30 sierpnia 2014

Soleus Fit kontra Garmin FR 210

Czwartek. Postanowiłem wyglądać jak idiota. Podejście pierwsze to dwa zegarki na lewą rękę. Ale jakoś nie leżały.

Zatem Soleus na lewą, Garmin na prawą. I ruszyłem. Znaczy wyszedłem na dwór by złapać sygnał. Soleus zrobił to w kilkanaście sekund, Garmin męczył się dobrze ponad minutę. Plusem testowanego zegarka jest wskaźnik mocy sygnału. Mała kreska w górnej części wyświetlacza. Kolejnym plusem jest lepszy odbiornik. Łapie sygnał nawet w mieszkaniu (fakt, w odległości max 1,5 metra od okna), Garmin nie daje rady.

Wygląda na to, że Soleus Fit ma zdecydowanie lepszy pomiar GPS. Różnica pomiędzy nim a Garminem Forerunner 210 to 110 metrów na dystansie 5.2 km (5,09 wg Garmina). Na mapie widać zdecydowaną różnicę na pierwszych metrach. Soleus wyrysował idealnie, Garmin... No cóż. Wyskoczył jak Filip z konopii. 


Sygnalizowanie okrążeń ustawiłem oczywiście co 1 km. Przez ok. 5 sekund dobywa się pojedynczy dźwięk, z częstotliwością (mniej więcej) dwa razy na sekundę. Prawdę mówiąc nic by się nie stało gdyby był ciut głośniejszy.
Konsekwencją ustawienia automatycznego autolapu jest to, że prawy, dolny przycisk opisany jako Lap/Enter pełni funkcję przełączania widoków ekranu. A co można zobaczyć na ekranie? Oczywiście stoper
przycisk Lap/Enter i przełączanie widoków, a w nich mamy do wyboru dane w trzech liniach:
- Stoper/dystans/stoper - niestety nie ma pomiaru aktualnego okrążenia
- Tempo aktualne/dystans/stoper
- Prędkość/dystans/czas - prędkość w km/h 
- Kalorie, dystans, czas
- Zegar/dystans/czas
Wielka szkoda, że nie ma możliwości wyświetlenia czasu aktualnego okrążenia.


Kolejne bieganie miało być w sobotę, ale urodziny córki skutecznie odwiodły mnie od testów. Nie pozostaje nic innego jak wyjść w niedzielę i strzelić 15 km. Do połówki w Pile pozostał tydzień.

27 sierpnia 2014

Kulinarnie przed Półmaratonem Philipsa

W moim bieganiu bieda. Jedna długa pauza. Widać to na wykresie tygodniowych przebiegów (na miesięczne boję się spojrzeć). Do ortopedy pójdę 2 września. Wcześniej nie chce mnie przyjąć.

Start w półmaratonie w Pile jest jednak coraz bliżej. Jeszcze półtora miesiąca temu umawiałem się z Jackiem Sikorskim, że dołączę do jego grupy prowadzonej na czas 1:40. Taki miałem plan, zwłaszcza, że bieganie po górkach w okolicach Karpacza całkiem nieźle mi szło i pozwalało mieć nadzieję na zbudowanie formy.
Teraz niestety nie ma na to szans. Noga pobolewa, ale trzeba przypomnieć sobie o co chodzi w bieganiu. 22 sierpnia wyskoczyłem na wolne 8-9 km. Było wolne. Zacząłem tempem 6:17/km, później przyspieszyłem w okolice 5:45, ale kilometry 7-9 pokazały w jak głębokiej studni jestem. Tempo spadło poniżej 6 minut na kilometr, puls szalał, nogi bolały ze zmęczenia. Szczęśliwie łydka jakoś wybitnie nie doskwierała.
Wróciłem załamany, wątpiąc w plany spokojnego startu w połówce (oszczędzającego nogę) na czas 2:00.


Kolejne bieganie w poniedziałek, zanim do niego doszło z Weroniką zabraliśmy się za jeden z jej ulubionych obiadów - torcik warzywny. Co to za zwierzę? Zapiekane warzywa wrzucone w kruche ciasto. Przepis? Oto on:
Potrzebny jest kalafior, brokuł i marchew. Kalafior i brokuł do podzielenia na małe różyczki, marchew do pocięcia w słupki. Trzeba to lekko podgotować. 
W czasie gotowania zrobić kruche ciasto:
Do mąki wsypać proszek do pieczenia, nieco soli, wrzucić margarynę (wiem, wiem niezdrowe tłuszcze trans), albo wlać oliwę lub jakiś olej. Dość sporo. Do tego jedno jajko i nieco wody (tak, by ciasto nie kleiło się do dłoni). Nie piszę proporcji, bo zawsze robię to na przysłowiowe oko.
Ciastem wyklejamy miskę żaroodporną.




Robimy sos.
Potrzebna śmietana (daję kubek), dwa jajka (jak są same białka to jeszcze lepiej), starty ser i najważniejszy składnik - gałka muszkatołowa (ja trę, bo ma najlepszy aromat) i to całkiem sporo. Ile? posmakuj co jakiś czas by sprawdzić czy nie jest jej za mało.

Podgotowane i odsączone warzywa wrzucić do miski (tym razem nie miałem brokuła).

Zalać przygotowanym sosem

I na górę położyć ser. Wstawić do rozgrzanego piekarnika ok. 180 stopni (nie przykrywać miski!) na 20 minut.

I tyle. Jeść i się delektować.

