromy, dobre 40-50 m deniwelacji i tu postanowiłem lekko pofolgować 4:44-4:40, a później prosto. Doskoczył do mnie chłopak z Grudziądza i równym tempem pobiegliśmy w okolice 15 km, na którym to dopadł mnie lekki kryzys. Tempo spadło do 5:05. Od 17 km nowy towarzysz. Tempo nieco podkręcone. Nogi zaczynają boleć, zbliża się wizja podbiegu. Jakiś kilometr przed nim mój towarzysz się urwał i przyspieszył.
fot. (chyba) Jan Chmielewski

Z podbiegiem rozprawiałem się sam. Jak było? Nieziemsko. Pod górę, pod górę. "Jak będzie zakręt w lewo i skończy się las zrobi się bardzo stromo." Te słowa Kasjera tkwiły mi w głowie i na ten zakręt czekałem. Tempo spadło. 20 kilometr w 5:25, 21 w 5:27. Niesamowita wspinaczka. Gdzieś pod jej koniec zbiegał kolega, który zdążył się zameldować na mecie. Krzyczy bym przycisnął, że za 100 metrów koniec podbiegu. Miałem ochotę go czymś rzucić i powiedzieć parę brzydkich słów. Pobiegłem dalej.
fot. Waldemar Kowalewski
Wreszcie ukazała się meta. Jakieś 300 metrów ode mnie. W głowie pojawiło się pytanie czy zdołam przycisnąć, czy dam radę finiszować. Rzuciłem okiem na zegarek, ale jakoś nie zdołałem zarejestrować czasu, postanowiłem pognać ile sił. Zmieniłem rytm, wydłużyłem krok, nogi wyżej, jeszcze dogonić człowieka w niebieskiej koszulce, dopaść go przed metą. Wreszcie. I choć komputer zczytał nasze chipy odwrotnie i oficjalnie go nie wyprzedziłem (choć zdjęcie pokazuje coś innego) nie narzekam. Zdobyłem Unisław, pokonałem podbieg, rozliczyłem się z półmaratonem. 1:44:44 netto.


fot. Jan Chmielewski
Podbiegi zaczynają mi się podobać. Zerkając na dane z garmina. Podbieg długości 1620 m. Różnica poziomów 56 m. Mając w nogach ponad 19 km robi to wrażenie.

Za rok postaram się wystartować ponownie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...