22 grudnia 2014

26 km na 3 biegu City Trail w Bydgoszczy

Wczoraj trzecie podejście do City Trail w Bydgoszczy. Udało mi się zamienić dyżurami w pracy, więc mogliśmy ruszyć całą rodziną. Te zawody to zawsze okazja do spotkania znajomych. Tym razem znów się ich nazbierało. Np. Jola. W poprzednich dwóch biegach gdzieś sobie migaliśmy, wczoraj widzieliśmy się tuż przed startem i tuż po zakończeniu biegu. Nawet zdołaliśmy zamienić parę zdań. Jolu, nie narzekaj. Tym razem nie zapomniałem o Tobie na blogu :P

Przez chwilę mignęła mi także Karolina. Nie widziałem jej całe wieki. Może kiedyś będzie okazja pogadać.
fot. Karolina Sudoł

W mych maratońskich przygotowaniach wszedłem w etap długich wybiegań. Od dwóch tygodni na zmianę 20 i 25 km. Kombinowałem jak to połączyć z 5 km w Myślęcinku. Przez chwilę świtała mi wizja wyskoczenia z samochodu w okolicach wsi Smolary i przybiegnięcia do Bydgoszczy. Znalazłem jednak dwie wady. Trasa i czas. Trasa miałaby być prosta i bezpieczna. I taka by była (ścieżki rowerowe), gdyby nie kawał ul. Grunwaldzkiej bez chodnika. Opcja przez lasy nie wchodziła w grę, bo w nieznanym terenie łatwo się zgubić, a bieganie z mapą jest bez sensu. Druga wada to czas. Gdyby coś poszło nie tak musiałbym cisnąć i nie byłbym pewien czy zdążę.


Stwierdziłem, że jedziemy do Bydgoszczy i gdy Wierka będzie startować ja będę przemierzał myślęcińskie ścieżki tak, by mieć do biura zawodów 2-3 km. Wyrodny ze mnie ojciec, że nie dopingowałem córce. Cóż... Za karę nie widziałem tego wywalonego jęzora :)
fot. Grzegorz Perlik

Ruszyłem ok. 9:30 z planem 15 km plus 5 km City Trail plus 5,5 km. Na drugim kilometrze znów uruchomiły mi się mięśnie piszczelowe lewej nogi. Już wiem, że są aż cztery. Zrobiłem krótką pauzę by zaaplikować im serię ucisków doprawioną rozciąganiem. Poskutkowało. Przemierzałem nieznane tereny, wiedząc, że gdzieś na zachód dotrę do asfaltu, którym chciałem zamknąć pierwszą pętlę w stronę biura zawodów. Już na asfalcie wypatrzyłem dwie znajome kurtki. Piotra i Tomka, którzy biegli z przeciwka. Zachęcili by się przyłączyć. Pogadaliśmy chwilę, tempo mi wzrosło, tętno od plotek również. Po kilkuset metrach zawrócili, a ja pobiegłem dalej.
Oj jakie ja esy floresy wyrysowałem na mapie!



Na start dotarłem ze 2 minuty przed czasem, zatem idealnie. Parę zdań z Madzią, przeskoczyłem do przodu celując w tempo 5:40. Gdy już ruszyliśmy w grupie z czasem powyżej 25 minut ludziska gnały w najlepsze. Dobiegłem do Justyny, krzycząc za jej plecami, że ją pogonię kijem, by się wzięła za siebie i zaatakowała magiczne mniej niż 30 minut.
Spojrzałem na zegarek. 5:18, zacząłem zwalniać, a tu 5:25. Koniec końców zszedłem do 5:35 i tak trzymałem cały czas.

Przedreptałem cały bieg w drugiej połowie stawki, utwierdzając się w przekonaniu, że widoki są tam zdecydowanie ciekawsze. Nasycenie dziewczynami jest bardzo duże.
Na 300 m przed metą zacząłem nieco poganiać dziewczynę, z którą zmienialiśmy się miejscami przez większą część dystansu. Paskud ze mnie. Poganiać obcą kobietę i wmawiać jej, że wyprzedzi inną, biegnącą ze 30 metrów przed nią. No wyprzedziła.

Po biegu chwila oddechu na oddanie chipa i numeru startowego, rogalik i mała herbata. Zdziwiłem się, bo Madzia już była na mecie i pobiegłem dorobić brakujące 5 km. Kawałek przez Myślęcinek, by w powrotnej drodze nieskutecznie spróbować złapać Justynę z ekipy City Trail bo miała do mnie przysłowiowe słówko.

Jakie efekty owego wybiegania? Było trochę dziwnie, bo na raty, jak kto woli z kilkoma przerwami po drodze. Zrobiłem 26 km, co jest mym najdłuższym biegiem.
fot. Grzegorz Perlik

Madzia, która rano zapowiadała, że przejdzie trasę, bo nie ma siły i tylko ją zaliczy na potrzeby klasyfikacji faktycznie przeszła, ale tylko parę fragmentów. Zdołała wybiegać 32:06 poprawiając swą życiówkę o 3,5 minuty. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby regularnie biegała, bo przez ostatnie 3 miesiące zaliczyła 3 biegi.
Justyna się sprężyła i przestała oglądać na koleżanki. Efekt? 29:03. Znaczy zrobiła coś, co jej wmawiałem od jakiegoś czasu. Twierdzę, że jeśli nie odpuści treningów, to w marcu jest w stanie pobiec w okolicy 26-27 minut.
Jola narzekała, że czas miała gorszy. No cóż. Ile można robić życiówki?
A ja? 27:27 na pełnym luzie. 26 km zrobione średnim tempem 5:44 i tętnem 156. Jedyna wada niedzielnego wybiegania jest taka, że po południu zaczął mnie pobolewać fragment stawu skokowego.

20 grudnia 2014

New Balance M980GG2 Fresh Foam Boracay

Jak wiecie wygrałem buty New Balance M1980GB. Coś się tam porobiło z wysyłką, przestawiły nazwiska, ale buty dotarły męskie, w stosownym rozmiarze. Jakże się zdziwiłem, gdy dostałem smsa od kuriera bym się z nim skontaktował. Zadzwoniłem i dowiedziałem się, że przekazał paczkę koledze obsługującemu Nakło. Paczka dotarła do pracy, pudełko znajome, z wielkimi literami NB z jednej strony. Oj było zaskoczenie. Ze środka wyjąłem pudełko zastanawiając się czy tym razem nie dotarły damskie buty. Nic z tego! Wyjąłem męskie. Nowe wcielenie kultowych New Balance 980 określonych jako M980GG2, z handlową nazwą Fresh Foam Boracay.

Tym razem kolorystyka mniej rzucająca się w oczy - srebrna, a nie promieniotwórczo zielona. Ale coś świecącego musiało być. W komplecie do butów otrzymałem koszulkę techniczną o znanym mi z wcześniejszych butów odcieniu zieleni. Jako, że jest dość chłodno koszulka leży i czeka w szafie. W skrócie napiszę tylko tyle, że jest wybitnie cienka i przewiewna. Latem powinna przynosić ulgę.