A jak poszło poniedziałkowe bieganie? Nie było źle. Na podbiegach zwalniałem by nie nadwyrężać łydki. Nogi nie bolały. Plan na 7 września ustalę bliżej tego terminu.  :)



26 sierpnia 2014

Soleus Fit 1.0 - przystępuję do testu

Miał być wpis o mych "przygotowaniach" do półmaratonu w Pile, ale że nieco mi się poszczęściło i dostałem sprzęt do testowania będzie o tym. Najbliższe dwa tygodnie spędzę na analizie biegowego gadżetu.

Dzięki firmie SportPoland.com otrzymałem dziś do testowania zegarek Soleus Fit 1.0 w wersji zielonej (dobrze, że nie różowej, bo córka chciałaby mi go zwinąć).


Jest to podstawowa wersja zegarka z GPS, bez pulsometru. Jak zauważyliście pod linkiem kosztuje 399 zł, więc w kategorii zegarków z GPS jest jedną z najniższych (o ile nie najniższą). Dla porównania Garmin Forerunner 10 kosztuje ok. 450 zł, GEonaute Onmove 510 znalazłem na allegro za 449 zł, ale w Decathlonie kosztuje 549.
Spróbuję sprawdzić, czy za tę cenę warto go kupić, czy może wybrać droższego Garmina.

Za materiał porównawczy służyć mi będzie mój Garmin Forerunner 210. Co prawda jest to inna półka możliwości zegarka (ma m.in. pomiar tętna, interwały, strefy tętna), ale najważniejsza rzecz jest wspólna - GPS, a to w naszych czasach niemal nieodzowny element biegacza.

Co potencjalny nabywca znajdzie w środku?


1. Zegarek
2. Przewód podłączeniowy
3. Krótka instrukcja - niestety tylko języki: angielski, francuski, hiszpański, portugalski, niemiecki, włoski, japoński, chiński i koreański. Języka polskiego brak, ale jak sądzę (tak wynikało z ogłoszenia dla potencjalnych testerów i ambasadorów) instrukcja taka ma zostać stworzona. W sumie dystrybutor nie ma wyjścia, obligują go do tego przepisy.

Do zegarka nie ma ładowarki, ładować należy go poprzez gniazdo usb z komputera. Pierwsze ładowanie powinno trwać 4,5 godziny. Co ciekawe poziom naładowania podawany jest w procentach.






Jakie funkcje oferuje zegarek?
Wg danych drukowanych na pudełku są to:
GPS
Dystans
Prędkość
Tempo
Kalorie
Stoper
Pamięć 100 okrążeń (okrążenia do ustawienia: 0,4 km; 1 km, 2 km, 3 km, 4 km i 5 km)
Dwie strefy czasowe
Baterię wielokrotnego ładowania


Tyle teorii. Teraz trochę praktyki. Niestety wrosłem w Garmina i zanim zacząłem ogarniać musiała minąć chwila, ale dałem radę.
Na początek trzeba ustawić parametry użytkownika (m.in. waga, wzrost, płeć), czas i sposób jego korygowania (manualnie albo z GPS) - to coś, czego nie ma w Garminie. Można także ustawić drugą strefę czasową - jak ktoś ma kochankę w USA to sprawa bardzo przydatna. Jedno wciśnięcie przycisku i wie czy nie obudzi jej swym telefonem. ;)
Ustawiamy alarm po okrążeniach, jak ktoś potrzebuje budzika też ma taką opcję.


Dziś wyszedłem tylko na złapanie fixa i ustawienie czasu. Soleus złapał satelity o dobre 15 sekund szybciej od Garmina. Przy okazji przespacerowałem przez podwórko zapisując krótki "trening".
Właśnie. Odczyt treningów. Można to oczywiście zrobić w zegarku, można zrzucić w sieć. Właśnie, w sieć.
Na pudełku jest naklejka "Compatible with STRAVA". Naszych treningów nie zrzucimy bezpośrednio do popularnych w Polsce portali sportowych np. endomondo. Co nie znaczy, że nie damy rady tego zrobić w ogóle.
Trzeba założyć profil na portalu strava.com, ze strony producenta zegarka pobrać specjalny program i można zrzucić treningi. Następnie wystarczy wyeksportować trening do pliku .gpx i można go wrzucić na endomondo. Jest z tym nieco zabawy, ale nie takiej strasznej i upierdliwej. Pewnie wiele osób stwierdzi, że lepiej biegać z telefonem i endomondo. Powiem szczerze, że tak zaczynałem i doprowadzało mnie to do pasji. Z tego powodu przerzuciłem się na zegarek. W tym roku coś mnie podkusiło i pobiegłem parę razy z telefonem. Stwierdziłem, że miałem rację inwestując w zegarek. Endo w telefonie jest kapryśne jak rozpuszczona kobieta. Potrafi doprowadzić do pasji.


Póki co tyle refleksji. Jutro wyjdę na trening i będę pewnie wyglądał jak idiota - trzeba jakoś porównać zegarki, zatem oba wylądują na ręce.
Na koniec ciekawostka. Wymacałem zegarek i gdy miałem go odłożyć instynktownie chciałem go wyłączyć. Nic z tego. To nie Garmin, żeby go wyłączać. Czy to potrzebne? Pewnie nie, zwłaszcza, że zegarek jest tak zaprojektowany, że spokojnie można go używać codziennie.

