12 sierpnia 2014

Dwa lata strzeliły z bata

Pod koniec lipca minęły dwa lata gdy założyłem chińskie tenisówki i poszedłem biegać. Pamiętam, że zanosiło się na burzę. Pamiętam jak ambitnie walczyłem by nie przestać biec. Zdaje się, że zdołałem przetrwać kilometr. Później zaczął się spektakl na niebie, szczęśliwie daleko ode mnie. Gdzieś w połowie trasy musiałem przebiec pod chmurą, która choć wąska (pewnie ze 200 m) ciągnęła się od jednego do drugiej strony horyzontu. Szczęśliwie piorun mnie nie trafił, a deszcz i burza dotarły nad wioskę tuż po moim powrocie do domu.

Pierwsze "biegowe" zdjęcie

Od tego czasu zaprzyjaźniłem się z pętlą polnych dróg wiodącą ze wsi. Zapoznałem się z jej kilometrażem, co ciekawsze mój organizm nauczył się czuć przebiegnięty dystans i podświadomie daje mi znać, że za chwilę minę kolejny kilometr. Gdy pętla, która liczy sobie 4,1 km zaczynała mnie nudzić szukałem czegoś nowego, czegoś w bok, wokół. Leśnych możliwości mam sporo. Zdarzało się pobiec do wsi, w których normalnie nie bywam, zwiedzić nieznane zakamarki lasu, zabłądzić w nim, źle skręcić i wylądować cały kawał od domu, robiąc w ten sposób nieplanowane 20 km.

Zapoznanie z lasem. 12,25 km
Zastanawiam się czy po dwóch latach mogę rozważać co dało i daje mi bieganie. Czy to ma sens? Pewien jestem paru rzeczy. Nie jestem wspaniały, nie jestem dobry (tak ogólnie, nie tylko biegowo). Staram się myśleć nie tylko o sobie, a tym samym staram się, by bieganie nie pokiereszowało mi życia rodzinnego. Bo oczywiście chciałoby się więcej, częściej, wszystko po to by szybciej, lepiej i dalej. Tylko co z tego będę miał, jeśli zaniedbam rodzinę? Niewiele.
Dlatego biegam cztery razy w tygodniu, za każdym razem w okolicach 90 minut. I chyba jest to granica za którą, nie ma sensu wychodzić, bo choć nie gustuję w robieniu porządków, w pracach domowych to wiem, że zwiększenie częstotliwości biegania negatywnie wpłynie na dom i rodzinę.

Co dało mi bieganie? Mniej o jakieś 12 kg na wadze i 18 cm w brzuchu. Kilka poznanych osób (bo zbyt towarzyski chyba nie jestem). 2.434 km w nogach. Dwa półmaratony, kilka dziesiątek, parę piątek i krótszych dystansów. Maraton nadal czeka. Przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że maraton wymaga poświęceń, a ja, jako rozsądny facet nie będę nadwyrężał rodziny. Pewnie tak, choć wiem, że jeśli podejmę maratońską decyzję to postaram się do niego solidnie przygotować, bo uważam, że nie sztuką jest przebiec maraton, sztuką jest zrobić to na w miarę przyzwoitym poziomie. Ale te solidne przygotowania nie będą za wszelką cenę.

I nadal dopada mnie leń, nadal ciężko mi usystematyzować kawał życia i wpienia mnie, gdy - tak jak teraz - problemy zdrowotne nie pozwalają mi wyjść pobiegać.
A miałem ambitny plan. W drugą rocznicę wyjść i przebiec trasę, którą zaczynałem przygodę. Wyjść i sprawdzić ile minut zdołałem przez ten czas urwać. Ból łydki nie pozwolił.

Wychodzi na to, że wyszły z tego rozważania o tym, co dało mi bieganie. I kawał samozachwytu również. To oznacza jedno. Trzeba:
- iść do kuchni i zrobić obiad,
- stanąć do samotnych zawodów "ironman", takich przy desce, z żelazkiem,
- wieczorem pobiegać i sprawdzić czy łydka nadal boli. Od 21 lipca biegałem tylko raz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Trzynasty po raz drugi

Maraton Karkonoski poznałem dwa lata temu. Trasa wówczas zmasakrowała mnie na ostatnich 7 kilometrach. Do tego czasu nie wiedziałem, że zbie...