Wracając do tematu obuwia. Najpierw zastanawiałem się czy to nie pomyłka i czy po paru dniach nie dostanę maila z prośbą o ich zwrot, ale postanowiłem być dzielny i stwierdziłem, że New Balance nie zbiednieje, jak zatrzymam dla siebie te buty. Dzięki temu model Fresh Foam Zante potraktowałem jako obuwie startowe i wylądował w pudełku i czeka w szafie na maraton w Łodzi.

980 postanowiłem wypróbować na ostro i może ryzykownie, choć miałem nadzieję, że na stopie będą leżały tak jak model 1980. Założyłem je na długie wybieganie, które docelowo miało liczyć 23 km. Może było to trochę ryzykowne, zwłaszcza, że nie biegłem w kółko, a ruszyłem z domu do Gorzenia.


Pobiegłem trasą, którą czasami pokonuję samochodem. Ze 3 km drogi wojewódzkiej, później ścieżka rowerowa, przeskok na drogi powiatowe. Buty nie gniotły, standardowo musiałem zatrzymać się ze dwa razy, by skorygować napięcie sznurowadeł. Bieg miły, przyjemny, bezproblemowy.

Wyszedł mi z tego półmaraton. Zegarek wskazał 21,13 km, czas 2:00:52 Ma szanowna małżonka postanowiła ograbić mnie z ostatnich dwóch kilometrów i "zasugerowała" bym jednak wsiadł do samochodu.

Na koniec parę słów o magicznej podeszwie Fresh Foam. Najpierw (chyba) był Adidas ze swym sławetnym Boost, później Puma z z pianką Faas, teraz do tego grona dołącza New Balance. Koncepcja jest w miarę prosta. Monolityczna podeszwa z dużą powierzchnią przylegania do podłoża, płytki bieżnik, elastyczna pianka o strukturze geometrycznej zamiast żelowej amortyzacji. Buty mają być wybitnie miękkie, ponoć puszyste.

Puszystości nie zauważyłem, bardziej miękkie są Faasy, co nie znaczy, że New Balance jest twarde. Skądże! Amortyzacja jest (jak na mój gust) idealna. Z jednej strony nie czuje się zapadania pięty, z drugiej nie ma się wrażenia tłuczenia o twardy beton. Przetaczanie z pięty na palce także jest przyjemne. Fakt. Zrobiłem  w nich raptem 61 km, ale wiem jedno. Nie odczuwam ich jako buty toporne. 

Kolejna ciekawostka - cholewka. Tak jak w wersji 1980 jest wykonana bez szyć w przedniej części. Wzmocnienia z tworzywa są naklejone, do tego bardzo wąskie. Czubek, od wewnętrznej strony wzmocniony twardszym tworzywem. Mi to odpowiada, choć przyznam bez bicia. Chciałbym, by owo wzmocnienie bardziej obejmowało okolice palucha, bo w moim przypadku jest to miejsce, które zużywa się najszybciej i po 100 km zaczyna pojawiać się przetarcie.
Cholewka jest dopasowana, dość opięta, ale nie ciśnie, do tego bardzo przewiewna. Wady? Może jedna, ale niezbyt upierdliwa, w zasadzie zauważalna tylko w marszu. Lekki luz pięty, która nieco pracuje góra-dół. W biegu tego nie zauważam. Na ciasnych zakrętach (na przykład przy nawrotach) stopa w bucie nie wariuje, wszystko zostaje na swym miejscu.

Druga wada to zbyt długie sznurowadła. Przy normalnym sznurowaniu cały kawał ciągnie się po ziemi. Upycham ich końce w dodatkowe dziurki.

Póki co twierdzę, że to super buty, jedne z dwóch najlepszych jakie miałem na nogach (drugie to NB 1980). Dziś pomyślnie przeszły trudny test jakim było 35 minut krosu w Parku Jana III Sobieskiego w Nakle. Na kamyku i piachu się nie ślizgały, na zbiegach i podbiegach dobrze trzymały stopy.

Model jest przedpremierowy, aż jestem ciekaw jak nieprzyzwoite pieniądze będzie kosztował.

04 grudnia 2014

Biegać bezpiecznie

Bezpiecznie. Czyli jak? Po zmroku wybijać się z otoczenia - ja wrzucam na siebie kamizelkę odblaskową, zakładam ciuchy z wszytymi elementami odbijającymi światło, do tego na głowę czołówkę z białym światłem z przodu i pulsującym czerwonym z tyłu.

To jeden z elementów bezpieczeństwa.

Drugi to słuchanie organizmu. Nie ma sensu się pałować i zarzynać. Boli ponadnormatywnie? Odpuść. Nie masz siły? Odpuść. Parę dni pauzy Cię nie zabije, a zmniejszysz ryzyko kontuzji.

Trzeci, po trosze, wynika z drugiego. Co jakiś czas wypada odwiedzić lekarza i coś tam sobie zbadać. Ja w miarę regularnie robię morfologię - zawsze przy okazji wizyty w centrum krwiodawstwa. Najczęściej okazuje się, że mam początki anemii - hemoglobina w okolicy 13,5-13,8. Reszta jest w normie. Półtora roku temu robiłem EKG. W tym - z racji przygotowań do maratonu - postanowiłem zrobić bardziej rozbudowane badania.

Od długiego czasu myślałem o EKG wysiłkowym. Gdzieś wyszperałem, że echo serca by nie zaszkodziło. No to poszukałem gdzie w Bydgoszczy mogę zrobić takie badania i znalazłem. Szpital Eskulap w Osielsku k. Bydgoszczy. Mają pakiet pt. "Szybka diagnostyka kardiologiczna". Obejmuje echo, ekg, ekg wysiłkowe i konsultację kardiologa. Przed wizytą trzeba zrobić badania krwi: morfologia, lipidogram, jonogram, tsh, glukoza, kreatynina ALAT i do tego badanie ogólne moczu.

Badanie trwa ok. godziny. Spotkanie ze stetoskopem, później klata wymiziana głowicą do usg, następnie ciśnienie i ekg na stojąco i ruszamy na bieżni. Po 3 minuty: marsz, szybszy marsz, trucht, bieg i ostatnie 38 sekund dość szybki bieg pod górę. Bieżnia wędrowała cały czas do góry kończąc na nachyleniu 18% i doprowadzając serce do 188 uderzeń/min.

Efekt wizyty jest taki, że muszę jeszcze zrobić parę dodatkowych badań. Cóż. Staram się być odpowiedzialny. Wydałem ładnych parę złotych, jednak w pewnym momencie trzeba zacząć myśleć nie tyle o sobie, ile o tych, którym mogę zrobić krzywdę swym ewentualnym zejściem. Nie jestem z tych, którzy twierdzą, że "lepiej nie wiedzieć".