22 sierpnia 2014

Podbieg, którym straszą (archiwum maratonypolskie.pl 26.06.2014)

XI Półmaraton Unisławski za mną. To był mój drugi start na tym dystansie. Pierwszy - Bieg Piastowski, w którym wystartowałem półtora miesiąca temu wiódł z Kruszwicy do Inowrocławia. Plan miałem jasny przebiec poniżej 1:45. Wyszło 1:45:41, więc nic dziwnego, że pozostał po nim lekki niedosyt.

fot. fotowasyl.pl
Do Unisławia jechałem nasłuchawszy się strasznych historii o podbiegu rozpoczynającym się w połowie 19 kilometra. Znajomi straszyli nim tak, jak straszy się małe dzieci złą czarownicą, albo niewiernych mężów zemstą teściowej. Byłem ciekaw czy faktycznie jest tak ciężko, miałem wielką ochotę stawić mu czoła, pokazać a może sprawdzić, że nie dam się złamać. Oprócz tego pozostawał inowrocławski niedosyt. 1:45. Czy to w ogóle możliwe?


Czerwcowe treningi zdominowała siła biegowa. W zasadzie w ogóle nie robiłem przebieżek. Skip A, skip A, skip A... Na domiar złego pierwszy tydzień w ogóle odpuściłem, bo ból pachwin, który objawił się ze trzy tygodnie wcześniej nie chciał przejść. Skip A, skip A...
Na 9 dni przed Unisławiem zrealizowałem marzenie, choć prawdę mówiąc był to raczej nieokreślony terminowo plan a nie marzenie. Pobiegłem z mej rodzinnej miejscowości do domu, w sumie 20 km. Zastanawiałem się czy ryzykować czy nie, ale skoro trafiła się okazja to dlaczego nie? Sobota mocne 10 km. Na tyle mocne, że przebiegłem o 4 sekundy szybciej od życiówki. W ostatnim tygodniu było już spokojnie. Dwa wybiegnięcia, w sumie jakieś 13 km.

W trosce o kręgosłup - przeprosty fot. (chyba) Jan Chmielewski
W niedzielny poranek wyruszyłem z nastawieniem rozprawienia się z z czasem i górką. W biurze zawodów wszystko załatwiłem tak szybko, że wręcz niezauważalnie. Poszedłem do samochodu się przebrać, a tu obok mnie ktoś koniecznie chciał zaparkować. Ot pierwszy traf, gdybyśmy sie umawiali pewnie dłużej byśmy się szukali. To przyjechał Kasjer, któremu marzyło się by wreszcie się rozprawić z 2 godzinami w Unisławiu. Rozgrzewka, start honorowy. Nuda. Start ostry i poszło planowo. Pierwszy kilometr 4:57, drugi 4:59. Gdzieś na trzecim dogoniło mnie śliczne towarzystwo i tak wespół z Milką, jej koleżanką i jednym panem biegliśmy szybciej lub wolniej (choć dziewczyny były zdania, że trzeba szybciej, bo na drugiej dziesiątce zapłacimy za ociąganie się). 4:51-4:55. Gdzieś koło 8 kilometra dziewczyny zostały z tyłu. Szkoda, bo biegło się całkiem miło, były chęci by trochę pożartować. 10-11 km to zbieg. Stromy, dobre 40-50 m deniwelacji i tu postanowiłem lekko pofolgować 4:44-4:40, a później prosto. Doskoczył do mnie chłopak z Grudziądza i równym tempem pobiegliśmy w okolice 15 km, na którym to dopadł mnie lekki kryzys. Tempo spadło do 5:05. Od 17 km nowy towarzysz. Tempo nieco podkręcone. Nogi zaczynają boleć, zbliża się wizja podbiegu. Jakiś kilometr przed nim mój towarzysz się urwał i przyspieszył.
fot. (chyba) Jan Chmielewski

Z podbiegiem rozprawiałem się sam. Jak było? Nieziemsko. Pod górę, pod górę. "Jak będzie zakręt w lewo i skończy się las zrobi się bardzo stromo." Te słowa Kasjera tkwiły mi w głowie i na ten zakręt czekałem. Tempo spadło. 20 kilometr w 5:25, 21 w 5:27. Niesamowita wspinaczka. Gdzieś pod jej koniec zbiegał kolega, który zdążył się zameldować na mecie. Krzyczy bym przycisnął, że za 100 metrów koniec podbiegu. Miałem ochotę go czymś rzucić i powiedzieć parę brzydkich słów. Pobiegłem dalej.
fot. Waldemar Kowalewski
Wreszcie ukazała się meta. Jakieś 300 metrów ode mnie. W głowie pojawiło się pytanie czy zdołam przycisnąć, czy dam radę finiszować. Rzuciłem okiem na zegarek, ale jakoś nie zdołałem zarejestrować czasu, postanowiłem pognać ile sił. Zmieniłem rytm, wydłużyłem krok, nogi wyżej, jeszcze dogonić człowieka w niebieskiej koszulce, dopaść go przed metą. Wreszcie. I choć komputer zczytał nasze chipy odwrotnie i oficjalnie go nie wyprzedziłem (choć zdjęcie pokazuje coś innego) nie narzekam. Zdobyłem Unisław, pokonałem podbieg, rozliczyłem się z półmaratonem. 1:44:44 netto.


fot. Jan Chmielewski
Podbiegi zaczynają mi się podobać. Zerkając na dane z garmina. Podbieg długości 1620 m. Różnica poziomów 56 m. Mając w nogach ponad 19 km robi to wrażenie.

Za rok postaram się wystartować ponownie.


16 sierpnia 2014

Bieganie uzależnia

Mówią, że nikotyna, alkohol, narkotyki. Nie mówią, że cukier, choć to fakt (oj lubię z rana strzelić sobie do kawy lidlowe ciastko z morelą). Podobnie jest z bieganiem. Wciąga jak tokarka rękę. Potrafi zawładnąć umysłem, sprawiać, że kilka razy dziennie rozmyśla się i planuje treningi, starty, układa się ich scenariusz, wizualizuje...
Nie wiem czemu. Lubię ten widok
Nie daję rady kompletnie odciąć się od biegania. Co 5-6 dni muszę wyjść na parę kilometrów by sprawdzić czy noga boli. Tak było także dziś. Wyskoczyłem z łóżka, łydki odziałem w kompresję i wyskoczyłem w pola. Założyłem, że tak jak ostatnio nie wbiegnę do lasu. W lipcu było tam makabrycznie. Ogromne ilości gzów latały wokół głowy, obijały się o nią i niemalże za nic miały warstwę odstraszającego OFFa. Niemalże, bo szczęśliwie nie miały ochoty gryźć, ale próbowały się do mnie dobrać. Dzisiejszy poranek okazał się łaskawy i nie było żadnego latającego tałatajstwa.

Jak poszło? Nijak. Noga boli na milion sposobów. W zgięciu kolanowym i ponad. Po zdjęciu skarpet kompresyjnych także w łydce. Postanowiłem chrzanić doustne leki przeciwzapalne. Poczekam na wynik RTG i opinię ortopedy.


Zrobiłem 4,16 km w czasie 23:38. Na końcówce trochę przycisnąłem. Zauważyłem, że daję radę biegać równo. Dziś pierwsze trzy km robiłem w czasie 5:52; 5:50 i 5:48. Czwarty trochę szybciej.




A w południe ruszyliśmy  do Inowrocławia by poszaleć w parku linowym. Przyjemne miejsce, ceny znośne, wszyscy zadowoleni. Może nie był to zbyt dobry pomysł dla mojej nogi, bo trochę ją powyginałem, ale zabawa była przednia. Zanim zamknęliśmy inowrocławskie harce kawałkiem koncertu Green Grass wyskoczyliśmy na pizzę do restauracji o subtelnej nazwie "Róże, Fiołki i Aniołki". Smacznie.

15 sierpnia 2014

Apetyt rośnie w miarę jedzenia (archiwum 10.11.2013)


Za mną dwa biegi tydzień po tygodniu. Odczucia mieszane, gdyż dziś wyraźnie odczułem braki w kilometrażu. Przez ostatnie dwa tygodnie (nie licząc dziś) zrobiłem raptem 30 km. Bieganie między dwoma szpitalami, które przerabiałem na przełomie listopada i grudnia wyciągnęło ze mnie mnie niezły kawałek sił i emocji, których nie mogłem odbudować kilkunastoma choćby kilometrami.

3 listopada, Bydgoszcz. Start drugiej edycji Z biegiem natury. Pojawiliśmy się rano małym stadkiem. Zabrałem ma pięcioletnią Weronikę, która miała zadebiutować biegowo, do kompletu przyjaciele przyjechali ze swym siedmioletnim synem. Zapowiadało się miło, zwłaszcza, że dobra pogoda postanowiła pogonić poranną mżawkę.

300 metrów Weroniki było wielką niewiadomą. Dystans wydawał mi się szalenie długi, a to jak sobie z nim poradzi było nieprzewidywalne. Przypuszczałem, że będzie miała problemy z nawiązaniem jakiejkolwiek rywalizacji z rówieśnikami. Niestety półtora roku igraszek z rakiem i faszerowanie jej onkowiną, która mocno upośledziła chodzenie zrobiło swoje. Szczęśliwie w trakcie terapii nie przestała chodzić, ale problemy z poruszaniem były zauważalne jeszcze długi czas po zakończeniu leczenia. Tak czy owak. Dziecko nakręcone wizją startu, dodatkowo nakręcone wizją otrzymania medalu po czterech biegach pojawiło się na linii. Pomimo ostrzeżeń dało się zaskoczyć starterowi i ruszyło dopiero po dwóch sekundach od sygnału. Biegło uśmiechnięte, zadowolone i wpadło na metę bardzo zadowolone, niestety jako ostatnie w swej kategorii. Jako nagroda lizak (pomarańczowy, "Tato, zjedz, nie lubię pomarańczowych"), dwa łyki herbaty, rogala nie chciała. Do tego zielony worek z napisem Dzieciaki z biegiem natury (oczywiście następnego dnia paradowała z nim w przedszkolu). Na pocieszenie Maks był pierwszy.