A czwarty element  to żywienie. Moja kula doczepiona do pięty Achillesa ;) Ale obiecuję to poprawić.

Szost, Lewandowski, Kiplagat, Farah... [archiwum maratonypolskie.pl z 15.08.2014]

Biegowi bogowie? W zawodowym bieganiu są mistrzowie. Niezaprzeczalni. Ogólnoświatowi, europejscy, krajowi. Kto takim jest to sprawa indywidualna.
Ale są też herosi lokalni. Czasem kolega z klubu, czasem sąsiad, czasem nieznajomy.
3 lipca na maratonach pojawiła się zapowiedź o indywidualnym biegu przez Polskę. 800 km w 7 dni, pomysłodawca Ryszard Kałaczyński. Próżno było szukać konkretnych informacji, rozpisanych etapów biegu. Nic to.
Kolejna informacja pojawiła się na maratonach gdy bieg już trwał. Na stronie biegu dopiero ogarnąłem wielkość przedsięwzięcia. I to w dwojaki sposób. Czysto sportowo rzecz nieziemska, a do tego mentalnie.
Bo nie jest to zwykły widok. O ile często spotykamy biegających mieszkańców wsi (co jest efektem boomu budowlanego minionych lat), o tyle znalezienie biegającego rolnika to już niemały wyczyn. Sam mieszkam na wsi, typowo rolniczej. Nowego budownictwa tu niewiele, importowych mieszkańców również. Na niespełna 400 mieszkańców biegają tu bodajże 3 osoby. Cała trójka importowa, z nich tylko ja biegam przez wieś o zwartej zabudowie.
Ludzie chyba przywykli do mego widoku, czasem pytają ile kilometrów biegam i robią oczy jeśli mówię, że w okolicach 10 (w sumie rok temu był to dla mnie kosmiczny dystans). Pewnie nieraz myślą, że nie jestem normalny, bo kto biegałby w deszczu czy śniegu, nocą albo w mrozie.
Ale do rzeczy.
Ryszard Kałaczyński, choć go nie znam (a mieszkamy od siebie o jakieś 20 km) jest dla mnie herosem. Bo nie czarujmy się. Być rolnikiem, to nie jest praca 8 godzin dziennie, po której można sobie wyskoczyć pobiegać, ba mieć jakiekolwiek zainteresowania ruchowe. Dzieciaki owszem, piłka, rower, czasem siatkówka. Dorośli? Prędzej knajpa, jeśli jest (a ostatnio u nas się zwinęła), albo siedzenie w domu i? Może telewizor, albo jakieś domowe robótki.
A pan Ryszard? Z tego co wyczytałem kończy pracę i idzie pobiegać. 20 do 50 km, tak jakby to był spacer do sklepu po chleb.
I ta zaciętość. Bo bieg przez Polskę to taki drobiazg. Drugi, kto wie, czy nie będący jego manią, to Spartathlon. Chylę czoło.
800 km w siedem dni. A na deser Maraton Solidarności. Jakby sam bieg przez Polskę nie był wystarczającym treningiem przed Spartathlonem.

I szkoda tylko, że się zgapiłem i przegapiłem. Biegł obok mnie. Przyłączyłbym się na parę kilometrów.

Suplement:
A 15 sierpnia 2014 r. Ryszard Kałaczyński rozpoczął codzienne maratony. W planie ma 366 maratonów w 366 dni. Dziś zakończył 112.
Jeśli chcecie możecie mu towarzyszyć.
Tu profil na fb

03 grudnia 2014

Listopad za mną

Listopad to pierwszy miesiąc przygotowań do maratonu. Czy jestem z niego zadowolony? Nie do końca.
Zamarzyłem o debiucie maratońskim z czasem poniżej 3:30. Przyjaciółka zapytała czy nie lepiej na pierwszy raz obstawić 4:15, bo co później będę poprawiał. Ale co tam! Chcę ambitnie i w granicach możliwości! By to zrobić muszę jednak sumiennie przepracować zimę.
Jako metodę treningową wybrałem plan opracowany przez Jerzego Skarżynskiego, który zakłada 4-5 dni biegowych w tygodniu. Z założenia odpuszczam dodatkowy dzień, czyli środę. Trzeba trochę pomieszkać w domu.

Listopad był niestety czasem, gdy do domu wracaliśmy późno, bo pomiędzy 18.30 a 19.30. Bywało, że nie miałem siły na trening, że miałem ochotę się najeść. To sprawiło, że odpuściłem pięć treningów więc szlag trafił ok. 60 km. Owszem. Jak już zjadłem i chwilę posiedziałem nachodziła mnie ochota na bieg, ale z pełnym żołądkiem nie miało to sensu. Mam nadzieję, że grudniowy plan zdołam wykonać z nawiązką. Może nawet zrobię dodatkowo ze 2 środowe treningi.


Na kalendarzu wygląda to dość ładnie. Dużo tych ludzików.


A ile nabiegałem w listopadzie? Tylko tyle.

Tylko o 20 km więcej niż w październiku i 22 niż we wrześniu. W tym czasie wystartowałem w trzech biegach. Dwóch niepodległości (Drzewianowo i Pigża) oraz City Trail w Bydgoszczy.

Najbardziej irytują mnie przebieżki we wtorki i czwartki. Całego biegania ma być ok. 14 km, w tym przebieżki. I machaj tu setki albo dwusetki. Kilometrów przybywa tyle co kot zapłakał. Na czterysetkach jakoś idzie. 
Dlatego raz w tygodniu wprowadziłem coś innego. Bieg ze zmienną prędkością w takim układzie:
400/100+100/100+300/300+200/200. Daje to do wiwatu. Rozpocząłem od dwóch powtórzeń i co tydzień dokładałem kolejne (po drodze zrobiłem 10x400/400).


W grudniu plan wskazuje ok. 240 km ile z tego wykonam? Póki co mam motywację by wykonać 102%.

01 grudnia 2014

Bydgoskie City Trail nr 2

30 listopada 2014 r. Imieniny Andrzeja. Tradycyjnie w wigilię odbywały się andrzejki i dałem się namówić na muzyczne harce. W łóżku wylądowaliśmy ok. 1 w nocy, bo rano czekał nas wyjazd na drugi bieg z cyklu City Trail.
Mam nadzieję, że to będzie nasza rodzinna tradycja i będziemy startować całą trójką.

Ze względu na przygotowania maratońskie postanowiłem się nie ścigać. Miał to być spokojny bieg, zwłaszcza, że plan na niedziele przewidywał 18 km WB1. Wymyśliłem, że po starcie dzieciaków zrobię 15 km i do tego start 5 km.