Dzieciaki wróciły do domu, a ja zostałem sam, planując jakąś rozgrzewkę tuż przed startem. Wskoczyłem w ciuchy i ruszyłem wyasfaltowanym Myślęcinkiem. Po drodze spotkałem Kasjera i wspólnie przebiegliśmy kilkaset metrów ucinając przy okazji miłą pogawędkę.
Bydgoskie Z biegiem natury to dla mnie podwójna nowość w temacie startów. Po pierwsze to najliczniejszy bieg, w którym do tej pory startowałem, po drugie wyznaczenie stref czasowych. Jak wiadomo drzemie w nas hasło "więcej, mocniej, szybciej". Chciałem pobiec poniżej 25 minut. Nie wiedziałem tylko ile z tych 25 minut zdołam urwać, zatem stanąłem w połowie strefy, obok jakiejś ładnej blondynki (tak, bieganie w zawodach ma ten niewątpliwy plus, że człowiek może napatrzeć się do woli na zgrabne dziewczyny). A tu nagle przechodzi obok jakiś biegacz i z powagą pyta jaki to dystans. Ech, od razu pożałowałem, że powiedziałem prawdę. Ciekawe jak by zareagował na półmaraton.
Wreszcie start. Poszły konie po asfalcie. Założenie proste. Pierwsze dwa kilometry po 4:50, później spróbować przyspieszyć. Niestety pierwszy km w 5:01, na początku drugiego zrobiłem się głodny i poczułem brak energii. Szczęśliwie po chwili to minęło i drugi zrobiłem w 4:52. Kolejne były szybsze. Na finiszowej prostej, czyli ostatnich 300 metrach zacząłem przyspieszać i połknąłem paru zawodników. Czas? 23:27 netto wystarczył na miejsce w połowie stawki i był lepszy od dotychczasowego biegania na 5 km o ok. minutę.
Z biegiem natury jak najbardziej udane.
Nie pamiętam autora. zBN? Może ktoś inny. Autor udostępnił foto, gdyby się objawił proszę o informację. Podpiszę

Kolejny start w mojej wsi. V bieg niepodległości i mój drugi w nim start. Oficjalny dystans 5,5 km. Faktyczny (o czym wiedziałem, bo bardzo często biegam po tej trasie, a czego na wszelki finiszowy wypadek nie powiedziałem) 4,82, czyli równe trzy mile. Po ubiegłorocznej loteryjnej wygranej (wygrałem tylko dlatego, że najmniej pomyliłem trasę) wypadałoby powalczyć, ale na to jest jeszcze za wcześnie. Bieganie kilometra poniżej 4:20 jest poza moim zasięgiem, a z krótkiego biegowego doświadczenia wiem, że tak należałoby wystartować, by nie być w połowie stawki. Tym razem Weronika pojawiła się z wykonaną własnoręcznie flagą kibica i ogromną chęcią kibicowania. Niestety chęci wystarczyło na start, a następnie przegrały z pobliskim placem zabaw.

Chciałem pobiec w okolicach 23 minut, choć po piątkowych deszczach mogło być o to kiepsko. Trasa w 90% wiedzie drogami gruntowymi, żeby było bardziej ekstremalnie gliniastymi. Po deszczu jeździ się po nich jak na łyżwach. Okazało się, że nie było tragicznie. Pierwsze 500 metrów biegłem zbyt szybko. Garmin pokazywał mi 4:20, po chwili 4:00. Trzeba było zwolnić i odpuścić trzeciemu Tomkowi i jeszcze jednemu zawodnikowi. Pierwsze półtora kilometra biegłem z jeszcze jednym zawodnikiem, później albo on odpadł, albo ja trochę przyspieszyłem (zakładam pierwszy scenariusz). Kilometry 1 i 2 zrobione równo po 4:51. Trzeci kilometr, który w zasadzie jest ciągłym podbiegiem z niewielkim wypłaszczeniem zrobiony w 4:39. To pozwalało liczyć na dobry czas, bo na walkę o 3/4 miejsce nie było szans - panowie wyprzedzali mnie o 200-300 metrów. Niestety czwarty kilometr to najgorszy fragment trasy. Niby z górki, ale diabelnie błotnisty. W pewnym momencie przeskoczyłem na pole, które teoretycznie nie było tak maziowate, a w praktyce i tak obkleiło mi buty. Plus był jednak taki, że nie musiałem się obawiać wywrotki. Ów kilometr pozbawił mnie złudzeń na zejście poniżej 23 minut. 4:53 i brak w zasięgu kogokolwiek, kto zmusiłby mnie do przyspieszenia. Na ostatniej prostej nieco podkręciłem tempo, tak dla mediów, bo może akurat trafi się ładne zdjęcie.

Na deser meta z rozciągniętą w poprzek taśmą strażacką, której nie dało się przerwać i już po bólu. 23:14. Teoretycznie mój najszybszy bieg na tej trasie, a jednak pojawił się niedosyt.
Po Z biegiem natury chciało się szybciej, chciało się zejść w okolice poprawionego wówczas wyniku na 3 mile, czyli 22:39. Nie wyszło, choć nie ukrywajmy, trasa w Drzewianowie jest trudniejsza, bardziej nierówna (dwa podbiegi po ok. 3-5 m na odcinku 50 metrów), do tego znikoma ilość asfaltu (pod tym względem Myślęcinek jest żenująco unowocześniony). O życiówki tu trudniej.

I jeszcze mała refleksja na koniec. Rok temu bieg średnim tempem 4:48/km brałbym w ciemno, zwłaszcza, że ubiegłoroczny początek biegu na 5:00 był dla mnie dużo za szybki. Wczoraj rozsądek mówił, że mam zwolnić z 4:20, choć ze dwa kilometry pewnie bym tak urwał. Dziś czuję niedosyt. 4:48 min/km. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. I to bardzo. Marzy mi się by wiosną zejść do 45 min na dystansie 10 km. Do połknięcia niemal 5 minut.