Spotkaliśmy Justynę z Tomkiem i Natalką. Tomek jakoś nie daje się namówić na bieganie. Nati owszem. Startuje w kat. D0. Ledwo zdążyliśmy się przywitać a Justyna zerknęła w torbę na prezenty i stwierdziła, że to ta. Dostałem koszulkę techniczną. Po chwili okazało się, że koszulka jest różowa (a mówiła o czerwonej) i ma do tego damski krój. Ot się machnęła dziewczyna. Ja twierdzę, że tłumaczą to dwie ewentualności: zemsta za moje zającowanie w Pigży, albo uważa, że nie jestem wystarczająco męski. Koniec końców wymieniła, okazało się, że powinienem dostać torbę z koszulką damską (dla Magdy) i męską.


W czerwonym mi lepiej

Weronikę zapisałem do kat. D2. Nie wiem co mi się pochrzaniło, ale czujna małżonka to zauważyła i zdążyłem o tym poinformować w biurze zawodów. Oczywiście pobiegła ze swoją grupą wiekową.

A mój start? A jakże! Nie nie zdążyłem wybiegać 15 km. Dzieci pobiegły, przybiegły. Gadu, gadu, zrzucenie ciuchów i zrobiła się godz. 10.05. Podreptałem po ścieżkach i wyszło mi 8,4. Stanąłem w grupie z czasem poniżej 28 minut, ale jak ruszyłem to podkręcałem tempo.

Pierwsze 3 km zagadywałem, żartowałem, chwilami plotłem głupoty. Na początku biegł przede mną gość, który przegrał zakład i musiał wystartować. Zaiwaniał tempem 5:05, kolega z którym przegrał dopingował go w najlepsze podając, że ma za sobą już 200 metrów. Pomknąłem. Tu zagadałem, tam zagadałem. W okolicy 1,5 km dogoniłem Justynę, pomyślałem, że nieźle ciągnie i powinna zejść poniżej 30 minut. Kawałek dalej wypatrzyłem Piotra. Doskoczyłem, porozmawialiśmy chwilę i pogoniłem dalej. Bo okazało się, że w nogach włączyło mi się wyprzedzanie. Nie. Nie jest to kwestia nowych butów. Ot tak. Dopadła mnie głupawka po tak długiej rozgrzewce i niosła do mety coraz szybciej. Na trzecim kilometrze zauważyłem kolejną znaną koszulkę więc zza pleców zapytałem czy ten fizjoterapeuta dobry. Wyprzedziłem Kasię, grzecznościowo pytając na jaki czas biegnie i czy jej przypadkiem nie poholować. Nie chciała. Znaczy się coś musiało być do rzeczy z otrzymaną koszulką.

Buty przyjemne. Po pierwszym bieganiu bolały mnie rozcięgna podeszwowe. W niedzielę było komfortowo. Nic nie gniotło, stopy bez bólu. na asfalcie ładnie niosły. Leśne ścieżki były zamarznięte, więc nie musiałem się stresować, iż je wybrudzę albo poślizgnę się przez mały bieżnik. Robiegam je i będę miał niezły sprzęt na łódzki maraton.
fot. Grzegorz Perlik

A poza tym to witam się i witam i witam. Co kawałek znajomi. Jacek dostał ode mnie ClO2 i słoiki ze spasteryzowana brzeczką na startery do fermentacji piwa (ja z piwowarstwem się pożegnałem definitywnie).
Dotarł też Tomek z którym dzień wcześniej rozgrzewałem się na nakielskim stadionie, a następnie mijaliśmy się parokrotnie na krosowej trasie w pobliskim parku. Do tego drugi Tomek. Nie wspomnę o jednej dziewczynie, która powiedziała mi cześć, a ja ni czorta jej nie kojarzę.

A dziś? Grudzień, to znaczy, że trzeba porządnie popracować nad kondycją i nie odpuszczać tak, jak to miało miejsce w listopadzie, w którym wypadły mi 4 treningi, w sumie dobre 60 km.

26 listopada 2014

Co wiem o nowych butach?

Niewiele. Z pudełka wyczytałem, że to model M1980GB, wujek google zasadniczo milczy, bo wyświetla dwie informacje. Jedna na stronie runningshoes.com, na której jest informacja o tym, że jeszcze nie są dostępne, drop to 6 mm i są przeznaczone dla stopy neutralnej. Druga informacja pojawia się na stronie newbalance.com pod hasłem Fresh Foam Zante pokazują się w wersji szarej strasząc limitowaną edycją na maraton w Nowym Jorku w 2015 r. I tyle.

Wersja szara jest ładniejsza, ale co zrobić? Trza testować co się ma ;)
Cóż ciekawego w nich zauważyłem. Przede wszystkim rzuca się w oczy podeszwa (o kolorze nie piszę, bo jest "oczobitny"). Z profilu widać pójście optyczne w stronę adidasowych boostów. Druga istotna rzecz to jej monolityczność i bardzo mały bieżnik. Zdaje się, że ma być naturalnie, w dodatku z dużą powierzchnią przylegania do podłoża. Ewidentnie nie są to buty na bieganie przez pola, ale postanowiłem ich zbytnio nie oszczędzać i tam także będę je testował.

Kolejną ciekawostką jest niewielka ilość szyć.  Siatka cholewki jest cienka, przewiewna, od przodu oklejona paskiem z tworzywa. Na czubku, od zewnątrz kawałek odblasku. Bok i tył są usztywnione, ale nie pancerne.

Pierwszego wieczoru postanowiłem je wypróbować. Co prawda żona sugerowała, że może wziąłbym je gdy jest jasno, by ich nie pobrudzić, ale stwierdziłem, że nie padało więc będzie sucho. Nic bardziej mylnego. Na drodze kałuże, mokry piach, lekko przeschnięta glina. Obawiałem się, że buty nie wrócą do domu w idealnym stanie.

Wyskoczyłem. Pierwsze kilkaset metrów szybkie, zbyt szybkie, więc nieco zwolniłem. Wyszło 5:40, więc w myślach mówiłem by znów zwolnić. I znów 5:40, po tym 5:28. Świadomość, że mam nowe buty, za które nie musiałem zapłacić paru stówek (normalnie ta kasa wystarczyłaby mi na dwie pary) jakoś mnie niosła. Gęba uśmiechnięta. Na nogach lekkość. Waga kuchenna pokazała 240 g przy rozmiarze 44,5. Porównałem z Asicsami 310 g.

Pod stopami miękko, elastycznie, czuć to zwłaszcza na asfalcie. Buty mają nieco wysokie podbicie, co czułem na rozcięgnie podeszwowym, ale poluzowanie sznurowadeł pomogło. Pobiegam i przywyknę. Jedyne czego się obawiam to mały drop. Nie wiem jak to zniosą łydki i rozcięgna. W Pumie faas przy 4 mm miałem problemy.

W sumie zrobiłem 15 km, w tym 6 km OWB1 i przebieżki 10x400/400. Buty niosą, odbiją się fajnie, na mokrym , miejscami zapiaszczonym asfalcie stopy nie uciekają. Bieżnik daje radę. Nawet lekko pronująca prawa noga nie koślawi mocno kostki. Amortyzacja nie jest może szalona, ale uważam ją za wystarczającą.

Na koniec jedna refleksja. Obuwie jest szybkie, stopy za nim nadążyły. Skarpetki nie dały rady i zostawały w tyle, czego efekty widać na zdjęciu ;)

New Balance M1980GB

Od kilku tygodni myślałem nad nowymi butami. Czarne Asicsy dobijają do 1400 km a przede mną sporo kilometrów do wybiegania. Zacząłem zastanawiać się nad zmianą producenta, ale niekoniecznie kusiły mnie marki popularne typu adidas, reebok czy nike. Prędzej skłaniałem się ku pumie 600 z racji oklejenia czubka, ale wiadomo. Kasa. Kasa rządzi wszystkim, więc temat butów odkładałem.

Teraz priorytetem jest wizyta u kardiologa i zrobienie badań. Ekg, ekg wysiłkowe, echo serca a oprócz tego morfologie, jonogramy, lipidogramy, tsh i inne takie. Chcę się przebadać i nie dlatego, że PZLA wymyśla kartę biegacza, ale dla siebie. Biorę tańszą wersję badań w Osielsku - 300 zł (do tego badania krwi osobno), bo wersja z zaświadczeniem o braku przeciwwskazań do sportu to koszt bodajże 600 zł.

Tak sobie gdybałem czy iść w lekką pronację, Justyna sugerowała neutral i wzmocnienie mięśni. Plusem neutrala są niższe ceny.

21 listopada dostałem maila z UPC o nadaniu przesyłki. Pojawiło się nazwisko kobiety, numer paczki. Niczego nie zamawiałem, więc podejrzewając próbę instalacji złośliwego oprogramowania ostrożnie sprawdziłem link. Paczka wysłana w USA, dotarła do Filadelfii. Nawet dobrze tego nie analizowałem. 25 listopada rano dostałem sms. Tu kurier UPS proszę o kontakt. Zadzwoniłem. Udało się dogadać. Numer telefonu, adres dostawy, adres mailowy. Wszystko prócz nazwiska się zgadzało, kurier pytał czy nie kupowałem butów w USA.

Temat nie dawał mi spokoju. Wrzuciłem w wyszukiwarkę nazwisko dziewczyny. Znalazłem na stronie Runner's World, że wygrała w konkursie "Testuj z RW nowe buty do biegania!"
Na liście 10 szczęśliwców znalazłem też swoje nazwisko. I wszystko było jasne. Przypomniałem sobie, że za sprawką Justyny wysłałem zgłoszenie. Na szybko, bez wielkiego myślenia i rozpisywania się. Niespodzianka. Wygrałem.

Wyglądało, że ktoś pomylił nazwiska przy wysyłce i już miałem wizję, że dostanę damskie buty. Kurier dotarł i przyniósł zielone, męskie, rozmiar 44,5. Szybko przymierzyłem i wyglądało, że są idealne.
I tak oto mam nowe buty. New Balance M1980GB. Próbowałem poszukać informacji o butach. Są aż dwie informacje. Jedna, że buty jeszcze nie są w sprzedaży, druga, że w wersji szarej i limitowanej są szykowane na maraton w Nowym Jorku. I tyle. Wygląda, że dostałem do testowania przedpremierowe buty. Ha! To mi się trafiło! To już drugie buty do testowania (pierwsze były Pumy Faas 500v2).

A oprócz butów jeszcze drugi gratis. Bluza z długim rękawem, zapinana pod szyją. Cienka, na plecach i bokach jeszcze cieńsza i przewiewna. Nie dało się położyć tego zestawu i na niego patrzeć. We wtorkowy wieczór zrobiłem 15 km, w tym przebieżki 10x400/400. O wrażeniach napiszę w kolejnym poście.


25 listopada 2014

Pora na nowość

A jak nowość to NEW, a co najlepiej dodać do NEW? Oczywiście BALANCE.
Takie oto cudeńka wygrałem w konkursie organizowanym przez Runner's World.
Szczegóły wkrótce.
New Balance M1980GB

12 listopada 2014

11 listopada bez patosu i zadumy

Narodowe Święto Niepodległości. Nie wiem kto wymyślił tę nazwę. Jest trochę nadęta, ale z drugiej strony lepsza niż "96 Rocznica Odzyskania Niepodległości", czy wszystkie inne tego typu nazwy.
My, Polacy, niestety tak mamy, że najlepiej wychodzi nam świętowanie klęsk i porażek. Wystarczy zestawić ze sobą trzy wydarzenia: Powstanie Warszawskie, Powstanie Wielkopolskie i III Powstanie Śląskie oraz zadać pytanie o to, któremu z nich poświęca się najwięcej uwagi. (temat celowości największej klęski XX w. pominę).

Wszelkie obchody świąt narodowych często bywają obchodzone na smutno. A to kwiaty pod pomnikiem, a to "montaż słowno-muzyczny" w wykonaniu dzieci, wszystko stonowane. Czy tak chcielibyśmy świętować nasze urodziny albo śluby? Pewnie nie. Szczęśliwie pojawiła się idea biegów rocznicowych.

Pigża w gminie Łubianka. Pierwszy raz byłem w tej okolicy 3 maja, gdy startowałem w Biegu Samorządowym. Dziś powróciłem, bo trafiła się nie lada gratka.
Od 18 lat w Pigży organizowany jest Bieg Niepodległości. W tym roku mignęły mi projekty medali. Pomyślałem "cacuszka, warto by było taki mieć." Zatem zagrzebałem w regulaminie i pierwszy pozytyw - opłata startowa 30 zł, w pakiecie prócz medalu posiłek i do tego koszulka techniczna. A drugi pozytyw to biegi dla dzieci, w których uczestnicy dostają na mecie medale. Oj takiego zbiegu okoliczności nie mogłem odpuścić! Weronika na wieść o biegach się ucieszyła, a gdy powiedziałem, że dostanie medal aż podskoczyła zdziwiona, bo jak to!? Od razu? Po jednym biegu? (w City Trail trza wystartować w min. 4).

Do Pigży ruszyliśmy w czwórkę. Magda nie miała ochoty na start, najchętniej zostałaby w domu, ale dała się przekonać by popilnować Wierki gdy będę biegł. Zabraliśmy też Marka, dla którego był to debiut w biegowej imprezie. Na miejscu spotkaliśmy się z Justyną (której zdolności w uruchamianiu obolałych nóg kilkukrotnie zachwalałem), jej mężem i córką. Dała się namówić, do tego Natalka też była chętna na dziecięcy medal (który okazał się takim samym, jakie otrzymywali dorośli).