Trasa do bicia. Rekordów (archiwum 17.09.2013)

Niemalże rok temu sikoras opisywał swój rekordowy start w Biegu Pamięci Karolewo - Więcbork. Wówczas nie myślałem o startach. Primo byłem w początkach biegowej przygody, secundo (a w zasadzie primo) walczyłem z zapaleniami przyczepu Achillesa i rozcięgna podeszwowego. Niemniej kiełkowała we mnie myśl startu w Karolewie/Więcborku, bo to bieg o przysłowiowy rzut beretem ode mnie.
Po uporaniu się z przygodami rozcięgnowymi (i próbą ich powrotu na przełomie wiosny i lata tego roku) postanowiłem spróbować swych sił. Plan był ambitny. Poprawić życiówkę na 10 km. Jako, że od połowy maja do połowy sierpnia ciągle coś mi się działo ze stopami (a to bóle rozcięgna, a to bolący grzbiet prawej stopy) biegałem mało, z dużymi przerwami. Było kiepsko. Szukając informacji o trasie natknąłem się na czyjeś wspomnienie z podanym linkiem do planu treningowego na 10 km, który postanowiłem sprawdzić (link do sprawdzenia wyżej).
Założenie dość ekscentryczne, jak na mnie bieganie w trzecim zakresie. Oczywiście rozgrzewki i chłodzenia wolno.
Krótkie odcinki (początkowo 4x800, później 4x1200 tempem startowym minus 5%, długie odcinki to 3x2000, później 3x2400). Do tego 2 razy siła biegowa i raz w tygodniu 50 minut wolnego biegu. Zamiast owych 50 minut biegałem w okolicach 70-80 minut. Treningi co drugi dzień. Oj dało czadu, chwilami zastanawiałem się na czorta mi to. W 31 dni zrobiłem 171 km, dla porównania w poprzednie 31 dni było to ok. 70 km.
Plan był by poprawić życiówkę o 1:30-2:00. Jak poszło?

Na wycieczkę wybrałem się okrężną drogą, przy okazji oglądając spory fragment trasy. Zapowiadano, że będzie szybka i takie wrażenie zdawała się robić. Rano mżawka, ok. 16 stopni. Idealnie, zwłaszcza, że po rozgrzewce deszcz odpuścił.
Odbiór pakietu startowego sprawny (fakt, chwilę po mnie było tłoczniej, ale dziewczyny dawały sobie radę), pół kawy zapewnionej przez organizatora i wyruszyliśmy do Karolewa by najpierw uczcić pamięć zamordowanych w niemieckim obozie, a następnie wylać z siebie kilka kropli potu.
Przed startem porozmawiałem chwilę z Izą, która stwierdziła, że ostatnio zaniedbała biegi, że tylko pizza, piwo, ewentualnie bieżnia elektryczna, a o lesie zapomniała. I w ogóle dupa jej urosła i tyle z biegania.
Początek trasy to lekki podbieg, a później sporo z górki. W domu zakładałem, że pierwszy km pobiegnę na 5:10 i kolejne będę skracał o 5 sekund, by od 5 dojść do 4:50. Nie wyszło. Zbieg pomógł i wyszło 4:41, później 4:51, trzeci na 5:11, dalej szło w okolicach 4:58-5:05. Zakładałem pobiec na 49 minut, ale jakoś nie mogłem się zmusić, by zejść w okolice 4:54/km. Dopiero ostatni zrobiłem o 10 s. szybciej niż planowane średnie tempo. Żeby było milej od trzeciego do czwartego kilometra dopadł mnie ból lewego piszczela. Stwierdziłem, że go chrzanię i biegnę. Przeszło.

W całym biegu popełniłem jeden błąd. Nie wiem dlaczego, ale wbiegając na stadion, ubzdurałem sobie, że nie sprawdzam czasu. Szkoda, bo może bym się zmusił i ostatnie 300 metrów pobiegłbym szybciej, a tym samym urwał choć 10 sekund.
Na finiszu, z 50 m przed metą kibice zaczęli robić wrzawę, gdzieś kawałek za mną mignęła mi sylwetka próbująca mnie wyprzedzić. Dziwnym trafem zdołałem przyspieszyć i obroniłem pozycję.
Czas 49:49. Wynik poprawiony o 1:02


Iza dotarła przede mną. Narzekała, że prawie umarła, że to, że tamto. Taaa. Jak to kobieta. Trafił jej się okrągły czas. 46:46, do tego życiówka, piąte miejsce open, pierwsze w K30. Jeśli przy takim wyniku tyle narzeka, to strach się bać jaka teściowa z niej wyrośnie.
Na koniec, zaraz po dekoracji, losowanie nagród wśród biegaczy. Na podium wylądowały kijki, bidony, pasy na numery startowe, opaski na smartfony, skarpetki, rękawiczki i inne biegowe drobiazgi. Wylosowany wybierał co mu pasuje. I traf chciał, że padł mój numer. Do tego na początku. Wziąłem bidon z pasem. Przyda się, mimo, że to duża wersja kalenji. Zawsze parę zł w kieszeni.
Przy okazji losowania wielki plus dla organizatora. Nie było częstej sceny, że nagrodę za nieobecnego szczęśliwca odbierał kolega, wujek, kochanka, czy innego rodzaju prapraprawnuk. Nie było? Miał pecha.
Wygląda na to, że Karolewo/Więcbork to idealne miejsce na bicie rekordów. Jacek, Iza, ja... Za rok powtórka. Plan 45:00 A może mniej?

Fotografie: Organizatorzy biegu.

14 sierpnia 2014

Przeprosiny z panem McKenzie

21 lipca dopadł mnie ból w na pograniczu łydki i zgięcia kolanowego. Dziwny, uwierający. Nasilał się w momencie odbicia. 22 lipca (przez nieżyjącego znajomego żartobliwie zwanego "Imieninami Wedla" - kto wie dlaczego?) miałem problemy z chodzeniem. Po tygodniowej pauzie wyszedłem na mały sprawdzian. Bolało dalej. I tak minęły mi trzy tygodnie ze sprawdzaniem bólu w poniedziałki. W międzyczasie zapisałem się do ortopedy, u którego wylądowałem 13 sierpnia. Diagnoza? O tym za chwilę.