Dotarliśmy przed godz. 10, start dorosłych zaplanowany był na 12, więc przed nami szmat czasu. A tu niespodzianka. Pełno samochodów i ludzi! Z boiska dobiega muzyka, wszyscy się kręcą, chodzą. Mamy święto i pomimo mgły było to czuć w powietrzu! Szczęśliwie znaleźliśmy miejsce do zaparkowania, szybko załatwiliśmy formalności i mogliśmy czekać na start dzieciaków.

Zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Stoisko ze smakołykami (na nie nie patrzyłem, bo przed startem wiadomo, że nie ma to sensu) i bieżnia. Oj bieżnia. Cztery tory TARTANU!! Pętla wokół murawy, 200 metrów. Oj! Żeby tak w Mroczy wybudowali coś takiego! Na czorta robić pełen wymiar? Jak na wiejskie potrzeby wystarczy (Pigża liczy ponoć 800 mieszkańców). Młodzieży wystarczy w zupełności, a i dorośli nie narzekaliby gdyby mieli gdzie robić tempówki.

Z biegu dziecięcego niewiele pamiętam. Stałem z aparatem i robiłem zdjęcia najmłodszych grup dziewcząt i chłopców.




Po ich starcie powygłupiałem się z dziewczynkami, wskoczyłem w ciuchy, zrobiłem delikatną rozgrzewkę i z Justyną ustawiłem na starcie honorowym. Tym razem postanowiłem się nie ścigać. Najważniejsze są przygotowania do maratonu, a plan treningowy na wtorek stanowił 12 km WB1. W ten sposób zostałem "zającem" i przez 11 km zatruwałem życie Justynie :D Na dobrą sprawę nie było pomysłu na ten start. Ustaliliśmy, że zaczynamy tempem 6:20 min/km, a co później to się zobaczy. Bez spinania się. Po paru kilometrach i dwóch podbiegach miałem wyrzuty, że nieco przyciskam, więc zwolniliśmy.
Zamek Bierzgłowski, fot. Grzegorz Perlik

Trasa liczyła 11 km, zobaczyliśmy niesamowite zakątki. Niby banał - ścieżka rowerowa, ale to kolejna rzecz, której brakuje mi blisko domu. Zamek Bierzgłowski i jego dziedziniec to ciekawe założenie architektoniczne. Niewątpliwie będę musiał zwiedzić go niebiegowo, bo wczoraj zdołałem tylko rzucić okiem i nadal nie wiem, czy to zamek czy dwór obronny. I jeszcze jedno miejsce. Wisienka na torcie (mimo mglistej polewy, jaka ją otoczyła) - Wąwóz Leszczyński w kolorach jesieni. Tam trzeba pojawić się z aparatem.

Nagadałem się w najlepsze. Zazwyczaj wolne wybiegania wybitnie mnie męczą psychicznie a wczoraj nawet nie wiem kiedy przeleciała godzina i kwadrans.

Po drodze trzy zdania zamienione z Grześkiem Perlikiem, który stał i kucał na straży z aparatem, nieudana próba pogonienia Justyny na ostatnim kilometrze (nawet Grześ nie zmobilizował jej swym "a teraz biegnij w trupa"). Dała się zmobilizować dopiero na ostatnich 300 m, gdy oberwała z łokcia od wyprzedzającej ją zawodniczki. 
fot. Grzegorz Perlik
Marek zadebiutował bardzo udanie. Narzekał trochę na wąską ścieżkę rowerową i problemy z wyprzedzaniem, ale był zadowolony. Czas w okolicach 58 minut, jak na zawodnika kat. M40, który biega od 2 czy 3 miesięcy jest niezły, zwłaszcza, że nie biegł na maksa.

Po zawodach zostaliśmy na dekoracjach i czekaliśmy na losowanie nagród. Nie wiem czy nie byłoby lepiej, gdyby odbywało się na sali gimnastycznej, bośmy trochę zmarzli, zwłaszcza, że kategorii do obdarowania było całkiem sporo. Weronika marudziła, ale na szczęście zaczęło się losowanie i powiedziałem jej, że jeżeli chce się dołączyć do małej, męskiej maszyny losującej to ma iść sama i zapytać. Co też uczyniła. Wielu biegaczy nie dotrwało tego momentu i pewnie średnio na 10 wyciągniętych kartek trafiał się jeden obecny. Weronika wybitnie się wykazała. Chciała wylosować mnie, a trafił się Marek. 



Tuż przed wyjazdem postanowiłem poprosić o wspólne zdjęcie Kamila Leśniaka. To niepozorny, młody chłopak. Aż dziw bierze, czego dokonał w tym roku. 168 km ciężkiej, górskiej trasy 12. edycji The North Face Ultra-Trail du Mont-Blanc 2014 i poprawa najlepszego dotychczas czasu polskiego zawodnika. Pokonał trasę w 28 godzin i 25 sekund. Poprawił niby tylko o 3 minuty z kawałkiem, nie zrealizował założenia jakim było zejście poniżej 24 godzin, ale dla mnie jest osoba wyjątkową. Pokazał, że można: 1. mimo młodego wieku, 2. że jak się marzy to zdobędzie się środki finansowe na realizację marzenia. Mam nadzieję, że w przyszłym roku bez problemu rozprawi się z 24 godzinami.


W ramach pakietu otrzymywało się m.in. kartkę pocztową z życzeniami z okazji święta Niepodległości. Oczywiście z naklejonym znaczkiem, wypisanymi życzeniami. Wystarczyło tylko zaadresować, podpisać się i wrzucić do specjalnej skrzynki pocztowej. Oczywiście wysłaliśmy. No, Wierka wysłała do przedszkola.


Oj udał mi się ten wyjazd, udał. I Weronice również. Wybiegała się z Natalką w najlepsze. Rano idąc do samochodu słyszałem tylko "oła", "oła" tak biedaczkę bolały nogi. No i najważniejsze. OBOWIĄZKOWO musiała zabrać medal do przedszkola by się nim pochwalić.

P.S. 1. Jedyne, z czego się nie wywiązałem to z obietnicy zabrania witki i marchewki ;)
P.S. 2. Może wzorem biegu Karolewo - Więcbork warto byłoby pomyśleć o złożeniu wiązanki kwiatów? Takiego symbolicznego uczczenia rocznicy mi zabrakło, a nie zabiera to szczególnie dużo czasu. O ile w Pigży jest miejsce, w którym byłoby to możliwe.

09 listopada 2014

Czwarty na własne życzenie.

Nigdy nie możesz być pewny co się wydarzy.
Pod koniec października postanowiłem, że 4 listopada rozpoczynam przygotowania do maratonu. Plan na pierwszy tydzień był łaskawy i lekki. Wtorek 10 km WB1, czwartek tak samo, sobota wolna, niedziela 14 km WB1. Przyszedł wtorek i pojawiła się informacja, że 8 listopada w Drzewianowie odbędzie się VI Bieg Niepodległości. Tę sobotę miałem wolną więc czemu nie? Trzeci start w tej imprezie.
Pozostało tylko pytanie co pobiec, bo postanowiłem być wierny planowi treningowemu i przestać się ścigać do końca lutego. Jako, że to początek przygotowań postanowiłem wrzucić ten dodatkowy bieg, nie wiedziałem tylko jak go ugryzę.
Jak tylko pojawiła się informacja o biegu postanowiłem upublicznić to na maratonypolskie.pl z myślą, że może ktoś się skusi. Stwierdziłem też, że takie upublicznienie to branie na siebie pewnej odpowiedzialności, więc postanowiłem się podzielić wiedzą na temat biegu, by nikt nie miał później pretensji:
Z zawodniczych doświadczeń z tym biegiem wynika:
Rzeczywisty dystans to 4,8 km
Nie wiem, czy bieg dla dzieci klas 1-3 nie wynosi przypadkiem 4,2 km (nie miałem okazji tego zaobserwować, ale coś mi się kojarzy, że dzieci biegną niewiele krótszą pętlę).
Medale są za miejsca 1-3, z podziałem na kobiety i mężczyzn. Do tej pory nie było podziału na kategorie wiekowe i tak zapewne będzie w tym roku.
Po biegu ciasto, kawa i herbata w świetlicy.
Jak ktoś ma ochotę pobiec w małym biegu, takim odstającym od wielkiego świata, bez numerów startowych itp. zapraszam.


Przyszła sobota. Pospałem długo. Z wyra wyszedłem ok. 10. Śniadanie do łóżka w wykonaniu sześcioletniej Weroniki: sznytka chleba z miodem. Jak sama stwierdziła miała problem, bo musiała wykopać w łazience stołek, by sięgnąć później do wszystkich najpotrzebniejszych rzeczy. Na chlebie namalowała miodem buźkę. A jak już wstałem to od rana zabawy okołodomowe. Trochę pomogłem żonie przy uprzątnięciu miniogródka, miałem plan zabrać się za sprzątanie, ale ograniczyło się do zrzucenia prania z suszarek. Stwierdziłem, że posiadanie linii startu ok. 50 m od domu ma swoje plusty. Na 20 minut przed planowanym wyjściem na rozgrzewkę uprawiałem taniec na miotle.
No to wskoczyłem wreszcie w ciuchy i poszedłem potruchtać. Po prawie 3 km rozgrzewki pojawiłem się koło świetlicy. Sporo ludzi, oczywiście większość to dzieciarnia. Porozmawiałem z pierwszym Jarkiem, w planie miał spokojny bieg na ok. 25 minut, chwilę z drugim Jarkiem. Odprawa w wykonaniu pani sołtys, która oznajmiła najmłodszym, że na wniosek rodziców się zlitowała pobiegną one 1 km. I co? Dzieci miały pretensję, że to za mało! Na ich szczęście nie wrócono do pierwotnego planu.
Nam pozostało czekać na start. Przemieściliśmy się na miejsce startowe i okazało się, że bieg będzie rozszerzony wiekowo. Zrobiono kategorię przedszkolną, dzieciaki miały do pokonania ok. 300 m. Pierwsza myśl to zawołać Weronikę, ale stwierdziłem, że nie zdąży. Przedszkolaki już stały na linii startu i dosłownie po minucie poszły. 150 m prosto, nawrót przy chorągiewce - co ważne punkt kontrolny rozdawał karteczki, które dzieci miały wziąć i oddać na mecie i koniec.

Po najmłodszych początek podstawówki. Do mostu ok. 600 m, nawrót po którym miało rozpocząć się 300 m podbiegu. My czekamy. Marzniemy. Rozmawiamy z Jankiem, który wypatrzył bieg na maratonach i przyjechał z Więcborka. Młody chłopak, 22 lata więc pomyślałem, że będzie miał szansę pogonić naszych 18 czy 20-latków ze wsi.

Poprosiłem by seniorów puścili na start razem z gimnazjalistami i poszliśmy z Jarkami potruchtać. Za rok muszę pamiętać, że rozgrzewkę trza zacząć później. Tuż przed startem zdołaliśmy spacyfikować gimnazjalistkę i przekonać ją, ze bieg w kurtce puchowej to nietrafiony pomysł. Zdjęła, założyła dodatkową koszulkę (bez sensu, bo było 10 stopni), później, po kilometrze, gdy ją dogoniliśmy okazało się, że i tak jest zgrzana. Wystartowaliśmy o 14:54 (a na plakacie widniała 14:30), umówieni, że biegniemy tempem w okolicy 5:00
Młodzież poszła, a seniorzy spokojnym tempem 4:59. Po kilkuset metrach Jarek Odrobiński zwolnił. Zostało nas trzech. Pogaduchy, pogaduchy, machanie nogami. Końcówka pierwszego km podbieg. Ta trasa w niczym nie może mnie zaskoczyć, w tym roku przebiegłem ją tyle razy, że nawet nie odważę się tego liczyć. Jedyną niewiadomą był kawałek leśnej drogi. Po deszczach są tam trzy miejsca, w których tworzą się spore kałuże. W tym roku było jednak łaskawie.

Pierwszy km w 4:59. Idealnie (czyżbym nadawał się na zająca?). Drugi km biegniemy z Jarkiem obok siebie, kroku dotrzymuje nam jeszcze ktoś (z listy wiem, że to p. Edmund). Drugi km 4:55. Biegnie mi się lekko i spokojnie. Nadal gadam. Początek trzeciego to 300 m zbiegu, rzeczka i dość mocny, ok. stumetrowy podbieg, później wypłaszczony, ale do końca trzeciego km co chwilę pod górkę.
Przebiegając rzeczkę stwierdziłem, że nie zwalniam i na trzecim kilometrze podkręciłem nieco tempo. Wyszło 4:44, Jarek pozostał przy swoim, p. Edmund trzymał się 10-20 m za mną. Po biegu Jarek stwierdził, że włączyłem trzeci bieg. Czwarty km, za wyjątkiem pięćdziesięciometrowego podbiegu na początku to delikatny zbieg. Biegnę spokojnie. Z 200 m przed sobą widzę siedzącego na drodze chłopaka, drugi stoi przy nim. Krzyczę i pytam co się stało, dobiegam, okazuje się, że nie wytrzymał i zwymiotował. Mówię mu, że ma iść do radiowozu i podjechać. Chłopak ewidentnie przegiął z tempem. Ten kilometr robię w 4:40

Pozostaje 800 m, z czego połowa pod górkę. Niezbyt stromą, ale piaszczystą drogą. Prawdę mówiąc górki się nie boję, przecież trenuję na niej 4 razy w tygodniu, często robiąc po 2-3 tury. Kontrola co się dzieje za mną. Bez zmian. 20 metrów przewagi. Zaczynam stopniowo przyspieszać. Podbieg kończy się na wysokości cmentarza (będzie jeszcze małe wzniesienie, ale krótkie i niskie). Do mety zostało 650 metrów. Za mną bez zmian. Tempo rośnie od 4:30 na 400 m przed metą do 3:49 na mecie. 70 metrów przed finiszem ostatnia kontrola i spokojnie kończę.
Nie cisnąłem by się skatować. Bieg był szybki, w mocnym, trzecim zakresie, ale porównując do ubiegłego roku dużo przyjemniejszy, luźniejszy i bez bólu. Czas 23:10, średnie tętno 182. Rok temu było 23:14 i 186 i byłem dużo bardziej zmęczony. Przybiegłem czwarty. Przede mną tylko młodzież, 18-20 lat różnicy między nami. Ciekawe jak poradziliby sobie na dystansie 10 czy 15 km.