Biegowo straciłem trzy tygodnie, właściwie kolejny też muszę liczyć jako stracony, bo opis RTG będzie w przyszłą środę. Jakieś dwa dni temu stwierdziłem, że grzeszę nie robiąc nic. Wobec tego postanowiłem przeprosić się z panem McKenzie, a właściwie z jego metodą. Cóż to i po co się stosuje? Musimy się cofnąć do lutego 2014 roku.

W lutym, jak to w lutym. Zimno, śnieg. Biegało się fajnie. Do tego stopnia, że raz zabrałem mą córkę na wycieczkę. Ona na sankach, do sanek dowiązana lina z pętlą, pętla założona na barki i hej, biegniemy. Zrobiłem tak parę kilometrów, po których zaczęła boleć mnie noga tuż poniżej kolana. Jakiś czas później w ramach treningu zrobiłem podbiegi 10x200/200. Pod koniec noga bolała jak diabli. Zatem pauza, przeszukanie internetu i wyszło, że to objawy typowe dla ITBS. Po polsku zespołu pasma biodrowo-piszczelowego. I cóż? Ćwiczenia, ćwiczenia, wszystko by wzmocnić. I nic.
Koniec końców padło na poszukiwanie fizjoterapeuty. Trafiłem do pani Justyny Koseckiej, która nieźle mnie powyginała, wypytała i postawiła banalną diagnozę. Żadne ITBSy, a kręgosłup do bani.
Jako zadania domowe dostawałem kolejne ćwiczenia. I faktycznie pomogły. Co z tego, skoro człowiek istota leniwa. Jak przestało boleć to po krótkim czasie przestało się ćwiczyć.

Teraz, przy okazji nowego bólu, w nowym miejscu postanowiłem wrócić co McKenziego. Dlaczego? Ćwiczenia nieźle wzmacniają mięśnie stabilizujące kręgosłup. W marcu, po krótkim czasie zauważyłem, że biegam równiej, stabilniej. Trzeba do tego wrócić w ramach prostej zasady. Chcesz biegać szybko ćwicz mięśnie obręczy biodrowej i barków. A tak poza tym ćwiczenia są o tyle przydatne, że przy siedzącej pracy pomagają utrzymać właściwą postawę (co ostatnio znów zaniedbałem).

Gdyby ktoś się nudził polecam dwa ćwiczenia.

1.
Przeprosty. Pozycja podobna jak wyjściowa do pompek, wyprostować ręce pozostawiając miednicę na podłodze, zrobić wydech i przetrzymać przez 5-10 sekund. Powtórzyć 10 razy. Jak się da to ćwiczenie robić co 3 godziny.
2.
Leżenie na brzuchu, ręce przed siebie w osi pionowej, dłonie kciukami do góry. Na zmianę podnosić ręce na ok. 10 cm, przetrzymać przez kilka sekund. Takich podnoszeń wykonywać do ok. 25. Jak się wyćwiczy można robić 2 czy 3 serie.

Oba ćwiczenia są rewelacyjne i tak samo działają. I co ważne nie łupie w kręgosłupie :D

A co mnie boli obecnie? Tak jak napisałem na wstępie - pogranicze łydki i zgięcia kolanowego. Ortopeda stwierdził, że może to być torbiel Bakera. Wypytał czy nie boli mnie kolano. No czorta. Zero bólu w kolanie. Nic mi się tam nie działo. Pożyjemy, zobaczymy co na to rtg. Póki co porozmawiałem dziś z Krzyśkiem, który zmagał się z Bakerem. Stwierdził, że co lekarz to teoria, ale torbiel lubi pojawiać się gdy coś się dzieje w kolanie.

Póki co ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Plecy i barki.

A tak na deser. Mam okazję zostać dwutygodniowym testerem zegarka Soleus Fit. Jesteście ciekawi co to za cudo i jak się to sprawuje? Ustrojstwo tańsze od Garmina Forerunner 10 raptem o 49 zł. Sam jestem ciekaw czy jest warte swojej ceny, czy w tym przedziale cenowym nie byłoby lepiej zainwestować w Garmina.

12 sierpnia 2014

Dwa lata strzeliły z bata

Pod koniec lipca minęły dwa lata gdy założyłem chińskie tenisówki i poszedłem biegać. Pamiętam, że zanosiło się na burzę. Pamiętam jak ambitnie walczyłem by nie przestać biec. Zdaje się, że zdołałem przetrwać kilometr. Później zaczął się spektakl na niebie, szczęśliwie daleko ode mnie. Gdzieś w połowie trasy musiałem przebiec pod chmurą, która choć wąska (pewnie ze 200 m) ciągnęła się od jednego do drugiej strony horyzontu. Szczęśliwie piorun mnie nie trafił, a deszcz i burza dotarły nad wioskę tuż po moim powrocie do domu.

Pierwsze "biegowe" zdjęcie

Od tego czasu zaprzyjaźniłem się z pętlą polnych dróg wiodącą ze wsi. Zapoznałem się z jej kilometrażem, co ciekawsze mój organizm nauczył się czuć przebiegnięty dystans i podświadomie daje mi znać, że za chwilę minę kolejny kilometr. Gdy pętla, która liczy sobie 4,1 km zaczynała mnie nudzić szukałem czegoś nowego, czegoś w bok, wokół. Leśnych możliwości mam sporo. Zdarzało się pobiec do wsi, w których normalnie nie bywam, zwiedzić nieznane zakamarki lasu, zabłądzić w nim, źle skręcić i wylądować cały kawał od domu, robiąc w ten sposób nieplanowane 20 km.