Na mecie pogaduchy. Janek był pierwszy. Jako debiutant na trasie nie wiedział gdzie biec, a oznaczenie trasy nie było dobrze widoczne (historia oznakowania trasy dwa lata temu to inna sprawa na osobny wpis). Na pierwszej krzyżówce miał sporą przewagę, ale zatrzymał się by zapytać biegnącego za nim chłopaka o drogę. Ten mu pokazał, więc Janek pognał. Szczęśliwie w porę się obejrzał, bo pobiegł w złą stronę. Czy źle zrozumiał gest czy celowo źle mu pokazano? Ot zagadka. Niemniej wrócił na właściwą ścieżkę, a dalej stały już osoby kierujące zawodników.

Na koniec dekoracja, ciastka, kawa, po wszystkim tradycyjne ognisko z kiełbaskami (z których tradycyjnie zrezygnowałem). I tak minęła pierwsza część biegowego świętowania Niepodległości Polski. Kolejna już 11 listopada w Pigży koło Łubianki, która skusiła mnie ładnym medalem. Tam plan wybitnie towarzyski, porobię jako zając dla pani Justyny. Co prawda jeszcze się nie zdecydowała w jakim czasie chce ukończyć, ale wiadomo... kobieta ;) Pewnie pobiegniemy tempem 6:20 - 6:10
Dekoracja zwycięzcy. Fot. powiat24.pl

Na koniec wyjaśnienie tytułu. Czwarty na własne życzenie. Dlaczego? Gdybym nie wrzucił informacji na maratonypolskie.pl byłoby mniej o jednego konkurenta - zwycięzcę biegu. Z drugiej strony kto wie czy na zawodach nie pojawiliby się Kinga i Tomek, którzy startowali w poprzednich dwóch edycjach? Jestem czwarty i zadowolony. Gdyby mnożyć kategorie to trzeci mieszkaniec gminy, pierwszy w wieku powyżej 30 lat, o! i pierwszy biegnący w koszulce z półmaratonu w Pile ;)

PS. Zdjęcia uzupełnię, jak Gmina Mrocza coś opublikuje.

05 listopada 2014

42195 m. Czy ja mam na to czas?

Dorosłem do myśli o maratonie. Tak mi się wydaje, że dorosłem.
Gdy w sierpniu 2012 r. stwierdziłem, że bieganie mnie wciągnęło wymyśliłem sobie, że w 2013 r. przebiegnę półmaraton, a w 2014 maraton. W styczniu zacząłem przygotowania do połówki, plan był by atakować Warszawę, ale  w okolicy lutego stwierdziłem, że nie stać mnie na taką zabawę. Wyszłoby pewnie ze 300 zł opłaty startowej i dojazdu.
Innych półmaratonów nie wynalazłem i dopiero później okazało się, że mogłem wydać 30 zł i wystartować w Biegu Piastowskim Kruszwica - Inowrocław.




Poszło.

2013 rok zleciał mi na dziewięciu startach: parę piątek, cztery dziesiątki, jedna piętnastka.

Tylko maraton świeci pustkami
Zimą 2014 r. ruszyłem z przygotowaniami pod 10 km i półmaraton. Plan był prosty. Wiosną 10 km w 45 min, jesienią zaatakować 42 min. Półmaraton w 1:45:00. Z wiosennych 45 minut wyszło 47:49, w połówce, na trudnej unisławskiej trasie wyszło 1:44:44, jesienne 10 km i poprawę w połowce szlag trafił z powodów zdrowotnych.

Wymyśliłem, że pora zabrać się za maraton. Gdy powiedziałem o tym mej sześcioletniej córce z wielkim zdziwieniem, fascynacją i podziwem w głosie zapytała "Jeju! Chcesz przebiec CAŁY maraton?" Połówki już przyswoiła, a o maratonie parę razy mówiłem jej działając przy tym na wyobraźnię: "To tak jakbyśmy od nas z domu pojechali do Bydgoszczy na Fordon."
Kupowałem "Biegiem przez...", ale pomyślałem, że w pakiecie taniej

Poczytałem sobie "Maraton" Jerzego Skarżynskiego, ustaliłem termin rozpoczęcia przygotowań (początek listopada). Dziś zabrałem się za przeklepanie planu treningowego z książki na kartkę, bo będzie łatwiej rozpisywać dystanse przebieżek i inne cuda.

No i zacząłem się zastanawiać jak ja to ugryzę. Pierwszy punkt krosy. Idealny do tego teren jest w Nakle w Parku Sobieskiego. Na wsi jest z tym kicha. Testowałem kiedyś kawałek lasu, ale podbiegi długie i niewysokie, płaskiego też trochę, parę zbiegów. Do tego wertepy na sporym kawałku. Wieś zatem odpada. Krosy w sobotę też kiepsko, bo co drugi tydzień musiałbym specjalnie jechać do Nakła, a chyba mi się nie chce robić tego w kolejny dzień w tygodniu. Rozwiązaniem jest zatem roszada w planie. Jerzy Skarżyński zaleca przestawienie treningu sobotniego na wtorek, a niedzielnego na czwartek.

Krosowe esy floresy w Nakle

I znów kicha, bo wówczas wybiegania 20 i 25 km, które zamiennie pojawiają się w planie wypadną we czwartki. Czy ja będę miał czas by po pracy(daj Boże, bo pewnie zrobi się z tego godz. 20) ruszyć w trasę na ok 2,5 godziny? A do tego jeszcze gimnastyka rozciągająca i gimnastyka siłowa, pewnie kolejna godzina.

Dylematy, priorytety, sens.
Chciałbym pobiec szybciej niż 4:30, ba, niż 4:00, ba... zmieścić się w 3:30, choć jestem świadom, że w debiucie może być ciężko, ale kto mi zabroni być ambitnym? W granicach rozsądku.

I rodzi się jeszcze jedno pytanie. Co na to wszystko rodzina?

Momiji

W Mierzęcinie byliśmy w ubiegłym roku, postanowiliśmy i w tym, jakby tego było mało postanowiliśmy pokusić Grzesia - entuzjastę Japonii. Dał...