Zapoznanie z lasem. 12,25 km
Zastanawiam się czy po dwóch latach mogę rozważać co dało i daje mi bieganie. Czy to ma sens? Pewien jestem paru rzeczy. Nie jestem wspaniały, nie jestem dobry (tak ogólnie, nie tylko biegowo). Staram się myśleć nie tylko o sobie, a tym samym staram się, by bieganie nie pokiereszowało mi życia rodzinnego. Bo oczywiście chciałoby się więcej, częściej, wszystko po to by szybciej, lepiej i dalej. Tylko co z tego będę miał, jeśli zaniedbam rodzinę? Niewiele.
Dlatego biegam cztery razy w tygodniu, za każdym razem w okolicach 90 minut. I chyba jest to granica za którą, nie ma sensu wychodzić, bo choć nie gustuję w robieniu porządków, w pracach domowych to wiem, że zwiększenie częstotliwości biegania negatywnie wpłynie na dom i rodzinę.

Co dało mi bieganie? Mniej o jakieś 12 kg na wadze i 18 cm w brzuchu. Kilka poznanych osób (bo zbyt towarzyski chyba nie jestem). 2.434 km w nogach. Dwa półmaratony, kilka dziesiątek, parę piątek i krótszych dystansów. Maraton nadal czeka. Przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że maraton wymaga poświęceń, a ja, jako rozsądny facet nie będę nadwyrężał rodziny. Pewnie tak, choć wiem, że jeśli podejmę maratońską decyzję to postaram się do niego solidnie przygotować, bo uważam, że nie sztuką jest przebiec maraton, sztuką jest zrobić to na w miarę przyzwoitym poziomie. Ale te solidne przygotowania nie będą za wszelką cenę.

I nadal dopada mnie leń, nadal ciężko mi usystematyzować kawał życia i wpienia mnie, gdy - tak jak teraz - problemy zdrowotne nie pozwalają mi wyjść pobiegać.
A miałem ambitny plan. W drugą rocznicę wyjść i przebiec trasę, którą zaczynałem przygodę. Wyjść i sprawdzić ile minut zdołałem przez ten czas urwać. Ból łydki nie pozwolił.

Wychodzi na to, że wyszły z tego rozważania o tym, co dało mi bieganie. I kawał samozachwytu również. To oznacza jedno. Trzeba:
- iść do kuchni i zrobić obiad,
- stanąć do samotnych zawodów "ironman", takich przy desce, z żelazkiem,
- wieczorem pobiegać i sprawdzić czy łydka nadal boli. Od 21 lipca biegałem tylko raz.

Przywitanie

Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy nie zacząć prowadzić bloga. Takiego typowego, blogowego.
Pisuję co prawda na maratonypolskie.pl, ale są to głównie wpisy dotyczące mych startów. Tutaj będę musiał się bardziej postarać.
Pierwsza biegowa fotografia

1. Dlaczego blog? 2. Dlaczego taki tytuł? 3. I kim w ogóle jestem?

1. Nie wiem. Popiszę i zobaczę czy mnie to bawi. Część wpisów będzie skopiowana z maratonów. Niektóre zdaje się, że były całkiem dobre i admin wrzucał je na stronie głównej. Będzie trochę retrospekcji, podsumowań, przemyśleń. Nie będzie tu recept dla innych. Trafi się trochę relacji z tego co akurat biegam i do czego się przygotowuję. Ale jak często? Zobaczymy.

2. Zastanawiałem się trochę nad tytułem. Większość śledzonych przeze mnie blogów jest wybitnie sportowa. Plany treningowe, ćwiczenia, diety. Wszystko dopracowane w każdym calu. Myślałem nad czymś przeciwnym, nad pokazaniem biegania od mniej zwariowanej, uzależniającej strony, nad czymś w stylu "biegaj i nie zwariuj". Wybór jednak padł na "Biegiem przez pola". Dlaczego?

Sprawa jest prosta. Życie pogoniło mnie na wieś. Żadne tam gospodarstwo, żaden dom jednorodzinny. Niewielki blok, wieś również niewielka, licząca 315 mieszkańców. 6 lat temu kupiliśmy tam mieszkanie w stanie surowym, zrobiliśmy remont i związaliśmy się z krańcami Powiatu Nakielskiego oraz bankiem na 30 lat.
Jako, że to wieś biegam wśród pól i lasów. Asfaltu tam niewiele, ale na tyle, by w razie zbyt długiej deszczowej pogody albo roztopów wyklepać konieczne kilometry.

3. A jestem sobie facetem, któremu brakują dwa lata by wejść w kategorię M40. Większą część czasu spędzam za biurkiem, lubię słodycze i dwa lata temu postanowiłem zawalczyć z rosnącą na brzuchu oponą.


Myślę nad tygodniowym pisarstwem. Podsumowania tego co wybiegałem, co zrobiłem. Ku pokrzepieniu zwykłych klepaczy kilometrów także tego co nierozsądnego zjadłem. I nie będę się zastanawiał o ile lepsze byłyby me wyniki gdybym odżywiał się sportowo.


Moje bieganie zaczęło się 28 lipca 2012 r. od karkołomnych 3,9 km, ale o tym w kolejnym wpisie - takim refleksyjnym, prosto z maratonypolskie.pl.

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...